O nas Słochy Annopolskie Historia wsi

Krótka historia wsi Słochy Annopolskie i cerkwi w Słochach

Ze wsią Słochy Annopollskie wiąże się legenda, która wskazuj na istnienie w przeszłości w tej miejscowości cerkwi prawosławnej. W legendzie występują nazwy miejsc: „Cerkwisko”, „Mogilnik”, „Popowe pole” które jednoznacznie potwierdzają istnienie tu cerkwi.

 

W zarysie historycznym siemiatyckiej parafii śww. App. Piotra i Pawła – spisie duchowieństwa – znajdujemy wzmiankę datowana pod rokiem 1654, iż nabożeństwa odprawiał ks. Słochowski

Prawdopodobna jest wersja, że cerkiew Słochach podzieliła tragiczny los Podlasia i przestała istnieć w czasie wojny ze Szwedami (Potop Szwedzki 1655-1660). Jadąc do wsi Słochy Annopolskie od strony Siemiatycz po prawej stronie widać dość wysoki kurhan zwany do dnia dzisiejszego „Cerkwisko”. To tu ludowe podanie umiejscawia istnienie cerkwi. Bez wątpienia pozostałością tego okresu było posiadanie przez Parafię śww. App. Piotra i Pawła w Siemiatyczach około 2 ha położonej tu łąki, która niestety w 1951 roku została parafii odebrana na mocy prawa tzw. „martwej ręki”.

Pozostałością w dziedzinie kultury jest istnienie we wsi chóru cerkiewnego, który miedzy innymi podtrzymuje zanikającą gdzie indziej tradycję kolędowania po domach w okresie świąt Bożego Narodzenia. W okresie Wielkiego Postu członkowie chóru oraz Bractwa Wzajemnej Pomocy wykonują piękne pisanki wg podlaskich wzorów, ozdobne palemki przed niedziela Palmową jak też pocztówki świąteczne. Zajmują się również pielęgnowaniem folkloru świeckiego. Niestety, jak dotychczas, nie posiadają konkretnego locum, gdzie mogliby rozwijać na skalę możliwości i potrzeb swoja działalność. W nowobudowanej świątyni na 3-ej kondygnacji wieży jest zaprojektowane specjalne pomieszczenie na tego typu potrzeby. Jest planowana budowa w przyszłości budynku parafialnego, który w założeniu będzie spełniać przede wszystkim rolę centrum kulturowego miejscowości.

Na odnotowanie zasługuje również inny ważny fakt historyczny. W czwartym dniu niemiecko-sowieckiej wojny 25 czerwca 1941 r. W godzinach porannych szosa przez wieś w kierunku Siemiatycz, do utworzonego w Białowieży sztabu armii niemieckiej jechała kolumna samochodów z generałem Guderianem. Kolumna została ostrzelana przez krasnoarmiejców, którzy kwaterowali w jednym z licznie występujących wzdłuż linii Bugu bunkrów obronnych. W czasie potyczki kierowca w randze majora został zabity na miejscu zaś śmiertelnie zraniony generał zmarł od upływu krwi nieznacznie oddaliwszy się od miejsca akcji. Pod wieczór tego samego dnia została zastosowana zbiorowa odpowiedzialność. Wieś została otoczona przez niemieckich żołnierzy szczelnym kordonem i podpalona. W łapance schwytano 74 mieszkańców wsi oraz kilka osób przebywających tu przypadkowo i wszystkich rozstrzelano. Dla upamiętnienia tej tragedii w latach 60-tych ubiegłego wieku w centrum wsi został postawiony skromny pomnik upamiętniający ofiary pacyfikacji. Do chwili obecnej ocaleli z tego pogromu mieszkańcy wsi jak też ich potomni, rokrocznie w drugą sobotę Wielkiego Postu zbierają się do cerkwi parafialnej na żałobne nabożeństwo w ich intencji.

Wybudowana świątynia pozwoli na zachowanie dziedzictwa historycznego, będzie żywym pomnikiem ofiar z dnia 25 czerwca 1941 r. Na ścianie zostanie umieszczona stosowna tablica informująca o tym wydarzeniu, natomiast 25 czerwca stanie się dniem szczególnej modlitwy i historycznej pamięci o nich.

Nawiązując do historii i spinając czas istnienia tu poprzedniej świątyni z obecnym, jawi się spadkobierczynią i kontynuatorką istniejących tu dobrych tradycji chrześcijańsko-społecznych.

Lata 2007 - 2011 na placu budowy cerkwi - foto Andrzej Podgórzak


 

Legenda

Na podstawie: Gazety Wyborczej, Barbara Noworolska

Dawno, dawno temu we wsi Słochy stał okazały dwór szlachecki. Komnaty obszerne kobiercami pięknie przystrojone pełne były brzuchatych kredensów i skrzyń wypełnionych adamaszkiem jedwabiami. Don otaczał rozległy ogród z fontannami, pełen kwiatowych szpalerów liczna służba spełniała rozkazy młodego dziedzica i jego gości. Pan lubił towarzystwo, zabawy, polowania, więc sąsiadów zjeżdżało tu sporo. Zawsze też pełno było szlacheckiej młodzi skłonnej do harców i swawoli.

Niedaleko dworu na wzgórzu, jak głosi legenda, stała ładna, murowana cerkiew. Schody dawniej prowadzące do niej można jeszcze teraz oglądać. We wsi zaś mieszkał lud spokojny i pracowity. Nic tedy dziwnego, że świętego dnia przestrzegał i na modły się garnął do świątyni.

