Dla dzieci opowiadania Ziarenka. Dobre historie dla dzieci

Ziarenka. Dobre historie dla dzieci

Na podstawie https://azbyka.ru/fiction/zyornyshki-dobrye-istorii-dlya-malyx-rebyat/


Ziarenka. Dobre historie dla dzieci

  1. Przecież to moja maleńka siostra!
  2. Żałowanie (opowiadanie staruszki)
  3. Brat i siostra
  4. Miłość do ludzi odpędza nudę (bajka)
  5. Wieczne piękno
  6. Tajemnica
  7. Wnuczka
  8. Turczynka
  9. Cztery życzenia
  10. Motylek i pszczoła
  11. Prawdziwy wierny przyjaciel
  12. Chełpliwa mucha
  13. Jak na ręce maluszka sprzeczały się paluszki
  14. Piotr i żołnierz-rekrut
  15. Prawdziwa pobożność
  16. Święte miejsce
  17. Wdzięczność słowika
  18. Męstwo chrześcijanki
  19. Straszne miejsce
  20. Nikołaj I za trumną biedaka
  21. Opowieść o cudzie
  22. Rosyjskie miłujące Chrystusa wojsko
  23. Kupiec Ihołkin
  24. Suworow na warcie
  25. Pobożność Suworowa
  26. Bohaterstwo Sewastopola
  27. Pierwsza siostra miłosierdzia
  28. Marynarz Koszka
  29. Gieorgijewski krzyż
  30. Michaił Dmitrijewicz Skoblew
  31. Dwóch bohaterów-męczenników za wiarę, cara i ojczyznę
  32. Bohaterstwo szeregowego Archipa Osipowa na Kaukazie

Przecież to moja maleńka siostra!

Skończyły się lekcje; wszyscy biegną pograć, a Mitia do domu.

Przyjdzie i natychmiast do swojej maleńkiej siostrzyczki. Umyje jej rączki, uczesze ją, posadzi, zabawia, spaceruje z nią. Wstanie rano – natychmiast do niej: podniesie, umyje, ubierze, coś jej opowie, nakarmi i biegnie do szkoły.

Skończy zajęcia, odrobi lekcje – i znów do niej: on ją i położy, on też ukołysze. Cały wolny czas spędza z nią. Sąsiedzi aż się dziwią: co za chłopiec – jak niania, ciągle z siostrą i z siostrą! Raz przychodzi on ze szkoły, a siostra upadła, wybrudziła się, rozpłakała się. On ją pocieszył, umył, rozweselił, uspokoił. Dziewczynka często kaprysi, uprze się celowo, stara się rozzłościć brata, a on ciągle z nią, zawsze czuły, zawsze dobry.

Ubranie jego jest proste i ubogie, za to serce złote. Wszyscy go lubią i cenią.

- Mitia, a czemuż ty nie pójdziesz pograć z kolegami? Czyż nie znudzi się tobie ciągle guzdrać się z tą dziewczynką? – mówią mu.

Mitia radośnie uśmiechnął się i czule pocałował dziecko.

- A przecież to moja maleńka siostrzyczka! – powiedział, przytulając ją mocno do siebie i całując.

 

 

Żałowanie (opowiadanie staruszki)

Miałam około ośmiu lat. Mieszkaliśmy w guberni Smoleńskiej. Mój ojczulek daninę swemu dziedzicowi płacił – chłopem pańszczyźnianym był. W tym czasie Francuzi zaatakowali Ruską ziemię. Moskwa płonęła, a wielu ludzi było zabitych. Ciężko zrobiło się na świecie. Nas, naiwnych (niemądrych) dzieciaków, ciągle francuzami straszono; wyobrażaliśmy sobie francuza strasznym, czarnym, a z ust ogień bucha. Baliśmy się… całkiem głupi byliśmy i nic nie wiedzieliśmy.

Oto skończyła się wojna, i francuzów do domu pognano, mówili, że koło naszej wsi jeńców poprowadzą. Ciekawiło wszystkich popatrzeć na francuzów. Przyszedł raz ojciec do chaty i mówi matuli: „Francuzi niedaleko”. Moje spece zamarło, a popatrzeć się chce.

Pobiegłam na podwórko, pod bramę i patrzę; a na dworze chłodno było, drżę i czekam. Patrzę, idzie dużo ludzi, i widać, że nie nasi; pozawijani jakimiś strzępami, jedni jakieś buty mają, a drudzy całkiem bosi; w twarzach krwi nie ma, chudzi wszyscy, biali-biali. Idą, chwieją się i ciągle jęczą: „Hliba, hliba” – o chleb prosili. A z tyłu żołnierze z bronią. Och jak żal mi ich się zrobiło, taki żal, że i wypowiedzieć nie można. Pobiegłam do chaty, schwyciłam bochen chleba, i na ulicę. Podbiegłam do idącego na przedzie, i strach znikł, daję chleb.

A on, jak zobaczył mnie, po swojemu coś bełkotać zaczął, po głowie pogłaskał, i tak żałośnie patrzy i płacze. Popędzono ich. Myślałam, że ojciec krzyczeć za chleb będzie; nie, nic nie powiedział.

I rozumiem ja teraz, że każdy człowiek – stworzenie Boskie, każdemu trudności nie są słodkie: Francuz on będzie czy Tatarzyn, wszystko jedno, do każdego trzeba żałowanie (to znaczy współczucie) to mieć.

 

 

Brat i siostra

Sierioża i Annuszka sami zostali w domu, i brat powiedział siostrze: „Chodź poszukamy, czy nie zostało w domu coś smacznego, i uraczymy się.” – „Jeśli byś poprowadził mnie w takie miejsce, gdzie nikt nas nie zobaczy, to może, poszłabym z tobą” – odpowiedziała Annuszka. „Pójdziemy do spiżarni: tam znajdziemy coś smaczniutkiego, i nikt nas nie zobaczy.” – „Nie, Sierioża, tam może nas zobaczyć sąsiad: on łupie na podwórku drzewo.” – „A więc pójdziemy do kuchni – namawiał Sierioża siostrę – tam stoi cały garnek miodu, i posmarujemy sobie po wielkiej pajdzie chleba”.

„W kuchni zobaczy nas sąsiadka: ona, pewnie, siedzi teraz przy oknie i przędzie.”

„Och, jaka jesteś tchórzliwa, Aniuta – powiedział mały łakomczuch – pójdźmy, skoro tak, do piwnicy jeść jabłka; tam już pewnie nikt nas nie zobaczy.” – „Ach, mały Sierioża, czyż myślisz, że w piwnicy już nikt nas nie zobaczy? Czyż ty nie myślisz o Tym, Kto widzi przez ściany i od Którego i w ciemnościach nie można się ukryć?” Sierioża wystraszył się. „Masz rację, siostrzyczko – powiedział on. – Bóg widzi nas i tam, gdzie ludzkie oko nic nie widzi; i dlatego ani w osobności, ani w ciemności nie powinniśmy robić nic takiego, czego nie moglibyśmy uczynić przy innych i w świetle”.

 

 

Miłość do ludzi odpędza nudę (bajka)

Jest starodawna niemiecka bajka, jak wysoko-wysoko na górze, za obłokami, żył olbrzym. Miał on córkę, też olbrzymkę. Smutno było. Sąsiadów-olbrzymów było niewielu, widzieli się często. Twarze wszystkie były znajome, znudziły się; mowy dawno były przegadane, sprzykrzyły się. Nie wiedziała, olbrzymka, co robić. Próbowała stroić się, zajmowała się muzyką, rysowała – nic nie weseliło, nie dotykało serca, nie ciekawiło. Dusza pozostawała pusta i chłodna. Widziała ona u siebie pod nogami, daleko w dole, w dolinach, jak tam krzątali się ludzie: zdarzało się, czasem długo z góry obserwowała ich życie, ale nie rozumiała sensu ich czynów i ruchów, i to przytępiało zainteresowanie: krząta się mrowisko, pełzają do tyłu i do przodu mrówki, a sensu jakby nie widać żadnego. I to nie sprawiało rozrywki: nuda była u siebie, na górze; nuda na dole, u ludzi. W nudzie upływało całe życie. Męczyła się dusza. Ale oto zauważyła ona pewnego razu w jasny dzień, jak u samych jej nóg po występach wdrapywał się dokądś człowieczek i jak przydarzyło się mu nieszczęście. Zerwała się ze stromizny śnieżna lawina i zasypała biedaka. Podeszła olbrzymka, rozgrzebała zwał śniegu, wydostała człowieka, położyła za pazuchę i rozgrzała go na piersi przy sercu. Ożył człowiek. Wtedy ona podniosła go bliżej, nachyliła do niego ucho, i on dziękował olbrzymce za uratowanie i opowiedział jej, dlaczego trafił na urwiska: u niego w domu była chora żona i maleństwa-dzieci, a chleba ani kawałeczka, i on poszedł w góry polować na kozy.

