Warto przeczytać cuda Cuda XX wieku - dokończenie

Cuda XX wieku - dokończenie

Na podstawie „Prawosławnyje czudiesa w XX wiekie” Moskwa „Trim” 1993 r. Tłumaczenie E. Marczuk.


Spis treści

  1. Cud z dzbanem
  2. Leczenie bez bólu
  3. Objawienie się ikony Dierżawnoj Matki Bożej
  4. "Ja tam gdzie siedemnasta katyzma"
  5. Cuda według modlitw starca Symeona Pskowo-Pieczerskiego Monasteru
  6. Zmęczyli się rozstrzeliwać
  7. Ocalenie Rosji w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej
  8. Cuda według modlitw do prepodobnego Sierafima Sarowskiego
  9. Siła modlitwy Jezusowej
  10. "Pobożność, prostota i siła prawosławia"
  11. Wieszczy sen ojca przyszłego patriarchy
  12. Uwolnienie z chwytliwych objęć zapadłej już śmierci
  13. Zjawienie się Matki Bożej podczas walki, na Kurskim Łuku
  14. O pomocy Chrystusa Zbawiciela w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej
  15. Cuda w Optinoj Pustyni
  16. Piekielne męki, przeżyte na ziemi przez Mikołaja Motowiłowa
  17. Cuda od ikony opiekunki domu Romanowych
  18. Cuda według modlitw świeckiego starca Teodora Sokołowa
  19. Wydzielająca miro ikona w Montrealu
  20. Cuda według modlitw starca Sampsona (1898-1979)
  21. Cudowna tęcza
  22. Setki i tysiące cudów na początku 1920-ch lat
  23. Środa i Piątek
  24. Niebiańska jałmużna
  25. Cuda według modlitw starca Amwrosija Optyńskiego
  26. Ogień. który zszedł z ikony opalił heretyka
  27. Stanie Zoi

CUD Z DZBANEM

Z żywota prepodobnego Niektarija Optyńskiego

Batiuszka mówi mi: „Wytrząś najpierw samowar, potem nalej wody, a przecież często zapominają wody nalać i zaczynają rozpalać samowar, a w wyniku tego samowar zepsują i bez herbaty pozostają. Woda stoi oto tam, w kącie, w miedzianym dzbanie, weź go i nalej”. Podszedłem do dzbana, a ten był bardzo wielki, ze dwa wiadra i sam w sobie masywny. Spróbowałem go przysunąć, nie – siły nie ma, wtedy chciałem podnieść do niego samowar i nalać wody. Kapłan zauważył mój zamiar i znowu mi powtarza: „Ty weź ten dzban i nalej wody do samowara”. „Ale przecież, batiuszka, on jest zbyt ciężki dla mnie, z miejsca nie mogę go ruszyć”. Wtedy kapłan podszedł do dzbana, przeżegnał go i mówi: „Weź”. Podniosłem i ze zdziwieniem patrzyłem na batiuszkę: Poczułem, że dzban jest całkowicie lekki, jakby nic nie ważył. Nalałem wody do samowara i postawiłem dzban z powrotem z wyrazem zdziwienia na twarzy. A kapłan mnie pyta: „No, co, ciężki dzban?” Nie, ojcze, ja dziwię się, on jest zupełnie lekki. Tak oto i weź lekcję, że każde posłuchanie, które nam wydaje się ciężkie, podczas wypełniania bywa bardzo lekkie, ponieważ jest to robione jak posłuszeństwo. Ale ja byłem porażony: jak on zniweczył siłę ciężkości jednym tylko znakiem krzyża!

Siergij Niłus

 

LECZENIE BEZ BÓLU

U zabolał mi ząb, potem ból przeszedł, ale delikatne uczucie bólu zostało. Bojąc się, że choroba powtórzy się, zacząłem modlić się do swiaszczennomuczenika Antipa, żeby on uwolnił mnie od ostrego ataku bólu.

W tym czasie nie jadłem mięsa, nie piłem alkoholu, według błogosławieństwa kapłana. I nie leczyłem się u lekarzy.

Każdego dnia wspominałem podczas modlitwy imię świętego Antipa, biskupa pergamskiego. Minęło około dwóch miesięcy i ząb, który wcześniej bolał, sam wypadł, bez bólu. Ucieszyłem się: nie trzeba iść do lekarza, nie trzeba leków. Zajrzałem do miesiacesłowa i bardzo zdziwiłem się: przecież dzisiaj dzień pamięci świętego swiaszczennomuczenika Antipa, biskupa pergamskiego! Dzięki Bogu, cudownemu w świętych Swoich! Nie zapomniał swiaszczennomuczenik mojej modlitwy.

(Włodzimierz)

Swiaszczennomuczenik – biskup, kapłan, który poniósł śmierć męczeńską za wiarę

Miesiacesłow – Kalendarz liturgiczny

 

OBJAWIENIE SIĘ IKONY DIERŻAWNOJ MATKI BOŻEJ

Dierżawnaja ikona Bożej Matki objawiła się rosyjskiemu prawosławnemu narodowi 2/15 marca 1917 roku w dzień ustąpienia z tronu cara męczennika Mikołaja Aleksandrowicza. Wkrótce całą Rosję obiegła wiadomość, że właśnie w ten dzień we wsi Kołomienskoje pod Moskwą nastąpiło objawienie się nowej ikony Bożej Matki, nazwanej „Dierżawnoj”, ponieważ Caryca niebiańska była przedstawiona na tej ikonie jako Caryca ziemska.

Nowa ikona objawiła się tak. Chłopka bronickiego powiatu, żyroszkińskiej gminy, wsi Poczynok, Jewdokii Andrianowej, zamieszkująca w zaścianku Pierierwie, miała dwa sny. Pierwszy 13-go lutego i drugi 26-go lutego.

13-go lutego Andrianowa słyszała tajemniczy głos: „Jest we wsi Kołomienskoje wielka ciemna ikona. Ją trzeba wziąć, uczynić piękną (odnowić – przyp. EM) i niech się modlą”.

Jako kobietę wierzącą, ta tajemnicza wiadomość zachęciła ją do wzmożonej modlitwy o otrzymanie jaśniejszych wskazówek woli Bożej.

Jakby w odpowiedzi na modlitwę, 26-go lutego Andrianowej śni się biała cerkiew; i w niej majestatycznie zasiada Kobieta, w Której swoim sercem ona poznaje i czuje Carycę niebiańską, chociaż i nie widzi Jej świętego oblicza.

Andrianowa idzie do wsi Kołomienskoje: 2-go marca, przed przyjęciem Eucharystii, ona udała się z Pierierwy do proboszcza białej cerkwi w Kołomienskim. Zobaczywszy cerkiew Wniebowstąpienia ona natychmiast poznała w niej tę samą cerkiew, którą widziała we śnie.

Proboszczem cerkwi był kapłan ojciec Mikołaj (Lichaczew). Przyszedłszy do niego do domu, Jewdokija zakomunikowała mu o swoich snach i prosiła o radę, jak postąpić. Ojciec Mikołaj wybierał się służyć wieczorne nabożeństwo i zaprosił Andrianową do cerkwi. Tam on pokazał jej wszystkie starodawne ikony Matki Boskiej, znajdujące się na ścianach i w ikonostasie, ale ona ani w jednej z nich nie znajdowała podobieństwa z obrazem, zobaczonym we śnie. Wtedy według rady stróża cerkwi i jednego parafianina, który przypadkowo wszedł w tym czasie, ojciec Mikołaj zaczął gorliwie szukać wszędzie: na dzwonnicy, na schodach, w komórkach i, wreszcie, w piwnicy.

Tam, w cerkiewnej piwnicy, wśród starych desek, szmat i rupieci, w kurzu, została znaleziona wielka wąska stara ciemna ikona. Kiedy ją przemyto z wieloletniego kurzu, to wszystkim obecnym ukazało się obraz Matki Bożej, jako Carycy niebiańskiej, majestatycznie zasiadającej na carskim tronie w paradnej carskiej purpurze na zielonej podszewce, z koroną na głowie oraz skiptrom i dierżawoj w rękach. Na kolanach Jej znajdował się błogosławiący Bogomłodzieniec. Spojrzenie bolesnych oczu Matki Boskiej, przepełnionych łzami było surowe, twarde i władcze .

Jewdokia Andrianowa z wielką radością i łzami upadła na twarz przed ikoną Matki Boskiej, prosząc ojca Mikołaja aby odsłużył moleben, bo w tym obrazie ona poznała ten, zobaczony we śnie. Wiadomość o pojawieniu się nowej ikony w dzień ustąpienia monarchy z tronu 2 marca 1917 roku rozniosła się po okolicy, przeniknęła do Moskwy i zaczęła rozpowszechniać się po całej Rosji. Dużo wiernych napływało do Kołomienskoje i przed ikoną dokonały się cuda uzdrowienia fizycznych i duchowych dolegliwości, jak o tym świadczyli ci którzy otrzymali pomoc. Ikonę zaczęto wozić po okolicznych świątyniach, fabrykach i zakładach, zostawiając ją w cerkwi Wniebowstąpienia tylko w niedzielne, świąteczne dni.

Tak Matka Boska przyjęła na Siebie kontynuację władzy mocarstwa Rosyjskiego, kiedy sama idea prawosławno-samowładnej narodowej władzy została podeptana w imię autokratyzmu szatana. Dlatego i surowe i twarde i smutne spojrzenie Jej oczu, przepełnionych łzami gniewu Boskiej i Matczynej miłości, Jej carska purpura jakby nasączona męczeńską rosyjską krwią i brylantowe łzy rosyjskich męczenników ozdabiają Jej koronę.

Sens ikony jasny: przez cierpienia, krew i łzy, po pokajaniu rosyjski naród otrzyma przebaczenie i carska władza, zachowywana przez Carycę niebiańską, będzie Rosji zwrócona. Rosyjski naród w całej Rosji zaczął modlić się przed Dierżawną ikoną Matki Bożej i sama ikona w niezliczonych kopiach zjawiła się w wielu rosyjskich świątyniach. Zostały napisane akafist i kanon tej ikonie, słuchając których, cała cerkiew padała na kolana.

Po zasłynięciu cudami Dierżawnej ikony Jewdokija Andrianowa zaczęła chodzić zbierać pieniądze na szatę (koszulkę) dla nowoobjawionej ikony. I, kiedy zebrała, zdecydowała pojechać do Diwiejewskiego monasteru pomodlić się i poprosić błogosławieństwa na położenie szaty. Tu ona znów dostąpiła zaszczytu zjawienia się Matki Bożej, Która jej powiedziała, żeby ona zwróciła zebrane przez nią pieniądze. Teraz nie trzeba na Jej ikonę kłaść szaty, ponieważ wkrótce w Rosji będą zdejmować szaty ze wszystkich ikon.

Minęło kilka lat – i najokrutniejsze prześladowania zwaliły się na głowy czczących tę ikonę po całej Rosji. Aresztowano tysiące wiernych, rozstrzelano autorów akafista i kanonu, a same ikony skonfiskowano ze wszystkich cerkwi...

Gdzie obecnie znajduje się oryginał Dierżawnoj ikony Matki Bożej – nie wiadomo.