Opowiadają starzy ludzie, że młody dziedzic upodobał sobie piękna wiejską pannę i zaczął się do niej zalecać. A że dziewczyna odrzucała zaloty – zniewolił ją. Ukryła to przed rodzicami bojąc się gniewu ojca i okrucieństwa dziedzica. Szlachcic zresztą rychło znudził się wieśniaczką. Gdy więc po kryjomu urodziła syna wiedziała, że nie może liczyć na jego pomoc ni opiekę. Nie mogła także teraz przyznać się rodzicom. Zrozpaczona postanowiła pozbyć się maleństwa. Poszła na mokradła i wrzuciła niemowlę w głąb bagna. Wtedy ukazał się jej starzec, który ostrzegł, że czyn taki nigdy nie zostanie bez kary. Co więcej mogą przez nią ucierpieć także niewinni ludzie. Jeśli więc nie chce powiększać swojego grzechu nie wolno jej wejść do cerkwi.

Biedna dziewczyna przerażona słowami usłyszanymi na moczarach zaprzestała odwiedzin w miejscu wspólnej modlitwy. Naprężno matka skłaniała do udziału w nabożeństwach. Nie pomagały namowy ojca. Dziewczyna zostawała w chacie. Po pewnym czasie mieszkańcy wioski zrozumieli, że unika ona celowo świętego miejsca. Odsunęli się więc od niej i jej rodziców. Nie szczędzili przykrości. Młoda wieśniaczka płakała po nocach, ale nie mogła nikomu zwierzyć się z sekretu. Męczyły ją wyrzuty sumienia, przejmował lęk i bolało niezasłużone osamotnienie ojca i matki.

Zbliżała się Wielkanoc. Dziewczyna przepłakała całą noc wędrując po wsi i bijąc się z myślami. Gdy rankiem rozdzwoniły się cerkiewne dzwony wzywające na uroczyste nabożeństwo dziewczyna ubrała się odświętnie i wraz ze wszystkimi udała się do cerkwi na wzgórzu. Gdy tylko przekroczyła święte progi rozległ się wielki huk i świątynia wraz ze wszystkimi ludźmi zapadła się w głąb wzgórza. Zostały tylko kamienne stopnie, które dziś jeszcze można odnaleźć na szczycie pagórka.

Wraz z zapadnięciem się świątyni zaczął podupadać świetny dotąd dwór. Dziedzic chcąc się ratować posagiem ożenił się szybko i bogato. Może sądził także, że sakrament przekreśli jego dawne grzechy? Ale stadło nie było szczęśliwe i nie stało dziedzica...

Duch dziewczyny błąka się do dziś po mokradłach szukając utopionego dziecka. W przeddzień Wielkanocy podchodzi pod cerkiewne wzgórze. Wtedy można go zobaczyć. Zaś w pierwszy dzień świąt, gdy przytknie się ucho do ziemi można usłyszeć dźwięk cerkiewnych dzwonów i szept modlitwy znajdujących się w świątyni dawnych mieszkańców wsi Słochy.

Motyw uwiedzionej wiejskiej dziewczyny przeszedł okresie romantyzmu z folkloru do literatury pięknej i to nie dzięki drugorzędnym piórom, ale tym najlepszym. Najpiękniejszą poetycka jego wersją jest ballada Mickiewicza „Rybka”. W prozie romantycznej odnajdziemy go u Kraszewskiego a także w operze Stanisława Moniuszki. Nie znika w okresie pozytywizmu. Znajdujemy go głównie u kobiet parających się piórem – u Konopnickiej w nowelach i powieściach i opowiadaniach Elizy Orzeszkowej. Interesujących , nowych barw nabiera w Młodej Polsce. I to bardzo różnych – od pogodnego, nie pozbawionego humoru opowiadania Sewera-Maciejowskiego po pastelową powieść Weyssenhoffa „Soból i panna”. Ta ostatnia książka była swego czasu bardzo głośna. Akcja jej rozgrywa się na tle pięknie ukazanej litewskie przyrody. ...

Równocześnie z karierą tego motywu w literaturze pięknej maleje jego produktywność w folklorze. A i zanika ona w ustnych przekazach. Opowiadanie ze Słoch jest już chyba reliktem. Ocalało, jak się zdaje, przez zbitkę z popularnym i wciąż żywym w folklorze – według Krzyżanowskiego, wybitnego folklorysty – motywem zapadnięcia się świątyni z powodu wejścia do kościoła wielkiego grzesznika. Fakt ten podkreśla w literaturze ludowej zatwardziałość zbrodniarza, który nie chce uszanować nawet świętego tabu. Przekaz ze Słoch odbiega w tym od schematu. Sympatia narratora jest cały czas po stronie młodej dziewczyny. Ona nie chce powiększać swego grzechu. To mieszkańcy wsi są jakby współwinni katastrofy. Ich stosunek do rodziców dziewczyny doprowadził ją do złamania przykazania starca.

Podanie to zasługuje na pamięć. Naprawdę warto notować miejscowe podania. Pogłębiają naszą wiedzę o wyobraźni, uczuciach i problemach naszych ojców, a także o dawnej kulturze ludowej na naszych oczach zanikającej gwałtownie pod wpływem współczesnej cywilizacji.