Z zainteresowaniem słuchała olbrzymka człowieka i prosiła, aby jeszcze opowiedział o życiu na dole, w dolinie. Człowiek mówił jej o swoich smutkach, potrzebach i radościach, i olbrzymka bała się opuścić słowo. Nigdy w dzieciństwie nianie nie opowiadały jej tak ciekawych czarujących bajek, nigdy u ojca nie czytała tak ciekawych książek, jak teraz opowiadał jej człowiek. Życie tych malutkich ludzików okazało się bardziej pociągające niż wszelkie bajki i opowieści.

Pokochała ona człowieczka, i ociepliło się jej na duszy. Zachciało się jej pomóc mu i jego braciom. Zaczęła wnikać w ich smutki i potrzeby. Pojawiło się zainteresowanie, przygnębienie minęło. Całe dni zbierała olbrzymka zioła i gotowała z nich ludziom leki; patrzyła, czy nie spełzła gdziekolwiek lawina na ludzkie osiedla, czy nie groziło im oberwanie się skały, odprowadzała ich swoją silną ręką.

Ludzie byli wdzięczni olbrzymce, a ona dziękowała chwili, kiedy los ciasno zbliżył ją z ludźmi. Jej serce teraz zawsze było pełne radości i szczęścia.

 

 

Wieczne piękno

W pewnym kraju żył młodzieniec, którego wszyscy nazywali ślicznym. Jego majestatyczny wzrost, lekki wdzięczny chód, czarne oczy, płonące ogniem odwagi, rumiana, czysta, jak majowy poranek, twarz, długie włosy, falistymi kędziorami rozpływające się po ramionach – wszystko to wywoływało we wszystkich zachwyt i podziw. Odurzony uczuciem własnego piękna i wyższości, młodzieniec pokładał w pięknie całe swoje szczęście i wyniośle odnosił się do ludzi. Zdarzyło się mu być w pewnym grobowcu. „Tu spoczywają dwie siostry – przeczytał tam napis na kamiennej płycie. – Jedna – cudowna ślicznotka, druga – żałosna brzydota. Odwiedzający! Podnieś kamień i przekonaj się w prawdzie tych słów”. Młodzieniec porywiście podniósł kamień – i z przerażeniem cofnął się: przed nim bielały dwa struchlałe, jednakowo brzydkie szkielety.

„Głupiec jestem! – zawołał młodzieniec. – Zapomniałem, że ziemskie piękno oczekuje zgnicie. Wieczne jest tylko piękno duszy, wieczne tylko prawdziwe dobro w ludziach”.

 

 

Tajemnica

W pewnym domu żyły dwie małe siostry, które zawsze widziano wesoło bawiącymi się, dlatego że one zawsze zadowolone były jedna z drugiej. Miały wspólne książki i zabawki, ale nigdy nie było między nimi kłótni, nigdy nie słyszano złośliwego słowa, nie było widać gniewnego spojrzenia. Zawsze przebywały w dobrym nastroju, czy to bawiąc się na trawie czy pomagając w czymś mamie.

- Wydaje mi się, że wy nigdy się nie złościcie – powiedziałem raz do nich. – Od czego to zależy, że zawsze cieszycie się sobą nawzajem?

One spojrzały na mnie, i starsza odpowiedziała:

- To dlatego, że my we wszystkim ustępujemy jedna drugiej.

Pomyślałem chwilę.

- Tak to sprawiedliwe: ty ustępujesz jej, a ona tobie.

Te małe dobre siostry odkryły tajemnicę spokojnego i wesołego życia. One stale ustępują jedna drugiej, starają się robić sobie nawzajem wszystko przyjemne; są dobre, ustępliwe, prostoduszne, niesamolubne i gotowe ciągle pomagać jedna drugiej. I, czyż nie prawda, jak muszą być szczęśliwe? I wszyscy je za to lubią.

 

 

Wnuczka

Matka córkę karmiła, hodowała, nocami nad nią nie dosypiała i córkę, jak lalkę pięknie ubierała, puszczała bawić się z koleżankami.

- Rozwesel się, moja gołąbeczko, rozwesel się kochana: tylko pobawić ci się, pókiś młoda, a mnie, starej, czyż dużo trzeba: ciepły kąt i kawałek chleba, ot i wszystko.

I wyrosła córka na chwałę: piękna, mądra i do pracy sprytna. Wyszła za mąż za bogatego, i dom swój prowadziła dobrze, i dzieci czysto prowadzała. Tylko o dawnym chlebie z solą zapomniała: zapomniała, jak matka ją w biedzie hodowała, jak pracowała dla niej, jak ubóstwo samotnie znosiła.

Czym by uspokoić staruszkę, ona jej każe małe dzieci kołysać, a jej z sobą nawet do stołu nie posadzi: boi się, żeby czegoś nie pobiła, żeby na stół nie rozlała: przecież ona słabo już widzi, a i ręce i nogi się trzęsą, i co tu mówić, niedosłyszy. I siedzi staruszka za piecem sama i nie śmie do stołu podejść. A wnuczka-maluszek w kącie na podłodze ogródek ogradza.

- Co tam, córeńko, robisz?

- Zagródkę w kącie: kiedy ty, mamo, staruszką starą zostaniesz, ja ciebie tam posadzę, tam tobie lepiej będzie; tam i karmić ciebie będę, a spać położę na podłodze przy moich dzieciach. Dobrze?

- Dobrze, dziecinko moja, dziękuję!.. Prowadź no babcię do stołu.

 

 

Turczynka

Bitwa z Turkami skończyła się, i dwaj ruscy oficerowie jechali z pola bitwy z powrotem do osiedla w którym stacjonowali. Po drodze trafiały się im martwe ciała tureckich i ruskich żołnierzy. One były rozproszone po całym polu.

Nie przejechali nawet wiorsty, jak najpierw jeden z jadących przed nimi kozaków, a potem i drugi zaczęli pokazywać na coś w oddali; następnie kozacy odwrócili konie w bok, zatrzymali je i zsiedli z nich na ziemię.

- Co tam? – krzyknęli oficerowie. Ale kozacy milczeli, mozoląc się nad czymś leżącym na dole. Oficerowie dali ostrogami koniom i po minucie dopędzili kozaków.

- Co tu u was? – zapytali.

Kozacy rozstąpili się i oficerowie zobaczyli, że przed nimi w błocie, twarzą do góry, leży zabity turecki żołnierz. Krew zapiekła się u niego na piersiach i strasznie czerniała poprzez przerwane przez kulę sukno jego sinej kurtki, nogi szeroko rozłożone; opodal leżała strzelba ze złamanym bagnetem. Przytuliwszy się policzkiem do policzka zabitego, siedziała, mocno objąwszy go rękoma malutka dziewczynka, nawet nie podniosła oczu, kiedy podeszli do niej. Wydawało się, ona zamarła całkiem, szukając obrony u niego, u martwego.

- Och ty, biedactwo! – powiedział jeden z kozaków. – Czym ty zawiniłaś? Przed kim? Biedulka, jak drży. – I kozak przeciągnął ręką po jej włosach.

Dziecko jeszcze mocniej przytuliło się do ojca.

Jeden z kozaków znalazł w swojej kieszeni brudny kawałek cukru. Rozwarł rękę dziewczynki i położył jej cukier na dłoni. Ona nieświadomie, nie zauważając go nawet, znów ścisnęła dłoń.

- Trzeba ją wziąć z sobą – przemówił w końcu jeden z oficerów.

Wtedy kozak, wykonując rozkaz, podszedł do dziewczynki i chciał ją wziąć. Ale jak nie starał się on wziąć dziecko, nie udawało mu się to. Dziewczynka jeszcze mocniej przyciskała się do ojca, i kiedy chcieli oderwać ją od niego, ona zaczynała żałośnie pochlipywać, tak że u wszystkich mimowolnie drżało serce. Kozacy musieli zaprzestać tych wysiłków. Oficerowie stali dookoła rozumiejąc, że nie można przecież dziewczynki tak zostawić; w końcu jeden z oficerów powiedział:

- Nie można… nie można zostawić.

- Więc co robić?

- Pod żadnym warunkiem nie można. Dlatego że zimno, mgła… Weźmiemy jej ojca.

- Zabitego? – zdziwili się inni oficerowie. – Zmiłujcie się, zabrakło rąk wszystkich rannych ściągnąć, a tu ciągaj się z zabitymi, których i tak nie wskrzesisz.

- Tak… Ale… Tak – to ona nie pójdzie… A za ojcem pójdzie.