 

DRUGIE OBJAWIENIE SIĘ IKONY

Wiosną 1991 roku w Moskwie wydarzył się cud. Jego świadkami był kler i parafianie niedawno zwróconej Prawosławnej Cerkwi świątyni świętego Mikołaja (pierwsza służba sprawowana była w Wielkim Tygodniu, w sobotę przed Wielkanocą). Świątynia ta należy do Nikoło-Pierierwienskiego monasteru, którego teren dotychczas znajduje się w zarządzaniu jednego z moskiewskich zakładów. W środku wielkanocnego tygodnia 1991 roku do proboszcza Nikolskiej świątyni protojereja Władimira (Czuwikina) przynieśli ikonę Dierżawnuju. Ikona roztaczała aromat i wydzielała miro. Naocznymi świadkami tego cudu, który trwał ponad pół miesiąca, byli wszyscy, kto przychodził do Nikoło-Pierierwienskiego monasteru.

Oblicze Matki Boskiej jest napisane na lazurowym, niebiańskim tle. Oczy Jej są przepełnione miłością. Na głowie – korona, na niej krzyż. Dierżawa w Jej rękach też ma u góry krzyż i sama przepasana jest krzyżem, jak wstążką. U Bogomłodzieńca i u Pana Boga Wszechwładcy imienosłownoje błogosławieństwo.

Wkrótce po tym, jak do Nikolskiej świątyni została przyniesiona wydzielająca miro ikona, wydarzyło się następujące. Dwie kobiety, które z trudem odnalazły na peryferiach Moskwy Nikoło-Pierierwienski monaster, opowiedziały, że parę dni wstecz jednej z nich we śnie zjawiła się Matka Boża i, pokazawszy Swoją ikonę, powiedziała, że Ona wysłała tę ikonę w Nikoło-Pierierwienskiego monasteru. Kobieta podzieliła się wiadomością ze swoją przyjaciółką i one zaczęły szukać. Nigdy one nie słyszały ani o takim monasterze, ani ikony takiej nigdy nie widziały. I oto, poświęciwszy nie jeden dzień na poszukiwania monasteru, one, wreszcie, dotarły do katedralnej świątyni Nikolskiej i, przyszedłszy do proboszcza, poprosiły go, żeby pokazał świątynne ikony Bogarodzicy. I wśród nich kobieta, której było widzenie, natychmiast bezbłędnie poznała tę ikonę, o której Swoją wolę objawiła Bogarodzica, sprzyjająca, żeby Jej obraz był właśnie na tym miejscu.

 

Dierżawnaja – 1. silna, potężna, mocna; 2 można

Skipietr - Berło najdawniejszy symbol władzy, używany jeszcze przez faraonów. Pierwowzorem berła jest pastuszy kij (laska), przyswojony potem przez cerkiew biskupom jako znak władzy duszpasterskiej; europejscy monarchowie zastąpili go skróconymi laskami (buławami) - berłami.

Dierżawa - (scs. dierża - władza) - symbol państwowej władzy monarchy, przedstawiający sobą złotą kulę z koroną albo krzyżem.

Imienosłownoje błogosławieństwo – błogosławieństwo w którym palce błogosławiącej ręki przedstawiają litery Imienia Chrystusa IC XC, ono istnieje w Cerkwi od pradawnych czasów, a ostatecznie zatwierdzone przez Wielki Sobór Moskiewski w 1667 roku

 

”JA TAM, GDZIE SIEDEMNASTA KATYZMA”

Kobieta pracowała jako kucharz w stołówce przy rejonowym oddziale KGB (komitetu państwowego bezpieczeństwa), podczas pracy ona czytała psałterz, Ewangelię. Chodziła czasami do cerkwi. Modliła się za swego chorego syna. Jego choroba była nieuleczalna. Jego rozum był dziecięcy. On mógł powiedzieć tylko kilka najprostszych słów.

Syn umarł. Kobieta pochowała go z cerkiewnym obrzędem i nabożeństwem. Na modlitwę w intencji za pokój jego duszy przyszło do niej wielu wierzących. I oto, co ona opowiedziała potem:

Modliłam się do Boga za pokój duszy mojego syna i nie wiedziałam, czy moja modlitwa jest podobająca się Bogu. Chciałam wiedzieć, gdzie mój syn znajduje się po śmierci.

I oto mój syn przyszedł do mnie we śnie i, uspokajając mnie, powiedział:

- Mamo, jestem tam, gdzie siedemnasta katyzma.

Zrozumiałam, gdzie on jest. Siedemnastą katyzmę w psałterzu czytają, kiedy modlą się o błogosławione zaśnięcie (śmierć).

(W. A. G. )

Katyzma – dla ułatwienia czytania Psałterz został podzielony na 20 części zwanych katyzmami które można słuchać w pozycji siedzącej

 

CUDA WEDŁUG MODLITW STARCA SYMEONA PSKOWO-PIECZERSKIEGO MONASTERU

UZDROWIENIE OD UROKU

Opowiadanie Prochorowej Aleksandry, zamieszkującej w L-dzie (obecnie Sankt Petersburg):

Do 1956 roku według Bożego dopustu cierpiałam na chorobę systemu nerwowego, która nie poddawał się lekarsko-medycznemu leczeniu (według ludowego powiedzenia, we mnie był urok). Ale według łaski Bożej, Matka Boża skierowała Swoje spojrzenie na moje cierpienia i wskazała klasztor, gdzie żył starec lekarz (przez zdjęcie starca Symeon). Do cerkwi w ogóle nie chodziłam i niczym duchowym nie zajmowałam się. Dowiedziawszy się od jednej kobiety, która pokazała mi zdjęcie ojca Symeona, jego adres, szybko zgodziłam się pojechać do niego do Pieczory, nie uważając go za lekarza duchowego, a uważając za zwykłego lekarza, pomagającego chorym.

Nie miałam żadnego pojęcia ani o wierze, ani o Nabożeństwie, ani o postach i świętych sakramentach, nie było żadnych religijnych uczuć. Wszystko było dla mnie kompletnie zamknięte, niezrozumiałe i nieciekawe. Przyjechawszy do monasteru pod koniec służby, natychmiast poszłam do starca, jak do zwykłego lekarza i zaczęłam mówić mu, że mam urok. Kapłan mi dał pocałować krzyż i powiedział: „Skąd wiesz, że to urok!”. Potem mnie zaczęło rwać i mi zrobiło się źle i wewnątrz mnie ktoś krzyczał, a dalej nie pamięta, co ze mną było. Mnie rwało i ludzie, którzy byli u batiuszki, zaczęli pielęgnować mnie, wynosili miednice z wymiotami, które były jak zielenina.

Potem zrobiło mi się lepiej i, kiedy rano przyjęłam Eucharystię, to stało mi się jaśniej i radośniej. Do cerkwi bez modlitwy ojca Symeona nie weszłabym, wróg męczył mnie. W domu przed odjazdem do Pieczory on dawał mi sznur powiesić się. Ale Matka Boża nie dopuściła do mojego samobójstwa, a posłała do mnie dobrych ludzi, którzy właśnie skierowali mnie do starca. Pomieszkałam w monasterze około miesiąca i jak było radośnie mi i przyjaciołom moim, którzy pielęgnowali mnie podczas mojej choroby, na oczach których wyzdrowiałam. Od tamtej pory stale odwiedzam monaster i dziękuję Matce Bożej i Panu Jezusowi Chrystusowi za miłość naszego kapłana Symeona.

 

Urokiem nazywa się choroba, naprowadzona przez kogoś na człowieka albo na bydło. Niektórzy z prawosławnych nie uznają uroku, uważając, że to po prostu choroba, dopuszczona przez Boga za karę albo dla opamiętania się. Urok to tylko używana przez prosty naród nazwa choroby, którą pod działaniem biesa naprowadza czarownik albo czarownica.

 

UZDROWIENIE OD OPĘTANIA

Opowiadanie Antoniny, 65 lat, mieszkającej w m. Pieczory:

W 1959 roku przyjechała do Pieczory z Tuły moja znajoma Nina, zatrzymała się u mnie. Ona była opętana przez biesa i w żaden sposób nie mogła wejść do celi do ojca Symeona na błogosławieństwo i ciągle krzyczała: „Oj, Sieńka idzie, boję się go!”. Według błogosławieństwa ojca Symeona otczytywał ją ojciec Afinogien. Ona była do tego stopnia porywcza, że podczas modlitwy nad nią związywano ją.

Jeszcze będąc chorą, Nina zobaczyła idącą do świątyni matkę Aleksandrę i zabiegała jej drogę, krzycząc: „Sieńka idzie!”. Matka Aleksandra ją uspokoiła, powiedziawszy, że batiuszka jest chory i do świątyni nie przyjdzie. Nina zaczęła miotać się po świątyni, szukając miejsca, gdzie by się skryć i stamtąd krzyczeć jeszcze głośniej: „Oj, Sieńka idzie!”. I, rzeczywiście, zupełnie niespodziewanie batiuszka przyszedł na połunoszcznicę. Zdumiewające, jak opętani przez diabła czuli pojawienie się ojca Symeon. Z Pieczor Nina odjechała zupełnie zdrowa. I do dziś (w 1965 roku) przyjeżdża do Pieczor pomodlić się.

 

Otczytywat’ – czytać modlitwy w celu uzdrowienia kogoś z choroby, odpędzenia od kogoś nieszczęścia, wypędzenia złych duchów itp.

Połunoszcznica – nabożeństwo odprawiane o północy

 

URATOWANIE OD KATASTROFY POCIĄGU

Niejaka Maria przyjechała na kilka dni do monasteru z okazji urlopu. Aby nie zarwać roboczego dnia, ona powinna była wyjechać w określony dzień, żeby znaleźć się w pracy na czas. Przyszła do batiuszki po błogosławieństwo na wyjazd wieczorem. Kapłan powiedział:

- Pojedziesz jutro.

Ona zaczęła go upraszać, powiedziała, że jutro należy już być w pracy. A batiuszka znowu powiedział:

- No, co z tego, jutro pojedziesz.

Wtedy Maria poszła do matki Aleksandry i zaczęła prosić ją, żeby ta uprosiła kapłana, żeby błogosławił jej na wyjazd. One zaczęły we dwie prosić kapłana, ale on spokojnie odpowiedział:

- Pojedziesz jutro.

Maria posłuchała, została do jutra.

Po kilku dniach ona przysłała list, w którym zakomunikowała, że z pociągiem zdarzyła się katastrofa, – z tym właśnie, którym jej nie było błogosławieństwa wyjechać, pomimo wszelkich błagań i próśb.

 

ZAMIAST IMIENIN TRAFIŁA DO SZPITALA

Luba w dzień swoich imienin przyjechała z Pskowa do Pieczor do monastru pomodlić się. A pod wieczór trzeba było przybyć do Pskowa, gdzie będą czekać na nią goście, zaproszeni na imieniny. Po służbie zaszła ona do batiuszki po błogosławieństwo na odjazd do domu. Ojciec Symeon nie pobłogosławił jej jechać tego dnia. Ona mówiła mu, że na nią czekają goście, zaproszeni wieczorem na imieniny.