Kozacy żywo zdobyli leżący niedaleko szynel, widocznie porzucony przez jakiegoś rannego, żeby nie przeszkadzał mu iść, rozłożyli go i, podniósłszy ciało tureckiego żołnierza, położyli je na szynelu. Uczepiona do trupa ojca dziewczynka schwyciła się za szynel. Kozacy poszli, starając się kroczyć jak można wolniej, żeby dziewczynka mogła nadążyć za nimi. Kiedy dziewczynka upewniła się, że „giaury”* (czyli ruscy) nic złego nie robią jej ojcu, pozwoliła i siebie też położyć na szynel, gdzie natychmiast objęła ciało ojca i jak przedtem przytuliła się do niego policzkiem do policzka.

- Widzisz ty, jak kocha! – zauważył młodszy kozak! Drugi stary kozak starał się odwrócić się w bok. Stary kozak nie chciał, żeby oficerowie zauważyli, że po jego policzkach płyną łzy. Jedynie potem on przemówił!

- Widzisz jaka! I u mnie oto trzylatek został w domu… Pewnie, też wspomina ojca.

Dopiero po godzinie oni dotarli do wsi.

- Dokąd teraz? – zapytali kozacy.

- A do punktu opatrunkowego, rozumie się – odpowiedział oficer. – Tam lekarz i siostra miłosierdzia… Napoją ją, nakarmią.

Mała dziewczynka dziko zachowująca się przy mężczyznach, jak tylko zobaczyła siostrę miłosierdzia, od razu opanowała się i, trzymając się jedną ręką ojca, drugą złapała się za biały fartuch siostry miłosierdzia, jakby prosząc, aby była jej opiekunką. Dobra kobieta wycałowała maleństwo i tak zdołała uspokoić ją, że ta dziewczynka poszła do niej na ręce.

- No, a z tym dokąd? Pochować, czy co? – pytali kozacy. – Zabitego dokąd?

- Poczekaj, poczekaj! – powiedział lekarz, oglądający trupa. – Przede wszystkim, na podstawie czego to wy stwierdziliście, że on zabity?

Jakże… my sami go podnieśliśmy… Niczego to nie dowodzi. On tylko zamarł. A jego serce pracuje. Dziewczynka uratowała ojca.

Po trzech dniach w najbliższym od pola walki szpitalu na łóżku leżał oprzytomniały ciężko ranny turecki żołnierz, i tuż obok niego jak przedtem, policzkiem do policzka rannego, siedziała jego maleńka córka. Kulę z jego piersi wyjęto: dzięki dziecku Turkiem bardziej opiekowano się niż innymi. Ona nie opuszczała ojca ani na chwilę. Zaśnie on, ona wybiegnie ze szpitala, stanie w rogu, postoi z pięć minut, pooddycha świeżym powietrzem i znów wraca do chorego.

 

*Giaur – niewierny, pogardliwe określenie nadawane przez wyznawców islamu innowiercom, zwłaszcza chrześcijanom.

 

 

Cztery życzenia

Mitia naślizgał się na saneczkach z lodowej góry i na łyżwach po zamarzniętej rzece, przybiegł do domu, rumiany, wesoły, i mówi do ojca:

- Och jak wesoło jest zimą! Chciałbym żeby cały czas zima była!!

- Zapisz twoje życzenie do mego notesu – powiedział ojciec. Mitia zapisał.

Przyszła wiosna. Mitia dowoli nabiegał się po pstrej od motylków łące, narwał kwiatów, przybiegł do ojca i mówi: „Co za cudowna wiosna! Chciałbym, żeby zawsze wiosna była”.

Ojciec znów wyjął notes i kazał Miti zapisać swoje życzenie.

Nastąpiło lato. Mitia z ojcem wybrali się na sianokos. Cały długi dzień Chłopic wesoło się zabawiał: łowił ryby, nazbierał jagód, koziołkował w aromatycznym sianie, a wieczorem powiedział do ojca: „Oto dziś nabawiłem się dowoli! Chciałbym, żeby lato się nie kończyło”. I to życzenie Miti zostało zapisane w tymże notesie.

Nadeszła jesień.

W sadzie zbierano owoce – rumiane jabłka i żółte gruszki. Mitia był zachwycony i mówił do ojca: „Jesień jest najlepszą porą roku!”

Wtedy ojciec wyjął swój notes i pokazał chłopcu, że on to samo mówił i o wiośnie, i o zimie, i o lecie.

 

 

Motylek i pszczoła

Wystrojony elegancko motylek spotkał pszczołę, niosącą do ula miód, i głośno zakrzyczał:

- Precz z drogi, flejtuchu! Zabrudzisz moje ubranie!

Pszczoła pokornie ustąpiła z drogi motylowi, chociaż mogła go boleśnie użądlić.

Tak i człowiek: ten, kto naprawdę jest czcigodny i pracowity, zawsze jest skromny i ustępliwy.

 

 

Prawdziwy wierny przyjaciel

Żył-był pewien bardzo bogaty człowiek. Przez cały rok w jego rezydencjach były bale i biesiady! Uczty i imprezy! Kolegów i przyjaciół miał mnóstwo. Nie można powiedzieć, żeby ten, lubiący żyć dla własnej przyjemności człowiek, był zły. Być może, on nie odmówiłby jałmużny biedakowi, tylko że rzadko dopuszczano ich do niego.

Pewnego razu mroźną zimą pod dom bogacza podeszła biedna kobieta.

Niezliczonymi ogniami błyszczały okna, grzmiała muzyka. Były urodziny bogacza.

- Zgłoście jaśnie panu – przez łzy wyrzekła kobieta – jeśli byłby łaskawy ze względu na radosny dzień, może pomógłby nieszczęsnej wdowie. Nie dla siebie proszę, dla małych swoich dzieci…

- Precz, precz! – zamachnął się na nią odźwierny.

Jakiś gość, zobaczywszy kobietę, opowiedział o niej gospodarzowi. Ten wziął blisko do serca położenie nieszczęsnej wdowy i rozkazał dać jej schronienie w swoim domu. Ale niedługo pożyła w cieple i dostatku biedaczka. Wkrótce zmarła na suchoty (gruźlicę). Z pięciorga jej dzieci tylko jeden przeżył swoją matkę.

Wkrótce zmarł i bogacz: po uczcie położył się spać i nie przebudził się – umarł ze wszystkimi swoimi grzechami, nie pokajawszy się.

Oto stanął on na Sąd Niebiańskiego Cara…

Ogląda się dookoła: nie ma ani przyjaciela, ani obrońcy. Sam-samiutki stoi bogacz przed Tronem Bożym, stoi i czeka na swój wyrok… Drży grzeszna dusza jego.

Nagle widzi, z rajskich przybytków przybliża się ku niemu biedna wdowa. Ona – w białych błyszczących szatach, otoczona, jakby cherubinami, swoimi małoletnimi dziećmi.

Upadła ona do podnóża Tronu Bożego i wyprosiła przebaczenie swemu dobroczyńcy.

Tak, za jeden dobry uczynek, ze względu na modlitwy wdzięcznej jasnej duszy, został usprawiedliwiony grzesznik. Dobre uczynki – nasz najlepszy, najwierniejszy i najprawdziwszy przyjaciel, który nie zostawi nas i w życiu wiecznym!

 

 

Chełpliwa mucha (samochwała)

Byk z pługiem wlókł się po trudach na odpoczynek,
A mucha siedziała u niego na rogach,
I spotkali oni w drodze inną muchę.
- Skąd ty, siostro? – zadała ta (spotkana) pytanie.
A ta, zadarłszy nos,
Mówi jej w odpowiedzi:
- Skąd? My przecież oraliśmy!

 

 

Jak na ręce maluszka sprzeczały się paluszki

U pewnego maleńkiego chłopca zaczęły sprzeczać się paluszki:

- Ciszej wy! Nie krzyczcie! Ja jestem najważniejszy, najsilniejszy! Ja robię więcej, niż wy wszyscy czterej! Jestem waszym królem! – zakrzyczał duży palec (kciuk).

- Nie przechwalaj się, przyjacielu! Ty nie umiesz tak pracować, jak ja… Ja mogę robić i najdelikatniejsze i najgrubsze rzeczy. Jestem najpracowitszy i najważniejszy ze wszystkich – powiedział palec wskazujący i pogroził.

- Nie, ja jestem najważniejszy! – wykrzyknął środkowy palec. – Popatrzcie: jestem najprzystojniejszy i najdłuższy od was wszystkich.

- A mnie zawsze ozdabiają złotem i drogimi kamieniami… Znaczy, ja jestem najpiękniejszy i najważniejszy – przerwał sprzeczającym się czwarty palec.

Tylko jeden mały palec milczał.

- Ty czemu nic nie mówisz, bezwartościowy? – zapytały go palce.

- Ja myślę, bracia, że my wszyscy jesteśmy równi. Wszyscy na swoim miejscu, wszyscy piękni i potrzebni. I jeśli robimy dobrą rzecz, to dobrze postępujemy!

- Masz rację, mały! – zakrzyczały wszystkie palce. I od tej pory więcej nie sprzeczały się.

 

 

Piotr i żołnierz-rekrut

Na brzegu Newy, w głuchym miejscu, stał na warcie żołnierz-rekrut. Sprawa była latem; był upał. Bardzo zachciało się młodemu żołnierzowi wykąpać się. Postanowił on szybko, póki nikt nie widzi, zanurzyć się jeden raz w Newie.

Tylko się rozebrał, wszedł do wody, zanurzył się… wyjrzał i widzi, idzie Monarcha. Szybko wynurzył się z wody, zwinnie włożył spodnią odzież, a włożyć munduru już nie miał czasu. Schwycił tylko czapkę i strzelbę i stanął na baczność na posterunku.

Rozgniewany Monarcha podszedł do wartownika. Ten oddał mu honor (zasalutował) i dalej stał tylko w spodnim ubraniu, ale w czapce i z karabinem.

Wszyscy oczekiwali, że Piotr rozkaże ukarać żołnierza, który opuścił swój posterunek, jak przestępcę.

Ale zamiast tego Monarcha nagle roześmiał się:

- Choć goły ale waleczny!

Potem zwrócił się do przestraszonego żołnierza:

- Dawno jesteś na służbie, zuchu?

- Niedawno, Monarcho.

- Czy ty wiesz – kontynuował Piotr – co należy robić z tymi wartownikami, którzy opuszczają swój posterunek? Jednak niech będzie, wybaczam tobie jako rekrutowi, ale strzeż się na przyszłość przed czymś podobnym.

 

 

Prawdziwa pobożność

Ojciec Nikołaj, duchowny niewielkiej wsi, uzbierał w ciągu długiego czasu przy całej swej możliwej oszczędności z małych swoich dochodów sto rubli. On przeznaczył je na zakup do cerkwi nowej srebrnej naprestolnej arki zamiast starej posrebrzanej, która już cała poczerniała i w której, jak mu się wydawało, już nieprzyzwoicie było przechowywać Święte Dary.

Wybrał się ojciec Nikołaj do najbliższego miasta, gdzie był sklep ze srebrnymi rzeczami. Kiedy podchodził do sklepu, jego uwagę przyciągnął szum na jednym z podwórek. Tam urzędnik sprzedawał z pod młotka (w drodze licytacji) otaczającemu go tłumowi różne przedmioty: patelnie, pogrzebacz, szczypce i inne rzeczy jakiegoś biedaka.

Sam biedak stał w kącie podwórka i ze łzami w oczach patrzył, jak przechodziły w cudze ręce rzeczy, tak długo mu służące, i bez których on ze swoją rodziną zostawał w kompletnej nędzy. Ojciec Nikołaj podszedł do niego i czułym głosem zapytał:

- Dobry człowieku, dlaczego ty sprzedajesz swoje rzeczy?

- To nie ja sprzedaję – odpowiedział biedak – a sprzedaje policja na spłatę mego długu według skargi właściciela domu. Już dwa lata jak ja choruję i nie mogę zarabiać. Zadłużyłem się za mieszkanie i, Bóg wie, czy będę w stanie…

Tu duchowny zwrócił się do urzędnika.

- Jaką sumę jest winien ten człowiek?

- Sto pięć rubli trzydzieści pięć kopiejek!

Ojciec Nikołaj wyjął z kieszeni portfel, w którym było sto rubli, dołożył do nich pięć rubli trzydzieści pięć kopiejek z pieniędzy, które wziął na drogę, i oddał je wszystkie policyjnemu urzędnikowi.

I oto już uradowany biedak zbiera niebogaty sprzęt, który nieoczekiwanie wrócił do niego, i ze łzami dziękuje miłosiernemu batiuszce…

Ojciec Nikołaj bez pieniędzy i bez nowej arki wrócił do domu. Swoim parafianom on wytłumaczył:

- Po dawnemu będę przechowywał Święte Dary w starej arce. Prawdopodobnie, Panu, który z miłości do nas narodził się w jasłach, bardziej podoba się nasza pomoc biednej rodzinie, niż nowa arka dla Jego Ciała i Krwi.

Parafianie, wzruszeni postępkiem batiuszki, natychmiast zebrali kwotę konieczną na zakup nowej srebrnej arki.

 

 

Święte miejsce

Imperator Aleksandr I lubił jeździć po Rosji. W swoich podróżach on ubierał się prosto. Kto nie znał imperatora, łatwo mógł się pomylić i wziąć go za emerytowanego oficera. Takie przypadki zdarzały się często.

Pewnego razu w chersońskich stepach on na drodze wyszedł z powozu i postanowił przejść się pieszo. Z nim był kniaź Wołkonski. Niedaleko widać było wioseczkę. Imperator Aleksandr Pawłowicz skręcił z drogi i zaszedł do chaty napić się wody. Pomimo biedy, chatka była czyściutka, wszystko było sprzątnięte, zza obrazów wyglądały kwiaty, gliniana podłoga błyszczała jak szkło.

Imperator usiadła na ławce i poprosił gospodynię o wodę. Staruszka-wdowa podała mu kubek i według swego zwyczaju, nisko ukłoniwszy się, pożyczyła:

- Pijcie zdrowi!

Kiedy imperator wychodził, kniaź Wołkonski dał staruszce asygnatę i powiedział:

- Pamiętaj, matulu, że u ciebie dziś car był w gościnie.

- Sam car! – tylko tyle była w stanie wymówić zdumiona staruszka.

Ona długo patrzyła za oddalającymi się niezwykłymi gośćmi. Potem staruszka weszła do chaty, zakreśliła kredą to miejsce na ławce, gdzie siedział imperator, i, nawierciwszy dziureczek nawbijała tam kołeczków. Od tej pory ona nikomu nie pozwalała siadać na to miejsce.

- To miejsce święte – mówiła ona rodzinie i znajomym – tu sam car Aleksandr Pawłowicz siedział. I tak nikt tam nie siadał aż do jej śmierci.

 

 

Wdzięczność słowika

Wczesną wiosną, kiedy tylko co pojawiły się zza morze pierwsze ptaszki i zaczęły wić sobie gniazda, pewien łowca ptaków złapał słowika. Zamknął śpiewaka do klatki i poniósł do miasta sprzedawać. Na spotkanie mu trafił się chłop (rolnik) z harmonijką w rękach. Młody kawaler sam lubił śpiewać pieśni, i każdy śpiewający ptaszek był bliski jego dobremu sercu. Zwrócił się on z prośbą do łowcy ptaków:

- Puść ptaszka na wolność. Widzisz, jaką wiosnę dał nam Bóg. Wszelkie stworzenie raduje się i wychwala Pana. Niech i słowik lata na wolności i pieje swoje pieśni. Puść go… On pomodli się za ciebie do Boga.

- Kup, i wtedy rób, co zechcesz ze słowikiem; a ja z tego żyję, że łapię ptaki i sprzedaję.

Tu słowik żałośnie pisnął… Rolnik zwołał:

- Ach, bracie ty mój! Serce boli, tak chcę pomóc ptaszkowi. Poczekaj do jutra albo oto weź harmonijkę w zastaw.

- Co mi po niej… Według mnie ona jest nic niewarta.

- Jeśli nie wierzysz, że oddam, oto tobie zastaw – z tymi słowami chłop zdjął z szyi miedziany krzyżyk i wyciągnął do ptasznika.

Zawstydziwszy się, łowca ptaków bez zastawu odstąpił słowika.

Uradował się chłopina, przeżegnał się, otworzył klatkę i wypuścił słowika. Poczuwszy wolność, wzbił się i poleciał mały ptaszek.

Na drugi dzień chłop odniósł ptasznikowi obiecane pieniądze.

Minął jakiś czas. We wsi, gdzie żył kawaler, źli ludzie zabili nocą bogatego staruszka. Podejrzewany o przestępstwo młody chłop został osadzony w areszcie. Na próżno on przysięgał o swojej niewinności – nie uwierzyli mu.

W przeddzień sądu młody kawaler siedział w więziennej celi i rozmyślał czarne dumki o swoim nieszczęsnym losie. Smutno mu się zrobiło, i łzy jak grad polały się z jego oczu. W tej chwili na żelazną kratę jedynego okna celi usiadł słowik i zaśpiewał piosenkę.

Uradował się biedaczysko z nieoczekiwanego gościa. Wydało się mu, że Anioł-pocieszyciel zleciał z Nieba przypomnieć mu, że Bóg wie o jego niewinności. Lżej zrobiło się na duszy kawalera, i on mocno zasnął.

Nastał dzień sądu. Okna sali, gdzie mieścił się sąd, wychodziły na sad z kilkoma starymi brzozami… I oto już przewodniczący sądu zwraca się do podsądnego z ostatnim pytaniem:

- Co pan powie na swoją obronę?

- Jestem niewinny, mnie niesprawiedliwie oskarżyli.