Ale batiuszka nie dawał błogosławieństwa na wyjazd. Wtedy ona poszła do matki Aleksandry prosić ją, żeby ona uprosiła kapłana. Przyszły we dwie i szczególnie zaczęły motywować i prosić: „Przecież tam czekają goście i ja nagle nie przyjadę... ”. Starzec mimo woli odpuścił ją na imieniny. Matka Aleksandra wyszła odprowadzać Lubę na autobus, ale do niego nie można było wsiąść z powodu przepełnienia. Trafiła się okazyjna ciężarówka.

Matka Aleksandra odeszła, zadowolona, że uprosiła batiuszkę i odprowadziła Lubę, która zdąży do domu na imieniny.

Ale w drodze samochód uległ wypadkowi – i wszyscy pasażerowie powypadali z samochodu i odnieśli obrażenia. Trafiła do szpitala również Luba. Oto co znaczy nieposłuszeństwo. Zamiast imieninowego nakrytego stołu ona zobaczyła przykryty prześcieradłem szpitalny stół operacyjny.

 

UZDROWIENIE OD RAKA

Zwonkowa Jewdokija opowiada:

Chorowałam na żeńską chorobę 30 lat. Kilkakrotnie mnie operowali. Wreszcie, mi powiedzieli, że mam raka.

Tu Pan Bóg posłał do mnie znajomą, która powiozła mnie do Pieczor do batiuszki Symeona. Do tego zaś czasu rozbolała u mnie również ręka. Kiedy przyszłam do batiuszki, on przeciągnął ręką po moich plecach i powiedział: „Nic ci nie boli, będziesz zdrowa, tylko ręka poboli, a jeśli ręka nie będzie chorować, to zapomnisz, że trzeba gorliwie się modlić”. Od tamtej pory wyzdrowiałam.

 

UZDROWIENIE OD PARALIŻU

54-o letnia S. P, z miasta Piotrogród, pisze: Chorowałam na zakłócenie przemiany materii 15 lat, tak, że czasami zupełnie nie funkcjonowały ani ręce, ani nogi. Wreszcie w 1953 roku sparaliżowało mi ręce i nogi. Leżałam w różnych szpitalach, ale pomocy nie miałam. W 1954 roku ze znajomymi pojechałam do Pieczor do batiuszki Symeona; zaocznie on już modlił się o moje zdrowie. Przy pierwszym spotkaniu batiuszka powiedział:

- Nie martw się, że nie ma komu ciebie pielęgnować i nie ma pieniędzy. Wkrótce będą i pieniądze i człowiek do pielęgnowania i jeszcze sama będziesz pracować.

Od batiuszki wyszłam zupełnie okrzepła. Przemieszkałam w Pieczorach całe lato i po Wniebowzięciu Matki Bożej odjechałam do domu. Wszyscy bliscy zdziwili się, widząc mnie na nogach i zdrową. 16 lutego 1955 roku, w dzień anioła (imienin – przyp. EM) batiuszki, już pracowałam. W 1956 roku otrzymałam emeryturę według starości i do dziś żyję w Pieczorach i już sama się obsługuję.

 

PRZENIKLIWOŚĆ I CUDOWNA DALEKOWZROCZNOŚĆ

Przyjechał do ojca Symeona z miasta Orła sędziwy człowiek o imieniu Symeon. Opowiedział on historię swojego przyjaciela, starca Wasyla Iwanowicza. Wasyl był rodem z obwodu pskowskiego i przyjechał mieszkać do miasta Orła jeszcze młodym. Służył u orłowskiego władyki jako nowicjusz ponad 30 lat i wszelkie obowiązki wypełniał gorliwe. Cały naród tej krainy lubił i władykę i jego nowicjusza.

Ale na początku lat 30-ch władykę i razem z nim Wasyla Iwanowicza zesłano. Kiedy W. I. Odbył swój wyrok, to stał się już starym i bezsilnym, ale jego bliscy nie zechcieli brać go na utrzymanie.

Symeon i jego orłowscy przyjaciele zdecydowali wziąć Wasyla Iwanowicza do Orła i wspólnie karmić i pielęgnować go.

Staruszek Symeon opowiedział batiuszce Symeonowi o tym wszystkim i zaczął prosić u niego błogosławieństwa na wykonanie swojej decyzji. Kapłan pobłogosławił, ale powiedział: „A oto, kiedy będziesz przejeżdżać przez Psków, wyjdź z wagonu i obejrzyj miasto”.

Tak też Symeon zrobił. Postój w Pskowie trwa 15 minut. Wyszedł on w Psków, patrzy i nie wierzy własnym oczom: konwojenci prowadzą grupę aresztowanych, a wśród nich jest Wasyl Iwanowicz, po którego on jechał.

Symeon natychmiast podbiegł do niego i powiedział konwojentowi, że chce wziąć W. I. na utrzymanie. Dla załatwienia formalności trzeba było iść na milicję. Póki Symeon załatwiał, po W. I. i ślad wystygł. Wtedy Symeon wrócił do Pieczor do batiuszki, mówiąc: „Znalazłem i zgubiłem”. Ale batiuszka uspokoił go i powiedział: „Pojedź do Pskowa, on tam u swojej siostry”.

Tak się też stało. Symeon natychmiast zabrał W. I. i powiózł do Orła, gdzie żyją dotychczas. On stał się jego opiekunem.

 

URODZAJ WEDŁUG MODLITWY

Klasztorne ziemie – zasiewy, ogrody – były odebrane od monasteru w czasie gdy namiestnikiem był archimandryta Pimen i, pomimo wszelkich starań, nie zostały zwrócone. A ziemię pod ogrody warzywne dano za monasterem zaniedbaną. Posiali warzywa na nowej ziemi, ale one nie wschodziły. Wielokrotnie archimandryta Pimen przychodził do batiuszki Symeona i narzekał, że jeszcze ciągle nie wschodzi. W końcu, przyszedł do batiuszki i mówi: „Wszystko się zazieleniło”.

Codziennie batiuszka chodził potajemnie do ogrodu i modlił się pośrodku ogrodu. I Pan Bóg według jego modlitwy dał, że wszystko wzeszło i potem dał taki obfity urodzaj, że podczas procesji w święto Wniebowzięcia Matki Bożej były agronom A. D. zmuszony był wystawić ochronę, żeby ludzie nie podeptali plonu. Wszyscy dziwili się i dziękowali Bogu, że na takiej pustce wyrosła taka obfitość płodów ziemi. W ogrodzie na modlitwie widziała batiuszkę pracownica, która podczas przerwy obiadowej pozostawała w ogrodzie strzec klasztornego inwentarza.

 

”U CIEBIE PEŁNE USTA GŁOWNI”

Anna, zamieszkująca w m. Pieczory na ulicy Owrażnoj, informuje:

Trafiło mi się być świadkiem przenikliwości starca. Pewnego razu latem, wyszedłszy z Michajłowskiego soboru, my, modlący się, wszyscy zobaczyliśmy koło świątyni leżącą na kamieniach i szlochającą kobietę.

Na nasze pytanie, co z nią i z jakiego powodu tak gorzko płacze, ona opowiedziała następujące:

- Przyjechałam do Pieczor i poszłam do ojca Symeona po błogosławieństwo. Postukałam raz i słyszę odpowiedź:

- Wyjdź precz!

Postukałam drugi raz i zajrzałam do celi. Ojciec Symeon stał przy anałoju (pulpicie na książki lub ikony) i, nie patrząc na mnie, krzyknął powtórnie: „Wyjdź precz!”.

Postukałam trzeci raz i ojciec Symeon powiedział znowu:

- Wyjdź precz! U ciebie pełne usta głowni!

Tu natychmiast przypomniałam sobie swój ciężki grzech. Przyznaję się przed wami, że w życiu popełniłam wielkie przestępstwo: obraziwszy się na sąsiada, podpaliłam jego łaźnię, a od jego łaźni natychmiast spaliła się i wioseczka.

I ona zalała się jeszcze większymi łzami. Byliśmy wstrząśnięci i zdziwieni przenikliwością ojca Symeona i natychmiast zaczęliśmy się modlić do Panu, prosząc Go o przebaczenie wielkiej grzesznicy, opłakującej swój grzech.

 

ZAPOMNIAŁ SWOICH KUL I WYZDROWIAŁ

Pewnego razu, opowiada zakonnica Aleksandra, zaprosiłam niejakiego przyjezdnego Mikołaja na herbatę – który dopiero co wrócił z klasztornego sianokosu.

Podczas picia herbaty ten chwycił się za głowę i zawołał: „Co to ze mną? Jak to wyszło, że stałem się innym?” Poprosiłam go, żeby opowiedział, co z nim się zdarzyło. I on opowiedział:

„Miałem bardzo chore nogi, nie mogłem chodzić. W szpitalu lekarze proponowali mi amputację nóg. Zgodziłem się na operację, ale w tym samym czasie spotkałem się z pewnym człowiekiem, który mi powiedział, że w Pieczorach jest taki lekarz, który wszystko leczy bez operacji. On dał mi Pieczerski adres i udałem się do tego lekarza. Trafiłem do starca Symeona i opowiedziałem mu o swoim nieszczęściu. Starzec porozmawiał ze mną, potem powiedział: „Jutro przystąp do świętej Eucharystii”. Wychodząc od batiuszki, zapomniałem wziąć swoje kule i nie zauważyłem, że jestem zdrowy. Na drugi dzień przystąpiłem do Eucharystii i młody diakon z braćmi (mnichami) zaprosił mnie na kośbę, ja z przyjemnością zgodziłem się i powtarzam, zapomniałem o tym, że moje nogi chorowały, nawet do batiuszki nie wstąpiłem, a szybko odjechałem na łąkę. Tam cały oddałem się pracy, zapomniałem, że byłem chory i przyjechałem się leczyć”.

 

ZMĘCZYLI SIĘ ROZSTRZELIWAĆ...

Po rewolucji październikowej w Rosji zaczęło się prześladowanie Prawosławnej Cerkwi, duchownych, mnichów i wiernych. Jednym z takich męczenników za wiarę był metropolita Piotrogrodzki Wieniamin († 13 sierpnia 1922 roku, według starego stylu).

O tym, jak władyka Wieniamin przyjął śmierć, jest opowiedziane w książce „Starzec ijeroschimonach Sampson”, gdzie sam starzec Sampson, dobrze znający władykę, mówi następujące:

„Władyka Wieniamin został rozstrzelany. Siedem razy strzelali w niego i nie mogli nic zrobić. Wtedy rozstrzeliwujący zaczął błagać:

- Ojcze, pomódl się, zmęczyliśmy się w ciebie strzelać!

- Błogosławiony Bóg nasz, zawsze, obecnie i nieustannie i na wieki wieków. Amen. – Powiedział władyka i pobłogosławił ich.

Załadowano ósmy raz i on został zastrzelony”.

OCALENIE ROSJI W WIELKIEJ WOJNIE OJCZYŹNIANEJ

Ciężkie doświadczenie padło na naszą dolę w 1941 roku. Wiele wielkich państw upadło w tej strasznej wojnie. Jak więc przetrwała nasza Ojczyzna? Kto ją uratował? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w pracy protojereja Wasyla Szwieca.

Przed samym początkiem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej jeden starec Wałaamskiego monasteru podczas służby w świątyni miał trzy widzenia.

Pierwsze: On zobaczył Bożą Matkę, świętego Jana Chrzciciela, swiatitiela Mikołaja i tłum świętych, którzy błagali Zbawiciela, żeby On nie wyrzekał się Rosji.

Zbawiciel odpowiadał, że w Rosji jest tak wielki upadek wiary i pobożności, że nie można ścierpieć tego bezprawia.

Wszyscy święci i Bogurodzica nadal modlili się ze łzami. Wreszcie Zbawiciel powiedział: „Nie zostawię Rosji”.

Drugie: Matka Boża i święty Jan Chrzciciel stali przed tronem Zbawiciela i błagali Go o uratowanie Rosji.

Zbawiciel znów odpowiedział: „Nie zostawię Rosji”.

Trzecie: Matka Boża sama stała przed Synem Swoim i ze łzami błagała Go o ocalenie Rosji.

„Przypomnij sobie, Synu Mój, – mówiła Ona, – jak stałam przy Twoim Krzyżu”, – i chciała stanąć na kolana.

„Nie trzeba, – powiedział Zbawiciel, Ja wiem, jak lubisz Rosję i dla słów Twoich nie opuszczę jej. Ukażę, ale zachowam”.

Starec, który miał widzenia, zmarł w Pskowo-Pieczerskim monasterze w wieku około stu lat.

Na samym początku wojny Patriarcha Antiochijski Aleksander III zwrócił się z posłaniem do chrześcijan całego świata o modlitewną i materialną pomoc ziemi Rosyjskiej.

Byli też wielcy orędownicy i na Rusi, tacy, jak ijeroschimonach Sierafim (Wyrickij). Tysiąc dni i nocy, kiedy gnębili kraj wrogowie, stał on na modlitwie o ocalenie Rosji. Ale, jak i w 1612 roku, przez Opatrzność Bożą na przyjaciela i orędownika był wybrany orędownik z bratniej cerkwi – z Antiochijskiego Patriarchatu – metropolita gór Libańskich Ilija.

Zeszedłszy do skalnego podziemia, dokąd nie dochodził z ziemi ani jeden dźwięk i gdzie nie było nic, oprócz ikony Bożej Matki, władyka zamknął się tam. Nie jadł, nie pił, nie spał, a tylko modlił się do Bożej Matki i prosił Ją aby odkryła, czym można pomóc Rosji.

I oto po trzech dobach w ognistym słupie przyszła do niego Sama Matka Boża i ogłosiła, że on, jako prawdziwy orędownik i przyjaciel Rosji, jest obrany do tego, żeby przekazać wolę Bożą dla tego kraju. Jeśli ta wola nie będzie wypełniona, Rosja przepadnie.

W celu ocalenia Rosji powinny być otwarte w całym kraju świątynie, monastery, duchowne seminaria i akademie. Kapłani, zwróceni z frontów i wypuszczeni z niewoli, powinni zacząć służyć.

Leningradu poddać nie można. W celu jego obrony niech wyniosą cudotwórczą ikonę Kazańskiej Bożej Matki i obniosą ją w procesji dookoła miasta. Wtedy ani jeden wróg nie stąpi na świętą ziemię miasta nad Newą.

Przed Kazańską ikoną trzeba odsłużyć moleben również w Moskwie. Potem ona powinna być w Stalingradzie, którego też nie można poddać wrogowi. Kazańska ikona powinna iść z wojskami do granic Rosji, a kiedy walka skończy się, metropolita Ilija powinien przyjechać do Rosji i opowiedzieć, jak ona została uratowana.

Wtedy władyka skomunikował się z przedstawicielami Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi, z radzieckim rządem i przekazał im wolę Bożą.

Stalin wezwał do siebie metropolitę Siergija, metropolitę Aleksija i obiecał wykonać co przekazał metropolita Ilija.

Z Włodzimierskiego soboru Leningradu wynieśli Kazańską ikonę Bożej Matki i obeszli z procesją dookoła miasta. Blokada Leningradu została przerwana w dzień święta równej apostołom Niny, oświecicielki Gruzji.

Po Leningradzie Kazańska ikona zaczęła swój pochód po Rosji. Poprzez cudo, które objawiło się dzięki modlitwom i wstawiennictwu Bożej Matki, była uratowana też Moskwa. Niemcy w panice uciekli.

Po Moskwie Kazańską ikonę Bożej Matki przewieziono do Stalingradu, gdzie przed nią nieprzerwanie służono molebny i panichidy. Ikona stała na prawym brzegu Wołgi wśród naszych wojsk i Niemcy tak i nie byli w stanie przekroczyć rzeki. Był nawet moment, kiedy obrońcy miasta zostali na małym odcinku Wołgi, ale Niemcom i tak nie udało się zepchnąć naszych wojowników, wśród nich była cudotwórcza ikona.

Wielkie trudności pojawiły się na drodze naszych wojowników podczas wyzwalania starej niemieckiej twierdzy – Konigsberga (Kaliningradu). Oto co opowiada oficer, który był w samym centrum bitwy o miasto.

„Nasze wojska już zupełnie wyczerpały się, Niemcy byli ciągle jeszcze silni... Nagle widziany: przyjechał dowodzący frontem, wielu oficerów i z nimi... kapłani z ikonami.

Wielu zaczęło żartować: „Oto popów przywieźli, teraz oni nam pomogą”. Ale dowodzący szybko przerwał wszelkie dowcipy, rozkazał wszystkim ustawić się w szyku i zdjąć nakrycia głowy. Kapłani odsłużyli moleben i poszli na przednie pozycje z ikoną. Ze zdumieniem patrzyliśmy: Dokąd oni idą? – w cały wzrost – ich przecież wszystkich wybiją... Ale oni spokojnie poszli w ogień.

I nagle strzelanina z niemieckiej strony jednocześnie ustała. Wtedy był dany sygnał i nasze wojska zaczęły ogólny szturm miasta-twierdzy – z lądu i z morza.

Jak potem jednogłośnie opowiadali jeńcy, tuż przed rosyjskim szturmem na niebie ukazała się Madonna, Która była widoczna całej niemieckiej armii i... absolutnie u wszystkich odmówiła broń... Wtedy nasze wojska przełamały opór wroga i zdobyły miasto. Podczas tego objawienia się Bożej Matki Niemcy padali na kolana i bardzo wielu zrozumiało... Kto pomaga Rosjanom”.

Kijów – matka rosyjskich miast – został wyzwolony w dzień świętowania Kazańskiej ikony Bożej Matki.

W tym czasie otwarto 22 tysiące świątyń. Zostały otwarte duchowne seminaria, akademie, Trojce-Siergijewa i Kijewo-Pieczerska ławra, niektóre monastery. Pozwolono przenieść relikwie swiatitiela Aleksija, metropolity Moskiewskiego i całej Rusi, do moskiewskiego Bogojawlenskiego soboru, gdzie całą wojnę stała ta sama cudotwórcza ikona Kazańskiej Bożej Matki, która była z pospolitym ruszeniem 1612 roku. Nastąpiło odrodzenie wiary na Rusi.

Z książki kapłana-mnicha Filadelfa „Zastupnice Usierdnaja” („Obrończyni Gorliwa”)

 

ijeroschimonach ijeroschi-mnich – schimnich będący kapłanem

schimnik, schimnich - mnich najwyższego stopnia stanu zakonnego

moleben, molebien, molebnoje pienie – krótkie nabożeństwo błagalne lub dziękczynne

akafist (akatyst) – hymn liturgiczny ku czci Chrystusa, M.B. lub świętego (świętych) śpiewany (czytany i słuchany) na stojąco

ławra - kompleks świątyń oraz budynków klasztornych licznie zamieszkałych przez zakonników o określonej regule życia

swiatitiel – biskup, arcykapłan, najwyższy kapłan

 

CUDA WEDŁUG MODLITW DO PREPODOBNEGO SIERAFIMA SAROWSKIEGO

Starec Sierafim wyróżniał się zawsze szczególną dobrocią, miłosierdziem. On z radością pomagał każdemu proszącemu i troska jego o wzywających go ludzi dochodzi, można powiedzieć, do drobiazgów.

Chcemy przedstawić tu trzy przypadki pomocy ojca Sierafima, które miały miejsce na początku dwudziestego stulecia.

 

POMOC I OSTATNIE OSTRZEŻENIE URZĘDNIKOWI

Pewien urzędnik, niejednokrotnie tracący pracę i pogrążony w nieszczęśliwą skłonność do pijaństwa, doszedł do skrajności. Już wcześniej doznawszy na sobie siłę modlitw do o. Sierafima, ten nieszczęśliwy człowiek i teraz zaczął wzywać starca, jak ostatnią swoją nadzieję. I widzi on sen: stoi przed nim o. Sierafim, tym razem groźny i mówi mu: „Po raz ostatni!”

W bardzo krótkim czasie ten człowiek otrzymać dobrą posadę, jakiej nie mógł nawet oczekiwać.

 

WODA ZE ŹRÓDŁA PREPODOBNEGO SIERAFIMA UZDROWIŁA UMIERAJĄCEGO

Pewnego razu zimą do kapłana przy cerkwi wyspy Uspienskiej, ojca Aleksandra K. przyjeżdżają ze wsi, leżącej kilka wiorst od wyspy, z prośbą o udzielenie ostatnich sakramentów umierającemu. Ojciec Aleksander pośpieszył na zawołanie i udzielił choremu Eucharystii. Siostra miłosierdzia, która widziała tego chłopa, uważała, że chory ma guza i uznała jego stan za beznadziejny. I sam on i wszyscy otaczający czekali z minuty na minutę końca.

Udzieliwszy Eucharystii choremu, ojciec Aleksander wrócił do domu.

Po kilku godzinach znów przybyli do niego, prosząc go ponownie odwiedzić tego samego umierającego, który doznawał strasznych duchowych męczarni i uparcie wzywał kapłana.

Kiedy ojciec Aleksander przyjechał, chory powiedział mu, że w żaden sposób nie może umrzeć, że otaczają go złe duchy, które naprowadzają na niego rozpacz. – Myślisz, – mówiły one jemu, – że przyjąłeś Eucharystię i jesteś zbawiony? Nie uciekniesz od nas. Jesteś w naszej władzy. Nie ma tobie zbawienia.

Chorego łamało tak, że strach było na niego patrzeć i zostało tylko dziwić się, jak jeszcze całe pozostawały jego kości.

Kapłan objaśnił mu znaczenie sakramentu Jeleoswiaszczenija (Sakramentu Oleju), w którym są odpuszczane wszystkie grzechy, popełnione przez człowieka, zapomniane przez niego, zatajone i nie wypowiedziane podczas spowiedzi – czym, głównie, mogły dręczyć go wrogowie – i udzielił mu Jeleoswiaszczenija; potem przekonywał go aby nie poddawał się ani strachowi, ani rozpaczy i, pobłogosławiwszy go na śmierć, odjechał.