Przy tych słowach oskarżonego na brzozie zaczął śpiewać słowik. Okna Sali były otwarte, i wszyscy, obecni w sądzie, wsłuchali się w słowiczą pieśń. Ich serca napełniły się uczuciem miłosierdzia i współczucia do bliźnich. A słowik coraz głośniej i głośniej cmokał i gwizdał.

- Słyszycie słowika, panowie sędziowie? Ja na niego się powołam.

On posłany jest mi od Boga na wstawiennictwo i obronę.

Chłop opowiedział o tym, jak on wykupił słowika i jak słowik przylatywał do niego do więzienia. Sędziowie ocenili dobre serce chłopiny i wydali mu uniewinniający wyrok.

Słowik rozdźwięczał się ogłuszającym szybkim świergotem i pogwizdywaniem w podziękowaniu sprawiedliwym sędziom.

 

 

Męstwo chrześcijanki

W pewnym mieście Rzymskiego imperium w czasie okrutnych prześladowań chrześcijan pogańskie władze rozkazały zabijać wszystkich chrześcijan, którzy będą zbierać się na modlitwę. Pewnego razu władca tego miasta Modest, przechodząc ulicą w celu rozpoznania, zobaczył pewną biedną kobietę z małoletnim dzieckiem na rękach. Z pośpiechem wybiegłszy z domu i zostawiwszy niezamknięte drzwi, ona szybko przebiegała obok szeregów żołnierzy. Modest rozkazał zatrzymać ją i zapytał:

- Dokąd ty tak pośpiesznie biegniesz?

- Śpieszę zdążyć tam – odpowiedziała kobieta – gdzie zebrali się chrześcijanie.

- Czy ty nie wiesz, że ja jestem posłany skazać na śmierć wszystkich, kogo tam zastanę?

- Wiem, i dlatego właśnie ja tam śpieszę: żeby nie przepuścić okazji przecierpieć męczeństwo.

- Ale po co ty niesiesz z sobą małoletniego syna? – zapytał zdziwiony Modest.

- Żeby i on stał się godnym tego błogosławieństwa – odpowiedziała młoda chrześcijanka i pobiegła przed siebie.

Modest, porażony jej męstwem i niezachwianym zdecydowaniem znieść wszystkie męki razem z dzieckiem, natychmiast pośpieszył do pałacu, żeby przekonać imperatora, aby zmienił swój niesprawiedliwy i okrutny rozkaz.

 

 

Straszne miejsce

Pójdź, Waniusza, wzdłuż drogi, poszukaj owiec – powiedział dziadek do wnuka.

Droga ta biegła obok cmentarza. Chłopczyk przestraszył się iść tam i on nieśmiało sprzeciwił się dziadkowi:

- Ja, dziadku, boję się cmentarza.

Usłyszawszy to, dziadek powiedział:

- Cmentarz, Waniusza, – miejsce Boże, grzech się go bać. Tam, w mogiłach, cicho i spokojnie śpią kosteczki naszych bliskich do tej pory, póki w dniu Strasznego Sądu nie rozbudzi ich trąba Archanioła. Czego więc się bać? Nie bać się ich trzeba, a częściej odwiedzać; wtedy i złe myśli do głowy nie przyjdą. Pamiętaj o śmierci, sądzie, Carstwie Niebieskim i w wieki nie zgrzeszysz – pomilczawszy trochę, dziadek dodał: – Oczywiście, jest u nas jedno straszne miejsce.

- Jakież to miejsce?

- Knajpa – oto straszne miejsce w naszej wsi. Tam żyje siła nieczysta i gubi tych, którzy tam chodzą. Gdzie bójki, przekleństwa, rujnowanie rodzin i domów, łzy matek i dzieci, utrata zdrowia? Tam, w knajpie. Ileż za mojej pamięci ludzi z powodu pijaństwa poszło w świat żebrać albo całkiem zginęło. Nie zliczyć. Bój się zawsze, Waniusza, knajpy i uciekaj od niej, jak od miejsca, przeklętego przez Boga. A cmentarz – miejsce święte, Boża niwa.

Wysłuchawszy dziadka, Wania bez strachu pobiegł szukać owiec, szybko znalazł je i przypędził do domu. Od tej pory przestał on bać się cmentarza.

Wykiełkowały dobrymi pędami w duszy chłopca pouczenia dziadka. Wania wyrósł, został trzeźwym (rozsądnym) i pracowitym rolnikiem. Kiedy wybrano go na starszego wsi (sołtysa), on przekonał społeczeństwo do zamknięcia knajpy. Wszyscy dziękowali Iwanowi za to, że znikło w końcu ze wsi straszne miejsce, z powodu którego ludzie cierpieli tyle nieszczęść i bied.

 

 

Nikołaj I za trumną biedaka

Imperator Nikołaj Pawłowicz pewnego mroźnego ranka po drodze do Pałacu Zimowego spotkał na jednej z ulic Petersburga ubogi powóz pogrzebowy. Za trumną siedział chłopczyk z dziewczynką, w wieku sześciu-siedmiu lat, owinięci w ojcowski szynel (płaszcz).

Zrównawszy się z powozem, imperator przeżegnał się, rozkazał woźnicy zatrzymać się, wysiadł z sani i poszedł pieszo za trumną biednego człowieka.

Przechodzący i przejeżdżający ludzie widzieli Monarchę idącego za trumną biedaka, i, nie śmiejąc przejechać mimo imperatora nie zatrzymawszy się, też przyłączali się do pogrzebowej procesji…

Wkrótce tysiąc osób podążało za trumną jednego z tych małych, dzięki pracy i podatkom którego utrzymuje się każde państwo.

Przeszedłszy jakiś czas za trumną swego poddanego i oddawszy mu należne honory, Monarcha siadł w sanie i kontynuował swoją drogę do Pałacu Zimowego, gdzie oczekiwały go ważne sprawy państwowe.

Uwaga cara, jak ciepły promień słońca, ogrzała biedne sieroty i posłużyła dla nich za źródło nadziei. Tegoż dnia zostały one wzięte na wychowanie przez pobożnych i bogatych ludzi.

 

 

Opowieść o cudzie

Od stworzenia świata w 6971 roku, a po Narodzeniu Chrystusa w 1463 roku, za pobożnego kniazia Kijowskiego Simieona i przy błogosławionym archimandrycie Pieczerskim Nikołaju w Ławrze wydarzył się cud. W tych czasach w pieczarach kierował gospodarstwem jeden z braci hieromnich Dionisij, zwany Szczepa. Na Wieli Dzień – Światłe Zmartwychwstanie Chrystusa – on wszedł do pieczary prepodobnego Antonija, żeby pokadzić świętym relikwiom.

Pokadziwszy, Dionisij zwrócił się do spoczywających świętych Bożych:

- Święci ojcowie i bracia! Dziś Wielki Dzień! Christos Woskriesie!

I natychmiast, jak grom, rozległ się w odpowiedzi głos, który zadźwięczał od wszystkich relikwii:

- Woistinu Woskriesie!

 

 

Rosyjskie miłujące Chrystusa wojsko

Nasze wojsko od wieków wałczyło przeciwko wrogom Krzyża Chrystusowego – za Prawosławną wiarę. Oto dlaczego tak pasuje do niego nazwa – miłujące Chrystusa wojsko. Nasz żołnierz umie zwyciężać, ale nie trąbi o swoich czynach bohaterskich. On święcie wypełnia obowiązek i przysięgę i myśli sobie tak:

- Co da Bóg, to i będzie: zostanę żywy – cześć i chwała, car wynagrodzi; zabiją – Carstwo Niebieskie, Cerkiew będzie się modlić do Boga.

Pruski król Fryderyk, znawca sztuki wojennej, tak mówił o ruskim żołnierzu:

- Ruskiego żołnierza nie wystarczy zabić, jego trzeba jeszcze powalić!

Suworow nazwał swoich żołnierzy „cud-bohaterami”. Takim cud-bohaterem ruski żołnierz był zawsze i wszędzie. Jakie inne wojsko zdobywało szturmem taką twierdzę jak Izmaił? Jakie inne wojsko przechodziło pod ostrzałem nieprzyjaciela przez niedostępne zimowe przełęcze w Alpach? Jakie inne wojsko zwyciężało „dwanaście języków” – prawie całą uzbrojoną przeciwko nam Europę w 1812 roku? Jakie inne wojsko wytrzymywało oblężenie, podobne do Sewastopolskiego?

Ale wśród zwycięstw nasi żołnierze zawsze okazywali wielkoduszność wobec zwyciężonych, współczucie i miłosierdzie wobec upadłego wroga. Dzielili się z jeńcami ostatnim kawałkiem chleba, adoptowali i wychowywali sieroty – dzieci swego niedawnego wroga. W swoim raporcie Monarsze główny dowódca rosyjskich wojsk w Azji Środkowej pisał:

- Każdy, od małego do wielkiego, wypełnił swój obowiązek i okazał sobą przykład, właściwy jedynie ruskiemu żołnierzowi; porywającej odwagi w boju, wielkoduszności i miłosierdzia wobec pokonanych wrogów i uczciwego zachowania się wobec cywilnych.