Wieczorem trzeci raz przyszli do ojca Aleksandra wszyscy z tego samego domu, z wiadomością, że przedśmiertny smutek umierającego jeszcze okrutniej męczy go i że on prosi o pomoc.

Ojciec Aleksander gorąco wierzył w starca Sierafima, którego czcił jak wielkiego świętego Bożego i cudotwórcę. Zawsze miał w zapasie wodę z Sarowa, ze źródła ojca Sierafima, o którym sam ojciec Sierafim powiedział: „Modliłem się, żeby woda ta była uzdrawiająca od chorób”.

Od tej wody wydarzyło się mnóstwo cudownych uzdrowień, – bez śladu znikały nieuleczalne choroby, odzyskiwali wzrok wieloletni ślepi. Między innymi, woda ta posiada nadzwyczajną właściwość: ona nigdy nie psuje się, nawet gdyby całe lata stała bez szczelnego korka.

Nie wiedząc, czym złagodzić ostatnie cierpienia umierającego, ojciec Aleksander krótko objaśnił bliskim jego, kim był ojciec Sierafim, jak wielka jest jego ufność przed Bogiem, jak straszny jest on odwiecznemu wrogowi rodzaju ludzkiego i odlał im trochę tej wody ze źródła starca Sierafima, żeby oni dawali umierającemu po kropli tej wody do samego jego kresu.

W myśli prostiaś (żegnając się) z umierającym, ojciec Aleksander już więcej nie widział go i nie pytał o niego: tak przekonany był, że nieszczęśliwy skonał tej samej nocy (chować go powinien był parafialny kapłan).

Przeszło wiele miesięcy. Jedzie jakoś raz ojciec Aleksander drogą. Naprzeciw chłop z furą; zatrzymał się, zdjął czapę i kłania się. Nie wierzy ojciec Aleksander własnym oczom: przed nim ten, kogo on uważał już za zmarłego.

Zatrzymał się również ojciec Aleksander, zawołał go po imieniu:

- Ty to? Ja ciebie cały czas za nieboszczyka uważałem.

Wtedy opowiedział jego umierający, że woda ojca Sierafima dała mu niezwykłą siłę i on szybko wyzdrowiał.

 

Prostiaś (od prostit’sia) – żegnać się z umierającym, wybaczając mu winy i prosząc o wybaczenie

 

PRIEPODOBNY SIERAFIM POMAGA DZIECIOM

Dwóm dzieciom jednej rodziny wyjątkowo wysoko sytuowanej objaśniali geografię Wołgi i wszystkiego, co wzdłuż jej brzegów jest interesującego. Rzecz w tym, że ojciec rodziny podróżował po rzece i dzieci w myślach chciały śledzić jego pływanie.

Kiedy doszli do Dolnego Nowogrodu, w którego guberni znajduje się Sierafimo-Diwiejewski monaster, im szczegółowo opowiedzieli o wielkim starcu Sierafimie Sarowskim, o tym, jak on żałuje ludzi, jak wszystko zostało mu odkryte. Opowiedzieli, między innymi i o tym, jak pewnego razu przyszła do niego matka, do kresu sił wymęczona zniknięciem syna, który zaginął, jak kamień w wodę. I nie było o nim, jak się mówi, ani słuchu, ani duchu. W rozpaczy wtedy powiedziała starcowi nieszczęśliwa kobieta:

- Nie wiem, jak modlić się za niego, jaką w cerkwi dawać kartkę: za żywego czy zmarłego.

- Poczekaj tu w Sarowie trzy dni, – krótko odpowiedział jej ojciec Sierafim.

Te trzy dni minęły. Matka znowu stała przed starcem. A starec powiedział jej: „Oto twój syn” i podprowadził do niej jej syna.

Całe opowiadanie o starcu i zwłaszcza ten wypadek, wywołało na dzieci, bardzo zgodnych między sobą, chłopca i dziewczynkę, głębokie wrażenie i w nich pojawiło się przekonanie, że starec Sierafim wszystko może.

Wkrótce zdarzyło się u nich nieszczęście: ukochany ich ptaszek wyleciał z klatki w okno i zaginął.

Sprawa była na wsi; ale tym nie mniej dzieci bardzo się martwiły. One wiedziały, że pochodzący z dalekich ciepłych krajów ptaszek nie zniesie rosyjskiej jesieni a i zadziobią go drapieżne ptaki. I oto dzieci umyśliły opowiedzieć swoją biedę ojcu Sierafimowi i prosić go o zwrócenie im ptaszka.

Nikomu nie powiedziały o swojej decyzji.

Być może, bały się one, że jeśli ich modlitwa nie spełni się, to inni osądzą tego starca, w którego one nagle tak mocno uwierzyły.

I oto, zaczęły modlić się do ojca Sierafima.

Tego samego poranka ptaszek ich został znaleziony: on sam przyleciał do drugiego końca tego ogromnego domu, raczej nawet pałacu, gdzie żyły te dzieci.

Tak usłyszał wielki starec modlitwę tych maleńkich, gorąco wierzących mu serduszek.

Coś ciepłego ogarnia was, kiedy słyszycie podobne opowiadania. Szczęśliwe dzieci, których dzieciństwo jest rozpromienione podobnymi wrażeniami.

(J. Posielanin, Priepodobnyj Sierafim, Sarowskij czudotworiec. 1908 r.)

 

SIŁA MODLITWY JEZUSOWEJ

Świadectwo zakonnicy Tatiany (1912 r.)

Po porannych modlitwach o godzinie 5 rano, tylko zdążyłam położyć się odpocząć, jak zaczęło się niezwykłe widzenie. Zobaczyłam siebie w Petersburgu na Wasiljewskiej wyspie. Zbierając się iść na Liturgię do Nikolskiego soboru, ubrałam się w mnisią szatę i mantię i siadłam do niedużego dyliżansu.

Nagle znalazłam się na jakimś mrocznym placu. Ze strachu i przerażenia miotałam się na boki, szukając wyjścia z tego położenia. Nagle widzę: idą setki ludzi. Wyłącznie świeccy, twarze u nich posępne, przybite wieczną biedą, – jak u mnie.

„Kim jesteście?” – Pytam ich. Oni odpowiadali: „My, podobnie jak ty, w jednej chwili przeszliśmy do wieczności”. Co poczułam w tej chwili, opisać nie można! Strach i drżenie opanowały moją istotę. Tu podszedł do mnie jakiś jasny mąż, twarz którego była skryta przez wychodzący od niej blask i powiedział: „Podążaj za mną” i poprowadził mnie po mytarstwach.

Prowadzał mnie po lasach, stepach i wśród zabudowań. Stepy były bezgraniczne i czułam, że przeszłam z ziemskiego życia do pozagrobowego, ale nie gotowa – niechcący. Potem on przyprowadził mnie do pokoju, w którym znajdowało się mnóstwo świeckich: mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci. Wszyscy oni przybici wieczną biedą. Pośrodku pokoju, przy ogromnym stole stoi niewiasta i mówi mi: „Człowieku, to miejsce przygotowano tobie do drugiego przyjścia Pana”.

Obejrzałam się na wszystkich będących tam ludzi i zapytałam: „Czym zajmujecie się, czy modlicie się tu do Boga?” Smutno odpowiadali oni: „W wieki nie usłyszy nas Pan Bóg za nasze niedbałe zachowanie się w dni życia ziemskiego. Po wieczne czasy nie mamy śmiałości wzywać Imienia Pańskiego. Kiedy żyliśmy na ziemi, dana była praca dla istnienia, a dla duszy dana była modlitwa. Przykazanie Chrystusowe „O nieustannej modlitwie” – było naszym obowiązkiem. Byliśmy zobowiązani przez całe nasze życie z każdym westchnieniem wymawiać modlitwę Jezusową, a my nie zwracaliśmy uwagi na nasze dusze. Ale jak bez powietrza żyć nie możemy, tak i dusza bez stałej modlitwy jest martwa. Jesteśmy ludźmi którzy zachowywali się najlepiej, wypełnialiśmy wszystkie nasze obowiązki, a najgłówniejszego obowiązku – modlitwy – nie wykonywaliśmy.”

Usłyszawszy to, pomodliłam się i uczyniłam znak krzyża.

I cóż?.. Ku swemu przerażeniu poczułam, że nawet dźwięk mojego głosu wrócił do mnie! Obejrzawszy się, zobaczyłam żeliwny sufit, ściany i drewnianą pomalowaną podłogę. Wtedy zadrżałam od silnego strachu i przerażenia, od uczucia położenia bez wyjścia. Znajdujący się obok mnie powiedzieli: „W wieki nie usłyszy nas Pan. Tylko żyjący na ziemi mogą wspomnieć nas przed Nimi”. A niewiasta zaczęła mówić mi: „Ci ludzie dobrzy chrześcijanie. Oni lubili Pana i czynili dobre uczynki bliskim, a w duszy Pana Bóg nie mieli. Oni i ty trafiliście tu za swoje, obojętne życie, myśląc, że wszyscy też tak żyją”.

„Ach, – mówię, – ach, jak męczę się i cierpię! Jakby ogniem mnie pali!” Upadłam i poczułam, że ciało jak gdyby oddziela się od kości.

„Jakiego więc życia pragnęłaś?” – Zapytała niewiasta.

Odpowiadam jej z drżeniem: „Pragnęłabym takiego życia, żeby, umarłszy, widzieć ziemskie i niebiańskie. Pana i Matkę Bożą”.

Na to niewiasta uśmiechnęła się i powiedziała: „Tak tylko święci przechodzą w wieczność. Ci, którzy przy życiu swoim posiedli Pana w sercu poprzez modlitwę Jezusową. A ty, mniszka, nie przyuczyłaś siebie do niej. Przez tę modlitwę wprowadza się łaska Boża i dusza łączy się z Chrystusem i nie ogląda takich strachów, w jakich znajdujecie się. Raj jest w duszy ludzkiej – gdzie Pan Bóg, tam i raj. O swoim widzeniu powinnaś opowiedzieć wszystkim mnichom i żyjącym w świecie chrześcijanom, ginącym z powodu swojego niedbalstwa. Nie opowiadaj tylko o tym co zobaczyłaś niewierzącym i małowiernym. Najwyższy może wskrzesić i stuletniego nieboszczyka, żeby on świadczył o pozagrobowym życiu, ale oni jemu nie uwierzą i zabiją go”.

Skoro tylko niewiasta powiedziała te słowa, jak u mnie pojawiła się jakaś nadzieja na przywrócenie do ziemskiego życia. Wszyscy znajdujący się w żeliwnym pokoju przebili mnie spojrzeniami, jak gdyby mówiącymi: „Czyż ona wyjdzie z tej strasznej kazamaty?”

Niewiasta kontynuowała: „Jeśli człowiek umiera, wymawiając w minutę śmierci modlitwę Jezusową, to dusza stanie przed Panem i będzie nierozłączna z Nimi na wieki. Podobnie, jeśli wymawiać modlitwę: "Przenajświętsza Władczyni moja, Bogurodzico, wybaw mnie grzesznego", to w wieki będzie nierozłącznie z Bożą Matką. Jeśli w swoje ostatnie minuty człowiek nie będzie w stanie wymówić ani słowa, to dusza jego, dążąca się do tej modlitwy podczas ziemskiego życia, sama będzie wymawiać ją na łożu śmierci. W jakim stanie dusza wychodzi z ciała, w takim po wieczne czasy i zostanie. Nie będzie żadnej poprawy. Tylko modlitwy żywych za zmarłych mogą zmienić dolę duszy”.

Znowu mówi mi: „Ach mnisi, mnisi. Inokami nazywacie się, czyli, innymi – różniącymi się od pozostałych, żyjących w świecie chrześcijan. Ale czy tak żyjecie? Nie pokładacie swoich smutków na Pana i Bożą Matkę i rozważacie tak: "Ja sama powinnam zdobyć, a to za co będę żyć". O takich mnichach nie troszczy się Boża Matka ani w tym, ani w przyszłym życiu. A tymi tylko opiekuje się, którzy pokładają swoje smutki na Nią, którzy cierpią boleści, biedę, choroby w imię Bożej Matki i mówią: "Tak, chyba, chce Caryca Niebiańska, wszystko to daje się mi według woli Najwyższego"”.

„Chcesz pokażę ci niedbałych mnichów? – kontynuowała niewiasta – Patrz!” I widzę, idą zakonnice, które służyły przy cerkwi i kradły pieniądze, one noszą je w rękach w wieki wieków razem z pergaminami, w których wskazane, do kogo te pieniądze należą.

Przechodzą i inni – ci, którzy czystości nie zachowali. U niektórych nowicjuszek przypięty riasofor. Między nimi były chórzystki – ich twarze były posępne, jak u mnie – przybite wieczną biedą. Mówię: „Zaśpiewajcie pieśń Bożej Matce, pragnę posłuchać”. One odpowiadają: „Nie mamy śmiałości na wieki wieków. Za to, że żyjąc w monasterze, nie służyłyśmy Jej czystym sercem”. Gorzko zapłakałam z tego powodu, że za nasze niedbalstwo pozbawione jesteśmy takiego szczęścia – wysławiać Pana i Jego świętą Matkę.

Po wszystkim co zobaczyłam i usłyszałam podchodzi do mnie człowiek, który prowadził mnie po mytarstwach i mówi: „Pójdziemy teraz na to miejsce, gdzie twoja dusza rozstała się z ciałem”. I w jeden mig znalazłam się w swoim łóżku. Bojąc się poruszyć się, obejrzałam wszystkie przedmioty w swojej celi, doprowadziłam się do porządku i powiedziałam modlitwę z pełnym znakiem krzyża... Dzięki Bogu, to był sen!

Ledwie zdążyłam powiedzieć te słowa, jak natychmiast znów znalazłam się na tamtym świecie. I mówi prowadzący mnie: „Nie myśl, że wszystko to było we śnie. Ty tak naprawdę byłaś na tym świcie”

Upadłam przed nim na kolana: „Biada mi, jaka jestem nieszczęśliwa!” Znów trafiłam tu. I dlaczego tylko przyglądałam się przedmiotom w celi, a nie uciekałam?!

„Podążaj za mną, – powiedział on. – Będziemy chodzić jeszcze 20 dni i wrócimy tam, gdzie pisane tobie pobyć do drugiego przyjścia Pana.”

Padałam i w żaden sposób nie mogłam iść. On zaś zwrócił do mnie twarz i popatrzył na mnie łaskawie. Zapytałam go: „Nie ty mój anioł?” „Owszem!” Dała się słyszeć jego odpowiedź. Zaczęłam prosić : „Ubłagaj Najwyższego i zwróć moją duszę na pokajanie”. Wtedy powiedział mój stróż: „Zwrócę, ale tylko pod jednym warunkiem: jeśli opowiesz o wszystkim, co tu widziałaś i słyszałaś.”

Upadłam na kolana, dawszy obietnicę, że wszystko wypełnią i w ten sam mig odczułam duchową radość. Anioł zaś mówił mi: „W twoim sercu nie ma Pana. I tylko obiecałaś pozyskać Jego. Jeśli poddasz się fałszywemu wstydowi i nie dopełnisz swojej obietnicy, to wrócisz tu, na dawne miejsce. Będę przy tobie i popatrzę, jak wszystko będziesz wypełniać”.

Po chwili znów znalazłam się w swoim łóżku. Zerwałam się i widzę przy łóżku ktoś stoi. Biegnę do swojej służącej z słowami: „Byłam na tamtym świcie!” Od niej podążam do drzwi – ogłosić siostrom. A człowiek ciągle stoi na miejscu. Strasznie boję się, żeby ze mną nic się nie zdarzyło! Otworzyłam drzwi, żeby nie wstydząc się i nie krępując się wszystkich opowiedzieć i widzę – człowiek skrył się w ścianie. Wyszłam na korytarz z okropnym drżeniem. Wołam siostry. One przybiegły na moje zawołanie, obstąpiły mnie ze wszystkich stron i dziwią się z niezwykłej zmiany, jaka we mnie zaszła w tak krótkim czasie.

One widziały mnie spokojną zaledwie 20 minut temu na wspólnej modlitwie. Upadłam przed nimi na kolana, upewniając, że od tego czasu zmieniłam się całkowicie. Żadna ziemska rozpacz nie porówna się z tymi przerażeniami, które przeżyłam w życiu pozagrobowym. I obecnie mówię o tym co widziałam nie krępując się. Amen.

(Z archiwum T. Kowalskoj)

 

Mantia – długie, szerokie okrycie bez rękawów – część wierzchniego uroczystego stroju biskupów archimandrytów i mnichów.

Mytarstwa – różne stany, jakie przechodzi dusza, po opuszczeniu ciała, w wędrówce z ziemi do nieba.

Inok – mnich.

Riasofor – strój kandydata do zakonu, składający się z riasy kłobuku. Riasa – sutanna o szerokich rękawach. Kłobuk – nakrycie głowy mnicha z welonem.

 

„POBOŻNOŚĆ, PROSTOTA I SIŁA PRAWOSŁAWIA”

Sprawa miała się tak. Wezwano kapłana do umierającego staruszka-chłopa. Batiuszka go wyspowiadał, udzielił Eucharystii... Nie minęło i dwóch godzin – nasz chłop skonał. Rodzina obmyła jego ciało, położyła na stół. Wszyscy poszli po trumnę. Wracają z powrotem i oczom swoim nie wierzą staruszek (zmarły) siedzi na swoim łóżku: „Wezwijcie mi kapłana, mam grzech, o którym zapomniałem opowiedzieć. Pan Bóg zwrócił mnie w ciało, żebym ja w tym grzechu się pokajał”.

Znów przychodzi kapłan: „Batiuszka, kiedy wyszedłem z ciała, mnie poprowadził jakiś świetlany diakon abym pokłonił się Panu Bogu i usłyszałem głos: "Po co go przyprowadziliście, zwróćcie go z powrotem, on nie pokajał się w jednym grzechu". Teraz niech nas zostawią samych, będę kajać się”.

Wszyscy wyszli, zamknęli drzwi. Ojciec po zakończeniu spowiedzi przeczytał rozgrzeszającą modlitwę. Staruszek zaraz gorliwe przeżegnał się, położył się i ze słowami: „No, teraz zasnę” – oddał ducha.

Jaka pobożność, wiara, prostota i jaka siła prawosławia! Z powodu jednego grzechu, o którym zapomniał nasz prostak, Pan Bóg zwrócił go w ciało, żeby głosić nam prawdę prawosławia.

Z rozmów starca Sampsona (Siwiersa) z duchowymi dziećmi

 

WIESZCZY SEN OJCA PRZYSZŁEGO PATRIARCHY

W kręgu bliskich ludzi patriarcha Tichon opowiadał:

„Kiedy byłem jeszcze bardzo małym chłopcem, w tym czasie mój rodzic (Ioan), kapłan miasta Toropcy Pskowskiej diecezji ulegał słabościom pijaństwa na 4-5 dnia, a potem przychodził do siebie... Pewnego razu po pijaństwie rodzic mój zabrał wszystkich nas troje dzieci do szopy na siano...

Wkrótce wszyscy usnęliśmy, usnął też ojciec. I oto on widzi: w delikatnym śnie przyszła do niego jego matka, a nasza babka, już zmarła i mówi: „Synu mój, drogi i miły, co ty robisz, po co poddajesz się takiej okropnej zgubnej namiętności – pijaństwu, pamiętaj, przecież ty – kapłan, jesteś wykonawcą sakramentów Bożych, przy dokonywaniu których ze strachem uczestniczą siły niebiańskie, tobie dana jest władza rozgrzeszać i wiązać dusze przed tobą kajających się wszechmocnemu Bogu a ty o wszystkim tym zapominasz i swoim postępowaniem doprowadzasz do gniewu Pana”.

Dalej ona prosiła go, żeby poprawił się, a potem, zwróciwszy się do dzieci i wskazawszy na starszego, powiedziała, że on będzie niedługowieczny (i, rzeczywiście, on umarł po zakończeniu seminarium); wskazując na średniego, powiedziała, że on będzie mizerniutki (on wkrótce umarł w Ameryce, niczego nie skończywszy), a, wskazując na mnie, babka moja powiedziała mojemu ojcu: „A ten będzie u ciebie wielki”. Od tego dnia mój ojciec całkowicie zostawił swoją słabość i nie wracał do niej do swojej śmierci".

(Moskowskij Żurnał, № 4, 1992 r. , str. 60).

 

UWOLNIENIE Z CHWYTLIWYCH OBJĘĆ ZAPADŁEJ JUŻ ŚMIERCI

Teodor G. Guney - luteranin, rosyjskiego pochodzenia, mieszkaniec miasta Edmonton w Kanadzie – już wiele lata cierpiał na ostre owrzodzenie żołądka i żadne leczenia nie przynosiły mu ulgi. 19-go lipca 1952 roku u niego zaczął się wewnętrzny krwotok. Powieziono go do szpitala, gdzie on, w stanie skrajnego zagrożenia życia, natychmiast poddał się operacji. W czasie tej operacji bicie jego serca nagle ustało i on „umarł”. Jednakże po masażu serca, który trwał jakąś pewną ilość minut, serce znowu zaczęło bić. Jego żonie i dzieciom, które oczekiwały w szpitalu na rezultat operacji, było zakomunikowane, że dłużej niż dziesięć minut serce nie może pozostawać bez tętna: „Ale przecież nie wiemy dokładnie, ile czasu serce pani męża pozostawało bez tętna, – powiedział lekarz. Oczywiście, okres śmierci był dłuższy, niż te 10 minut, ponieważ dostęp tlenu do mózgu był już przerwany; na skutek czego już zaczął się rozkładu mózgu ze wszystkimi oznakami śmiertelnej agonii. Nawet jeśli by on przypadkowo został żywy, jego mózg byłby uszkodzony do końca życia”. Jego żona, która w tym czasie była prawosławną chrześcijanką tylko z nazwy, pisze:

„Następnego dnia u niego zaczęły się konwulsje; przywiązano go do łóżka; nastąpiła straszna agonia. On pozostawał nieprzytomny więcej niż tydzień. W ciągu tego czasu przyjaciel naszej rodziny, pani Warwara Giriłłowicz, poradziła nam odsłużyć panichidę po Błogosławionej Ksienii, mówiąc: „Oto zobaczycie, w ciągu pół godziny jemu będzie lepiej!” Ona mi dała fiolkę z watką wewnątrz; ta fiolka kiedyś zawierała olej z łampadki znad grobu Błogosławionej Ksienii i watka kiedyś była nasączony tym olejem. Powiedziała mi, żebym przeżegnała czoło i pierś mego męża i potem położyła fiolkę pod jego poduszkę. Nikt z nas zupełnie nie wiedział, kim była ta Ksienija, ale natychmiast zamówiłam panichidę w cerkwi i od siebie już poprosiłam, żeby także odsłużyli moleben przed Kurską ikoną Bożej Matki, ponieważ słyszałam, że liczni otrzymali pomoc według modlitw przed tą ikoną. Oba nabożeństwa były natychmiast że odsłużone. Po upływie pół godziny mój mąż po raz pierwszy otworzył oczy, wypowiedział moje imię i poprosił „oleju”. Pomyślałam, że jest głodny i prosi pojeść; ale on ledwie słyszalnie powiedział: „Teraz czuję się lepiej”. Wtedy zrozumiałam, czego on prosił i jeszcze raz namaściłam go watką i przeżegnała go, – po tym on bardzo szybko zasnął. Od tego dnia zaczął się jego powrót do zdrowia.