 

 

Kupiec Ihołkin

Nowogrodzki kupiec Ihołkin w czasie wojny ze Szwedami został zatrzymany w Szwecji jako jeniec i zamknięty w więzieniu. Pewnego razu on usłyszał, jak dwaj żołnierze, strzegący więzienia, mówili bezczelne słowa przeciwko rosyjskiemu narodowi i carowi Piotrowi

Kilka razy zwracał się Ihołkin do żołnierzy z prośbą o zaprzestanie lżenia, ale ci kontynuowali. Ihołkin poskarżył się oficerowi, ale ten nie zwrócił uwagi na jego skargę i odszedł. Żołnierze, nie czując oporu, dalej arogancko obrażali cara Piotra. Wtedy, przybrawszy moment, Ihołkin wyrwał u żołnierza broń… i nie zdążyli ci opamiętać się, jak bagnetem zakłuł obu. Na szum zbiegli się strażnicy, i Ihołkin bez oporu oddał się w ich ręce.

O czynie rosyjskiego kupca doniesiono szwedzkiemu królowi Karolowi XII. On natychmiast wezwał do siebie Ihołkina i groźnie go zapytał:

- Jak ty ośmieliłeś się zabić moich żołnierzy?

Ihołkin spokojnie i bez lęku opowiedział królowi o wszystkim i zakończył swoje wyjaśnianie takimi słowami:

- Ja wypełniłem mój obowiązek i bez strachu idę na śmierć za honor mego Monarchy.

Król, porażony dzielnością ducha i nieustraszonością rosyjskiego kupca nie skazał go, a odesłał do Rosji ze słowami:

- Zwracam twemu carowi jego wiernego poddanego.

Piotr powitał Ihołkina z honorami, szczodrze wynagrodził i całe swoje życie był do niego przywiązany. W podróżach po kraju Monarcha nigdy nie przejeżdżał przez Nowogród, nie odwiedziwszy swego wiernie-poddanego.

 

 

Suworow na warcie

W 1749 roku, kiedy Suworow był młodym żołnierzem i stał na warcie w Peterhofie, obok niego przechodziła caryca Jelizawieta. Suworow oddał jej honor. Swoją inteligentną twarzą i figurą on zwrócił na siebie uwagę Monarchini, i ona łaskawie zapytała go:

- Jak się nazywasz?

- Aleksandr Suworow, Wasza Carska Mość – dziarsko zameldował żołnierz.

- Czy nie jesteś krewnym generała Suworowa?

- Jestem jego synem. Wasza Mość.

- Masz wspaniałego ojca. Idź w jego ślady: służ tak samo, jak on, wiarą i prawdą. Oto masz ode mnie rubla. – Z tym słowem imperatorka podała Suworowowi srebrną monetę.

- Najmiłościwsza Monarchini! – powiedział młody Suworow. – Prawo zabrania żołnierzowi, stojącemu na warcie, przyjmować pieniądze.

- Zuch – rzekła z uśmiechem imperatorka – choć młody jesteś, a służbę znasz. Ja położę pieniądze na ziemi; weźmiesz je, kiedy skończysz służbę. Do widzenia!

Suworow oddał honor oddalającej się Monarchini. Zmieniony na posterunku, podniósł rubla i schował go na zawsze, jako pierwszy carski prezent.

Następnego dnia szeregowy Suworow został awansowany na kaprala.

 

Pobożność Suworowa

W swojej posiadłości Konczansko Suworow wybudował cerkiew. On lubił prawosławną służbę, wzruszał się do łez cerkiewnym śpiewem, ściśle wypełniał cerkiewne ustawy i tego też wymagał od podwładnych. Obok cerkwi Suworow nigdy nie przejeżdżał, nie przeżegnawszy się pobożnie. Wszedłszy do pokoju, on obowiązkowo żegnał się przed ikoną; przed obiadem i po nim – modlił się.

Suworow zawsze pomagał potrzebującym oficerom i był wyjątkowo miłosierny wobec biedaków. Przed Światłym Świętem on tajemnie posyłał do więzień po tysiącu rubli na wykup dłużników.

Posty Suworow przestrzegał i podczas wypraw i choroby. Pewnego razu, kiedy Suworow zachorował, imperator Paweł przysłał do niego swego nadwornego lekarza Edwarda Ferdynadowicza Weikarta. Nadworny lekarz w żaden sposób nie mógł przekonać chorego Suworowa jeść niepostne potrawy w postne dni.

- Ja – ruski żołnierz – mówił Suworow.

- Pan jest – generalissimus…

- Tak to prawda, ale żołnierze biorą ze mnie przykład. Nie potrzeba mi waszych lekarstw – mnie wyleczy modlitwa, bania, kasza i kwas.

Ledwie poczuwszy ulgę Suworow chodził do cerkwi, śpiewał tam i czytał Apostoła. Weikart złościł się na niego. Suworow zaś lekarza, nieznającego dobrze języka rosyjskiego, zmuszał mówić po rusku, jeść postne, chodzić do cerkwi i nazywał go Iwanem Iwanowiczem.

Słysząc o życzliwości wobec siebie imperatora, Suworow śmiejąc się mówił otaczającym:

- I to właśnie wyleczy mnie szybciej niż Iwan Iwanowicz Weikart.

Przed bitwą i po jej zakończeniu Suworow uroczyście odprawiał molebien. Rozdawanie nagród on też dokonywał tylko po modlitwie w cerkwi.

 

 

Bohaterstwo Sewastopola

Na południu Rosji na Krymie, dwa kilometry od dawnej Korsuni, gdzie kniaź Władimir przyjął Chrzest, leży miasto Sewastopol. Założone ono był za imperatorki Jekatieriny P. Na Sewastopolskiej redzie, szerokiej i głębokiej, statki są całkowicie chronione przed morskimi burzami i wiatrami. Sewastopol stał się naszym głównym portem wojskowym na Morzu Czarnym.

On stał się sławą naszej Ojczyzny. Przez jedenaście miesięcy od 12 września 1854 roku do 17 sierpnia 1855 roku Sewastopol wytrzymał bezprzykładne w latopisach oblężenie Francuzów, Anglików, Włochów i Turków. Chociaż miasto i padło pod naporem sił czterech państw, ale wymęczeni oblężeniem nieprzyjaciele nie mogli dalej kontynuować walki i zmuszeni byli zawrzeć pokój.

Wiele tysięcy bohaterów, jego obrońców, złożyło swoje głowy na sewastopolskich bastionach. Podczas oblężenia zostało zabitych trzech sławnych naszych admirałów: Korniłow, Nachimow i Istomin.

Pierwszym, wyjątkowo ciężkim dla Sewastopola dniem było 5 października, kiedy nieprzyjaciele, obawiając się zimowania w obcym kraju, postanowili zdobyć miasto szturmem.

Ranek był jasny i bezchmurny. O godzinie siódmej rano z jednej z nieprzyjacielskich baterii rozległ się wystrzał, potem drugi, trzeci… Trzy godziny trwał ogień, ciągle przybierając na sile. W końcu, kilka naszych bomb trafiło we wrogie bunkry prochowe – te wyleciały w powietrze, powodując sile spustoszenie wśród nieprzyjaciela.

Tego dnia po raz pierwszy wykazał się w Sewastopolskim garnizonie ten bohaterski duch, którym on się odznaczał podczas wszystkich dni obrony. Na trzecim bastionie artylerzyści byli wybici trzy razy. Trzy razy ich zastępowali nowi, którzy szli na pewną śmierć. Na drugiej baterii też byli zabici wszyscy artylerzyści, potrzebni byli ochotnicy – wtedy na baterie poszedł batalion marynarzy.

Młodzi obrońcy Sewastopola w niczym nie odstawali od swoich ojców. Jeden z nich, piętnastoletni chłopiec, zastąpił na baterii zabitego ojca-artylerzystę i kierował armatą do końca oblężenia. Za swój wyczyn został nagrodzony krzyżem Gieorgijewskim (Świętego Jerzego).

Kiedy wroga armia wylądowała i otoczyła Sewastopol głównodowodzący postanowił zatopić nasze okręty, zagrodziwszy w ten sposób nieprzyjacielowi wejście do zatoki. Ciężko było czarnomorcom rozstawać się ze swoimi drogimi okrętami. Między starymi marynarzami do tej pory zachowały się opowiadania o tym smutnym, bolesnym wydarzeniu.

Tak o zatopieniu okrętu „Dwunastu Apostołów” oni opowiadali: trzy dni wiercili w okręcie szczeliny, zrobili mnóstwo dziur, a on nie tonie: z armat do niego strzelali – nie tonie: jeden marynarz domyślił się: polazł i zdjął z niego ikonę – okręt natychmiast poszedł na dno.

 

 

Pierwsza siostra miłosierdzia

Niedaleko od pola bitwy około szesnastoletni ładny chłopiec w marynarskiej kurtce i czapce rozłożył koło siebie prostą apteczkę: bandaże, plastry, leki i inne szpitalne akcesoria. Wokół niego tłoczą się ranni oficerowie i żołnierze. Młody marynarzyk-felczer szybko i zręcznie obmywa i opatruje rany.

- Bóg ci zapłaci – mówią ranni – dzięki, rodaku!

- Aby tylko wam ulżyło, bracia – odpowiada im marynarzyk cienkim delikatnym dziewczęcym głosikiem.

Felczerem, którego wielu przyjmowało za młodego marynarza, była pełna sierota Dasza – córka sewastopolskiego marynarza. Przed wojną żyła ona w Sewastopolu w odziedziczonej po rodzicach chałupince. Kiedy przyszła wiadomość o inwazji nieprzyjaciela na Krym, ona sprzedała swoją chałupkę, kupiła starego konika i beczułkę spirytusu; zdobyła u marynarzy kurtkę z pantalonami, wojskową czapkę i buty; przygotowała ze starych koszul opatrunków; kupiła plastrów i środków dezynfekujących. Całą tę apteczkę ona objuczyła na swego konika. I oto już Dariuszka wlecze się wierzchem na klaczce za oddziałem marynarzy. Napotkani marynarze żartują z niej:

- Widzisz, jaka morska kawaleria.

Ale kiedy rozgorzała bitwa, kiedy rozhulały się granaty i kule po rękach, nogach i głowach marynarzy, kiedy popełzli, ociekając krwią, ranni marynarze za linię frontu, to byli oni radzi-zadowoleni, dostrzegłszy nieopodal młodego marynarzyka z jego klaczką.

Zakasawszy rękawy do łokci, sprytna Dasza przemywała rany, bandażowała głowy, nalewała z beczułki kubek jedynego wtedy środka znieczulającego i podawała go po kolei do zapieczonych ust cierpiących. I oni, żegnając się, szeptali: – Chyba, Anioł-pocieszyciel zleciał do nas od Tronu Pańskiego!

Całą wojnę podążała Dasza za wojskami. Ona została pierwszą rosyjską siostrą miłosierdzia. Potem za jej niezwykłym przykładem podążyło wiele rosyjskich dziewcząt. Imperator, dowiedziawszy się o Daszy, przysłał jej w darze swoją carską życzliwość – złoty medal, a imperatorowa – złoty krzyż z napisem „Sewastopol”.

Wdzięczni marynarze kupili ze składek i wręczyli jej w podziękowaniu – swojej ogólnie ukochanej siostrze Darii Aleksandrownie – drogocenny obraz Chrystusa Zbawiciela.

 

 

Marynarz Koszka

Marynarza Koszkę w Sewastopolu znali wszyscy. Krążyło o nim wiele opowieści. Po jednym z naszych wypadów, przy okopach wroga został nasz zabity podoficer marynarki wojennej. Anglicy podnieśli jego ciało i oparli o nasyp. Stał biedny nasz marynarz na pośmiewisko.

Marynarz Koszka postanowił wykraść u Anglików ciało zabitego marynarza; dowództwo wyraziło mu zgodę. Przed świtem Koszka włożył na siebie szary brudny worek i popełzł. Kiedy zrobiło się jasno, on ukrył się za ścianką jakiegoś rozwalonego budynku. Przesiedział tam Koszka do wieczora. Ściemniło się. Przybrał Koszka moment, kiedy Anglicy zmieniali wartę, i dostał się do zabitego marynarza. Zarzuciwszy go na plecy, już nie ukrywając się, szybko pobiegł z powrotem do swojej baterii.

Anglicy byli zaskoczeni i nie od razu zorientowali się, o co chodzi. Potem zaczęli strzelać, i pięć kul trafiło w zabitego marynarza, ale sam Koszka pozostał nietknięty. Za ten czyn Koszce dano krzyż Gieorgijewskij.

Raz wybiegł z nieprzyjacielskiego obozu cudowny krwisty koń, przy czym już osiodłany – tylko siadaj i jedź! Zatrzymał się pośrodku między ich transzejami i naszą baterią. Stoi biedny koń między dwoma ogniami i tylko z przerażeniem mordą kręci to w jedną, to w drugą stronę.

Koszka pobiegł do dowództwa:

- Wasza wysokość, pozwólcie konika zabrać. Poprosił Koszka marynarzy, żeby strzelali mu w plecy ślepymi nabojami, i pobiegł. Anglicy uznali, że to zbieg do nich biegnie: machają do niego rękoma i krzyczą:

- Biegnij do nas szybciej!

A Koszka dobiegł do konia, sprytnie na niego wskoczył i – od razu z powrotem.

Anglicy zaczęli strzelać, ale za późno. Koszka już u siebie za przedpiersiem (za wałem obronnym) konia głaska…

Nie dawał Koszka spokoju Anglikom również nocą. Wybierze najciemniejszą noc i pełznie do transzei. Leży tam godzinę, dwie i więcej, póki nie wypatrzy pozostawionej przez jakiegoś Anglika bez nadzoru broni. Jak tylko wypatrzy – schwyci i biegnie do swojej baterii.

Podniesie się alarm, popłoch w całym angielskim obozie, a winnego nie ma – dawno i ślad po nim ostygł. Oto taki był nasz ruski marynarz Koszka.

 

 

Gieorgijewski krzyż

Święty Gieorgij Zwycięzca czczony jest w Rosji od dawna. Wielki kniaź Jarosław – w Świętym Chrzcie Gieorgij, miał wizerunek świętego wielkomęczennika na swojej pieczęci. Po zwycięstwie nad pieczyngami, które książę przypisał cudownej pomocy jego Niebiańskiego orędownika, założył on na jego cześć monaster w Kijowie i nakazał obchodzić święto 26 listopada. Na starodawnych rosyjskich monetach wybijano wizerunek świętego Gieorgija, rażącego kopią smoka. Jurij (albo to samo – Gieorgij) Dołhorukij – założyciel Moskwy, uczynił wizerunek swego Niebiańskiego orędownika herbem Księstwa Moskiewskiego. Podczas rządów za rosyjski państwowy herb został uznany bizantyjski dwugłowy orzeł. Od tej pory wizerunek świętego Gieorgija, pozostając herbem Moskwy i guberni moskiewskiej, zajmuje środek państwowego herbu Rosji. Imperatorski wojskowy order świętego Gieorgija Zwycięzcy został ustanowiony 26 listopada 1769 roku przez imperatorkę Jekatierinę II. W jego regulaminie napisano: „Ani wysokie urodzenie, ani poprzednie zasługi, ani otrzymane w boju rany nie są brane pod uwagę. Dostępuje tego zaszczytu jedynie ten, kto nie tylko we wszystkim wypełniał swoje obowiązki według przysięgi, honoru i obowiązku, ale ponad to odznaczył się na pożytek i sławę rosyjskiej armii szczególnym wyróżnieniem.

Gieorgijewski krzyż od tego czasu uważany jest za najwyższy wojskowy honor w Rosji.

Święty Gieorgij niezłomnie znosił wszystkie męczarnie za Pana Jezusa Chrystusa. A co dawało mu taką siłę ducha? – Twarda wiara i niezłomne przekonanie o swojej prawości.

Rosyjscy żołnierze zawsze wyróżniali się, podobnie do Gieorgija Zwycięzcy, niezłomnością i męstwem w obronie Wiary, Cara i Ojczyzny. Przy imionach Suworowa, Kutuzowa, Płatowa, Jermołowa, Nachimowa, Kornikowa, Istomina, Czierniajewa, Skobielewa, Radieckiego i wielu innych chwatów, których pierś była ozdobiona Gieorgijewskimi krzyżami, w pamięci ukazują się wspaniałe obrazy niezapomnianych czynów bohaterskich naszego żołnierstwa. Serce napełnia się nadzieją, że prawosławni rosyjscy żołnierze, pamiętając wielkie bohaterstwo i chwalebny obraz swego Niebiańskiego orędownika – Gieorgija Zwycięzcy, jak było od pradawnych lat, nie zhańbią Ziemi Rosyjskiej, ale legną kościami za honor i sławę swojej Ojczyzny.

 

 

Michaił Dmitrijewicz Skobielew

Podczas wojny z Turkami wsławił się generał Michaił Dmitrijewicz Skobielew. On, jak i Suworow, był ulubieńcem żołnierzy. Ile rosyjscy żołnierze lubili i szanowali Skobielewa, tyleż Turcy bali się go. We wszystkich bojach Skobielew był na czele swego oddziału – wierzchem na białym koniu i odziany w biały mundur. Turcy przezwali go Białym Generałem.