Kiedy jego córka po raz pierwszy zobaczyła go po tym, jak ostatecznie odzyskał przytomność, promieniejący radością ojciec powiedział jej: „Widziałem aniołów; teraz będę żyć” i wszystkich prosił, żeby mu pokazano „błękitną ikonę”. Po upływie jakiegoś czasu, kiedy on już trochę okrzepł, opowiedział następujące: on czuł, że znajduje się gdzieś wśród ciemnych tuneli, starając się ze wszystkich sił przedostać się przez rury w głębokich rynsztokach, gdzie było strasznie zimno. W tej chwili, kiedy on prawie już padał do jakiegoś ciemnego dołu, u góry, na powierzchni ziemi, do niego przyszła stara kobieta w męskiej szacie, w krótkim kaftanie i wysokich butach. Ona wzięła go za rękę i starała się kilkakrotnie go stamtąd wyciągnąć. Za każdym razem, kiedy on czuł, że pada w jakąś topiel, ona go ciągnęła do góry i, wreszcie, wyciągnęła z ciemnej jamy na światło. Tam też on zobaczył, w co ta kobieta była ubrana i także to, że ona za sobą ciągnęła sanie, na których leżała błękitna ikona Matki Bożej. Kobieta podeszła do jakiejś niedokończonej cerkwi i zaczęła podwozić na swoich saniach cegły do jej rusztowań. „Zaproponowałem jej swoją pomoc w tym zajęciu, ale ona odpowiedziała, że sama powinna to wykonać”, powiedział na zakończenie pan Guney, który zdecydowanie niczego nie wiedział o Błogosławionej Ksienii. I tylko po odwiedzinach archimandryty Antoniego (obecnego arcybiskupa San Francisco), który przywiózł mu książeczkę z opisem żywota Błogosławionej Ksienii i z jej obrazem, zrozumiał, kim ona była i wykrzyknął: „To ta sama kobieta, którą widziałem!”

Jego zdrowie wracało z zadziwiającą szybkością. Pani Guney pisze: „Kiedy wyjeżdżaliśmy ze szpitala, starsza siostra miłosierdzia była wzruszona do łez – przecież nikt w szpitalu nie wierzył, że mój mąż przeżyje! Kiedy dziękowałam doktorowi, on powiedział do mnie: – „Nie dziękujecie mi; to był Ktoś, stojący wyżej ode mnie”. A 26-go sierpnia, w dzień pamięci Św. Tichona Zadońskiego i oddania święta Przemienienia Pańskiego, mój mąż był przyjęty na łono Świętej Prawosławnej Cerkwi i od tamtej pory bierze aktywny udział w życiu cerkwi, pełniąc obowiązki pomocnika cerkiewnego starosty”.

Stosunkowo niedawno pan Guney miał możliwość po raz pierwszy zobaczyć oryginał Kurskiej ikony, kiedy zwiedził edmontonwską diecezję. Z pobożnym drżeniem patrzył na nią i natychmiast poznał tę wspaniałą, istotnie cudotwórczą ikonę, ozdobioną błyszczącym jaskrawo-błękitnym ornatem, dokładnie taką, jaką zobaczył w zaświatach, wiezioną przez Błogosławioną Ksieniję, która poprzez swoje szaleństwo dla Chrystusa ponad tym światem, otworzyła mu wrota do wiecznego zbawienia – nam zaś darując możliwość spojrzeć przelotnie na Bożą niezmierzoną łaskę do ludzkości.

 

ZJAWINIE SIĘ MATKI BOŻEJ PODCZAS WALKI, NA KURSKIM ŁUKU

Rozmawialiśmy we trzech. Nikita L, młody dramaturg, syn reżysera. Włodzimierz M, student instytutu kinematografii, sekcja operatorska (później fotokorespondent przy wydawniczym dziale patriarchatu, potem diakon prawosławnej Cerkwi...). I. W.G., autor tych linijek.

W tym czasie, kiedy rozmawialiśmy, słowo Bóg w gazetach i książkach pisali z małej litery. Jego istnienie było odrzucane i przeciwko „nieistniejącemu Bogu” walczyli w dziecięcych żłobkach, szkołach i instytutach. Istnienia duszy, duchowej istoty, nie uznawano nawet w literaturze pięknej i w psychologii, nauce o duszy.

Wtedy mówiliśmy o Bogu. I W. M. powiedział:

- Mój wuj widział podczas wojny Matkę Bożą. To było na Kurskim Łuku. Ona zjawiła się na niebie, lśniąca, uczyniła ręką ruch w stronę Niemców, jakby wskazując kierunek natarcia. I od tego dnia wojna poszła w powrotnym kierunku.

- Wuj twój był wierzącym?

- Nie.

- On jeden widział Ją?

- Nie, cała kompania widziała. I wszyscy upadli na kolana.

Wszyscy uwierzyli. I wuj został wierzącym.

Do tego można dodać, że wszyscy uczestnicy rozmowy są teraz żywi (w 1993 r.) i mogą potwierdzić powiedziane. Przy czym, każdy z trzech sam przyszedł do Boga. A diakon został kapłanem.

(W.G.)

 

O POMOCY CHRYSTUSA ZBAWICIELA
W CZASIE WIELKIEJ WOJNY OJCZYŹNIANEJ

(Opowiadanie Aleksieja Pawłowa o tym, jak on odnalazł wiarę)

Na front wojny ojczyźnianej trafiłem w 1941 roku jako dwudziestodwuletni młodzieniec. Byłem łącznościowcem. Walczyłem na froncie leningradzkim, uczestniczyłem w obronie miasta nad Newą, za co zostałem nagrodzony medalem „Za obronę Leningradu”. Niemcy rwali się do otoczonego miasta. Byliśmy młodzi i zuchwali: pewnego razu odbiliśmy u Niemców motocykle – i jeździmy na nich... Próbując za wszelką cenę zdobyć miasto, Niemcy skierowywali na nas lawinę ognia. Jeden za drugim ginęli bojowi przyjaciele.

I oto podczas jednego z bombardowań, kiedy nawała ognia zwaliła się na miasto i wydawało się, że nastąpił koniec świata, wydarzył się prawdziwy cud. Nocne niebo nagle rozjaśniało różowym światłem i na różowym niebie ukazał się obraz Zbawiciela. Od niespodziewanego zjawiska wszyscy znajdujący się w schronie wojownicy nie umawiając się upadli na kolana i zaczęli żegnać się.

Obraz Zbawiciela zniknął. Niebo stało się zwyczajne. Ale nieprzeniknione piekło ustało. A my długo jeszcze nie mogliśmy oprzytomnieć.

Po tym, jak tylko następował ostrzał artyleryjski albo bombardowanie, wszyscy nasi żołnierze zaczynali żegnać się.

Od tamtej pory ja uwierzyłem właśnie w Boga. Z tą wiarą przeszedłem przez całą wojnę i po zwycięstwie wróciłem do domu bez jedynego zranienia. Obraz Chrystusa na zawsze został w mojej pamięci.

Aleksiej Pawłowicz Pawłow, mój mąż, umarł w 1987 roku. Opowiedziałam jego historię tak, na ile zapamiętałam. On był dobry i towarzyski. Takim jego znali i pamiętają nie tylko bliscy, ale i współpracownicy z generalnego sztabu ministerstwa obrony. On miał złote ręce, wiele umiał: odnowić ikony, pisać obrazy, zrobić altanę... Dużo fotografował ostatnio, zwłaszcza lubił fotografować świątynie, kopuły, krzyże...

(Nadieżda Gawriłowna Kłokowa, 1993 r., Moskwa)

 

CUDA W OPTINOJ PUSTYNI

W listopadzie 1988 roku o godzinie piątej wieczorem w Wwiedienskim soborze Optyńskiej pustelni zdarzało się cudowne zjawisko błogosławionej rosy na Kazańskiej ikonie Przenajświętszej Bogarodzicy i wypływ aromatycznego oleju od ikony prepodobnego Amwrosija.

Świadkowie cudu widzieli przejrzystą, jak łza, wilgoć która pojawiła się na ikonie Bogarodzicy. Najpierw powstała jakby mgiełka, a potem ukazały się również krople, które stopniowo powiększały się. Zebrano je, ikonę wytarto do sucha, a one pojawiły się znów na tym sam miejscu albo obok na pomarańczowo-czerwonej szacie Bogomłodzieńca, pod Jego błogosławiącą ręką. Widzieli to mnisi, widzieli pielgrzymi, którzy pracowali w monasterze. Rosa skrupulatnie była zdjęta z ikony i natychmiast też, przed rozpoczęciem służby, namiestnik – ojciec archimandryta Jewłogij odczytał akafist, po którym rosa ukazała się znów. Nabożeństwo Całonocnego Czuwania, połączone ze służbą do cudotwórczej ikony, skończyło się o godzinie 22:30, a o godzinie 23 stało się wiadomym, że zaczęła wydzielać miro ikona prepodobnego Amwrosija.

Ta ikona świętego Amwrosija była napisana dla Optiny przez studenta moskiewskiego seminarium z udziałem ihumena Zinona. Ikona znajdowała się stałe w Wwiedienskim soborze obok relikwii prepodobnego Amwrosija.

Oto jak opisuje to zdarzenie świadek – nowicjusz Optiny:

„Najpierw na ikonie ukazało się coś podobne na opary – drobne kropelki wilgoci (w okolicy, odpowiadającej sercu prepodobnego). Wkrótce stała się wyraźnie zauważalna zarysowana oleista aromatyczna plama. Potem krople, podobne do błyszczących paciorków, zaczęły pojawiać się i w innych miejscach – na mantii prepodobnego i na zwitku w jego ręce, na którym napisane: „Przystoi więc starać się wzrastać w pokorze”.