Wzięty do niewoli pod Plewną turecki oficer opowiedział, że najbardziej oni boją się Białego Generała, i jak tylko on wyjeżdża na widoczne miejsce, żołnierze mają rozkaz wszystkie strzały oddawać w niego – Skobielew zaś, jak zaczarowany, siedzi i siedzi na swoim białym koniu, cały i nietknięty!

Rzeczywiście, Bóg chronił Skobielewa! On ani razu nie był ranny, choć zabito pod nim trzy konie. Dla Skobielewa jakby nie istniało niebezpieczeństwo: tak był śmiały i odważny.

- Podczas bitwy niemożliwe było widzieć Skobielewa bez zachwytu – opowiadali naoczni świadkowie.

- Oto on na przedzie na koniu: oczy skrzą się, w każdej rysie promienieje bohaterska dziarskość. Rosyjski rycerz – od głowy do nóg! Bez względu na to, jak wielkie jest niebezpieczeństwo, strata, porażka, on nie traci ducha, ale dodaje odwagi i natchnienia każdemu.

Skobielew wyróżnił się jeszcze podczas wyprawy chiwińskiej w 1873 roku. Mając 30 lat, on otrzymał wtedy wszystkie najwyższe bojowe nagrody: złotą szablę „Za odwagę”, dwa ordery świętego Gieorgija Zwycięzcy, złotą szpadę z brylantami i stopień generała.

Podczas wojny w Bułgarii Skobielew dokonał niemało sławnych czynów. On jako pierwszy wszedł do bronionej przez Turków Plewny.

Generał Skobielew dzielił z żołnierzami wszystkie trudy i niebezpieczeństwa wojennego życia. Nigdzie pod Plewną nie było tak wygodnych i ciepłych ziemianek jak w oddziale Skobielewa. Jego żołnierz zawsze był odziany, obuty, nakarmiony i umyty. Żeby pokrzepić po bitwie zmęczonego żołnierza gorącym pokarmem, Skobielew rozkazywał wozić za pułkiem kompanijne kotły.

Przy oblężeniu Plewny Skobielew żył razem z żołnierzami, spał w transzei wprost na gołej ziemi, nie patrząc na jesienne błoto.

- Jeśli nie zatroszczymy się o niego, on, jak małe dziecko, sam o sobie nie pomyśli – mówili żołnierze, urządzając mu jakąś namiastkę ziemianki. – Jednak będzie mu bardziej sucho, a i kula nie tak szybko go dosięgnie.

Oficerom armii Skobielew pomagał, jak mógł.

- U nich nie ma orędowników ani ważnych cioteczek ani wujeczków, jak u gwardzistów – mówił.

Michaił Dmitrijewicz Skobielew w ciągu całego czasu bitew wojennych nigdy nie był ranny.

- Skobielew takie słowo zna, że kula go nie skrzywdzi – żartowali miedzy sobą żołnierze.

Jeden żołnierz z pułku Kurskiego, ranny pod Plewną, poważnie opowiadał wszystkim w szpitalu:

- Kula przeszła przez Skobielewa: jemu – nic, a mnie raniła.

Trzy lata po wojnie tureckiej Skobielew został wysłany do Azji Średniej. Za tę wyprawę on otrzymał jeszcze jeden order Gieorgija Zwycięzcy i stopień pełnego generała.

27 czerwca 1882 roku w Moskwie tragicznie i przedwcześnie w wieku 38 lat urwało się życie Białego Ruskiego Generała Michaiła Dmitrijewicza Skobielewa. On umarł opłakany przez całą Rosję. W samym centrum Moskwy postawiono mu majestatyczny pomnik.

 

 

Dwóch bohaterów-męczenników za wiarę, cara i ojczyznę

Podoficer turkiestańskiego batalionu Foma Daniłow dostał się do niewoli w czasie wojny w Turkiestanie. Sam chan obiecał mu nagrodę, jeśli zgodzi się wyrzec Chrystusa. Foma odpowiedział, że zdradzić Chrystusa on nie może i jako carski poddany wypełnia swoje obowiązki do końca. Oprawcy po długich barbarzyńskich torturach zamęczyli go na śmierć.

Ludzie (naród) nie zapomną tej śmierci! Ten bohater, który przyjął męki za Chrystusa, jest właśnie wielkim rosyjskim żołnierzem. Sprawa odbywała się w kompletnej tajemnicy, w głuchym kącie. Nikt na niego nie patrzył, a i sam Foma nie przypuszczał, że jego trud bohaterski rozgłoszony zostanie w całej Ruskiej Ziemi. Inny mógłby pocieszać się tym przekonaniem, że śmierć jego posłuży za przykład dla bojaźliwych i jeszcze wielu przyciągnie do Chrystusa. Foma i tego pocieszenia nie miał. On był sam wśród oprawców.

Później sami oprawcy opowiedzieli o ostatnich minutach rosyjskiego żołnierza. Jego nieugiętość i siła ducha do tego stopnia zdumiały ich, że nazwali go „Batyrem”, to znaczy bohaterem. Oni też przekazali ostatnie słowa męczennika bohatera.

- Przeciwko sumieniu memu nie postąpię i męki przyjmę. W co wierzę – to i wyznaję.

Samarski gubernator wziął pod swoją opiekę rodzinę rosyjskiego bohatera Fomy Daniłowa, pochodzącego z chłopskiej rodziny Samarskiej guberni.

Bombardier artyleryjskiej brygady Agafon Nikitin został wzięty do niewoli podczas zdobywania przez generała Skobielewa twierdzy Geok-Tepe.

Przebywając w niewoli, Nikitin był zmuszany przez nieprzyjaciela strzelać do naszych wojsk; ale ani groźby, ani przemoc nie mogły zmusić go do tego. Wtedy oprawcy wykonali swoje groźby. Oni odrąbali Nikitinowi palce i zdarli z jego pleców skórę. Rosyjski bohater zmarł w strasznych mękach, nie zdradziwszy obowiązków żołnierza i wiernego poddanego.

Taki ofiarny wyczyn Agafona Nikitina nie mógł nie pozostać w narodowej pamięci. Postawiono mu pomnik w Temir-Chan-Szurze, a w stronach ojczystych bohatera-męczennika została wybudowana cerkiew pod wezwaniem prepodobnego Agafona.

Car łaskawie przekazał z własnych sum trzy tysiące rubli na wystrój cerkwi pod wezwaniem świętego Agafona, która stała się wiecznym pomnikiem rosyjskiego żołnierza, który oddał życie swoje za Wiarę, Cara i Ojczyznę.

 

 

Bohaterstwo szeregowego Archipa Osipowa na Kaukazie

W samym szczycie wojny na Kaukazie oddział górali liczący jedenaście tysięcy wojowników pojawił się u ścian naszego fortu Michajłowskiego, którego garnizon składał się z pięciuset osób. Dowódca postanowił walczyć do końca. On zebrał garnizon i zaproponował, aby w przypadku wdarcia się nieprzyjaciela wysadzić prochownię. Szeregowy Tenginskiego pułku Archip Osipow podjął się dokonać tego czynu.

Rankiem 22 marca tłumy górali rzuciły się do szturmu Michajłowskiego. Zawrzała na wałach zacięta bitwa, wśród której poległa większość rosyjskiego garnizonu, i sam jego dowódca w walce wręcz został ciężko ranny. I oto już tysiąc górali z krzykiem wdarło się do naszego fortu…

Wtedy szeregowy Archip Osipow, przyjąwszy błogosławieństwo duchownego, rzucił się z zapalonym lontem do piwnic z prochem.

Rozległ się straszny huk. Ziemia zatrzęsła się, i cały deszcz kamieni, bierwion, i pokaleczonych ciał posypał się na ziemię. Mnóstwo nieprzyjaciół przy tym zginęło. Kilku rannych, ale żywych rosyjskich żołnierzy poinformowało o szczegółach tego bohaterskiego czynu.

Smutny Nikołaj Pawłowicz zabezpieczył rodziny wszystkich, którzy zginęli i nakazał zachować na wieczne czasy imię szeregowego Archipa Osipowa w spisach Tenginskiego pułku.

Od tej pory w pułku na wszystkich apelach (sprawdzaniach listy obecności), kolejny po nim szeregowy odpowiadał:

- Zginął ku chwale rosyjskiego oręża w Michajłowskim forcie.

W mieście Władykaukazie na głównym placu został postawiony pomnik, uwieczniający to sławne dla rosyjskiego wojska wydarzenie.


Tłumaczenie Eliasz Marczuk

"Opowiadania nie tylko dla dzieci"
Skompletowała z różnych źródeł Wiera Kusznir


"Niedzielny cud"
Skompletował Boris Ganago

Tłumaczenie Eliasz Marczuk