Kropelki to tu, to tam zapalały się, powiększając się na naszych oczach, przekształcały się w pełnowymiarowe krople, a potem niektóre z nich zmniejszały się i znikały.

Wypływaniu mira towarzyszył aromat. On następował jakby falami, to natychmiast ogarniając wszystkich, to zanikając do ledwie odczuwalnego. Wśród ziemskich zapachów nie można dobrać analogicznego. Jeśli postarać się nazwać wywołane przez niego wrażenie, to była to jakby aromatyczna, skoncentrowana świeżość.

Dziejący się cud był prosty i straszny jednoczesne. W świątyni w tym czasie odbywało się zwykłe sprzątanie i z powodu zajęć ludzie jakby nie zauważali ikony i stojących obok niej w zdumieniu mnichów. To, co się działo przed naszymi oczyma, zdumiewało prostotą. My, dalecy od egzaltacji (rozczulania się), spokojnie porozumiewaliśmy się, wymienialiśmy się wrażeniami. Wszyscy odczuwaliśmy obecność priepodobnogo Amwrosija, którego spojrzenie zyskało zadziwiającą wnikliwość i jasność. Był czytany kanon do priepodobnego, śpiewaliśmy wieliczanije (hymn pochwalny)...

Stopniowo upływ mira przemieścił się w okolicę otwartego zwitka i kilka dużych kropli ukazało się na słowach „wzrastać w pokorze”.

Wydzielanie mira ustało nocą”.

Inny świadek cudu opowiadał następujące: „W tę noc zaszedłem do świątyni koło godziny drugiej. Nikogo w niej nie było, tylko zmęczony od wrażeń śpiący stróż i nowicjusz, który czytał psałterz koło wydzielającej miro ikony. On skończył czytanie, miro było dokładnie zebrane i wszyscy poszli. Zostałem sam przed cudotwórczą ikoną. Było strasznie i radośnie. Przeczytałem katyzmę i podszedłem do ikony. Ale na niej niczego nie było, tylko ledwie widoczny ślad. Byłem zasmucony że, może, nie zobaczę cudu, ale nagle na ikonie znowu ukazał się błyszczący punkcik mira, który przekształcił się na moich oczach w kropelkę. Pan Bóg według modlitw prepodobnego Amwrosija pocieszył mnie widzeniem cudu”.

Później ikona prepodobnego niejednokrotnie zaczynała wydzielać miro. Tak, miro ukazało się na ikonie w dzień imienin zmarłego Jego Świątobliwości patriarchy Pimena. Były i inne wypadki, z których jeden zasługuje na szczególną uwagę, bo wtedy cudowny wypływ mira udało się sfotografować na taśmę. Opowiedział o tym naoczny świadek ijerodiakon Siergij.

17 września 1989 roku po liturgii przygotowywano nagrywanie programu na festiwal kinematografii w Amsterdamie. Kamerzysta odpowiedział odmownie. Jako niewierzący, nie wiedział jak zredagować opowiadanie o monasterze, i ojciec Siergij poszedł ukłonić się relikwiom prepodobnego, żeby ten sam wszystko urządził, a jego natchnął, co robić i mówić. Po tym, jak wszystko było przygotowywane do kręcenia, ojciec Siergij podprowadził operatora do Kazańskiej ikony Bożej Matki i opowiedział mu już opisane przez nas zdarzenia, związane z tą ikoną. Potem oni przeszli do drugiego bocznego ołtarza – do ikony prepodobnego i ojciec Siergij zamarł w zdumieniu: Na ikonie wyraźnie były widoczne dwie plamy ze strużkami mira. W świątyni nikogo nie było, oprócz nowicjuszy przy świecach w drugim końcu soboru.

Ojciec Siergij nie był w stanie skryć swojego zdziwienia. Potem wezwano nowicjusza i kiedy przy ikonie ukazał się drugi świadek, zaczęło się nagrywanie. Operator który doznał boskiego aromatu, wykrzyknął: „Szkoda, że nie można sfotografować zapachu!”

Film był pokazany na festiwalu w Amsterdamie i odniósł wielki sukces. Tak prepodobny, mający „troskliwe serce do wszystkich z wiarą uciekających się do niego”, znów wyszedł na głoszenie do ludzi i świadectwo o nim rozpowszechniło się poza dalekie granice.

W dzisiejszym świecie, skutym przez bezbożność która wdarła się w ciało i krew ludzi, cuda, podobne do optyńskiego, przepełniają duszę chrześcijanina gorącą nadzieją na wstawiennictwo władczyni niebiańskiej i świętych.

Majestatyczne i tajemne jest pochodzenie tych zjawisk, schodzących z Królestwa niebiańskiego w nasz grzeszny świat. Jak należy nam, prawosławnym ludziom, odnosić się do podobnego rodzaju znaków?

Oto co znajdujemy o znakach w utworach Izaaka Syryjczyka (Słowo trzydzieste szóste): „Pan Bóg nie w każdym czasie, kiedy On bliski jest dla świętych Swoich, jako pomoc im, bez potrzeby jawnie pokazuje siłę Swoją jakimkolwiek zjawiskiem i znakiem zmysłowym... I robi to, w trosce o świętych i pragnąc pokazać im, że nawet na godzinę nie zaprzestaje tajemnej Swojej opieki nad nimi, ale w każdej sprawie pozwala im, według miary sił, pokazać swój wysiłek i potrudzić się w modlitwie. Jeśli zaś sprawa żąda okazania (jawnej pomocy Bożej), to w razie potrzeby czyni również to; i sposoby Jego bywają najmądrzejsze, najbardziej wystarczające w ubóstwie i w potrzebie, a nie jakiekolwiek przypadkowe.

Kto też bez potrzeby ośmiela się na to albo błaga Boga i pragnie, żeby w rękach jego były cuda i moce, ten jest kuszony w rozumie swoim przez szydercę demona i okazuje się chełpliwym i bezsilnym w swoim sumieniu”.

W rosyjskich tekstach kronikarskich jest wiele świadectw o wydzielaniu mira, z których widzimy, że cuda i znaki były w tych czasach rozpowszechnione.

„Dla nas objawienie się cudu – to znak niebiański do odrodzenia – wyjaśnia te zdarzenia przełożony – ono jest darowane nam dla skruchy i nasilenia modlitwy”.

Według ojca przełozonego, do skruchy wzywa mnichów i wszystkich prawosławnych Caryca niebiańska, okazująca Swój płacz o losie świata w błogosławionej rosie na Swojej świętej ikonie. Stałą pamięć o tym cudzie, jak i o błogosławionej pomocy wydzielającej miro ikony prepodobnego Amwrosija, bracia powinni uczynić fundamentem swego duchowego życia. Na to wskazuje data – dzień zwrotu klasztoru, bo dokładnie po roku od podjęcia decyzji o zwrocie Optyńskiej Pustelni Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi dokonał się tu pierwszy cud wydzielania mira.

("Zastupnica Usierdnaja". Ijeroschimonach Fiładielf (Bogolubow), M., Rosyjskie duchowe centrum, 1992 r.).

Ijerodiakon – hierodiakon: diakon w stanie zakonnym

PIEKIELNE MĘKI, PRZEŻYTE NA ZIEMI PRZEZ MIKOŁAJA MOTOWIŁOWA.

Autor kroniki Sierafimo-Diwiejewskiego żeńskiego monasteru, archimandryta Sierafim (Cziczagow) opisuje następujące straszne zdarzenie w życiu Mikołaja Aleksandrowicza Motowiłowa, wielkiego czciciela i gorliwego nowicjusza Sarowskiego starca Serafima:

Jakoś raz podczas spotkania z prepodobnym Sierafimem rozmowa dotknęła diabelskich napadów na człowieka. Świecko wykształcony Motowiłow nie omieszkał, oczywiście, zwątpić w realność zjawisk złej siły. Wtedy Prepodobny opowiedział mu o swojej strasznej walce w ciągu 1000 nocy i 1000 dni z diabłami i siłą swojego słowa, świadectwem swojego słowa, świadczeniem swojego stanu duchownego, w którym nie mogło być nawet i cienia kłamstwa i przesady, przekonał Motowiłowa o istnieniu diabłów nie w zjawach, albo marzeniu (w poetyckiej wyobraźni albo fantazji), a w samej prawdziwej gorzkiej rzeczywistości.

Porywczy Motowiłow tak przejął się opowieścią starca, że z głębi duszy wykrzyknął: „Batiuszka, jak ja bym chciał powalczyć z diabłami!”

Wtedy, pod ochroną Prepodobnego, on mógł nie bać się złości szatana. Ale lekkomyślne-aroganckie wezwanie, według dopustu Bożego, nie zostało bez następstw.

Kiedy Motowiłow, po śmierci starca Sierafima, pojechał do Kurska, niewiele wiadomości o dzieciństwie i młodości prepodobnego udało się mu tu zebrać. Bliska rodzina, pamiętająca ojca Sierafima młodego, tłumaczyła się zapomnieniem. Nawet dom, w którym urodził się i wychowywał się prepodobny, był zburzony i na jego miejscu wyrosły nowe zabudowania. Znalazł się jeden staruszek, rówieśnik Ojca, który to dostarczył Motowiłowi wiadomości, które weszły teraz we wszystkie wydania żywotów prepodobnego Sierafima. Wyjazd do Kurska i pobyt w nim były całkiem pomyślne. Burza czekała na niego w powrotnej drodze do Woroneża.

Na jednej z pocztowych stacji, po drodze z Kurska, Motowiłow musiał zanocować. Zostawszy zupełnie sam w pokoju dla podróżnych, on wyjął z walizki swoje rękopisy i zaczął je analizować przy słabym świetle jednej świecy, ledwie oświetlającej przestronny pokój. Jedną z pierwszych trafiła się mu notatka o uzdrowieniu pewnego opętanego dziewczęcia z dworzan, Jeropkinoj, przy grobowcu swiatitiela Mitrofana Woroneżskiego.

„Zamyśliłem się, – pisze Motowiłow, – jak to może zdarzyć się, że prawosławna chrześcijanka, przyjmująca przeczyste i życiotwórcze Sakramenty Boże i nagle opętana przez diabła i przy tym tak długi czas, jak ponad trzydzieści lat. I pomyślałem: Bzdura! To nie może być! Chciałbym zobaczyć, jak odważyłby się diabeł wprowadzić się we mnie, skoro często przybiegam do sakramentu świętej Eucharystii”; i w tej samej chwili, straszny, zimny, cuchnący obłok otoczył go i zaczął wchodzić w jego konwulsyjnie ściśnięte usta.

Jak nie rzucał się nieszczęśliwy Motowiłow, jak nie starał się obronić się od lodu i smrodu, obłoku który wpełznął w niego, ten wszedł w niego cały, pomimo jego nieludzkich wysiłków.

Ręce jego były rzeczywiście sparaliżowane i nie mogły uczynić znaku krzyża; zastygła z przerażenia myśl nie mogła przypomnieć sobie zbawiennego imienia Jezusowego. Odrażająco okropne dokonało się i dla Mikołaja Aleksandrowicza nastąpił okres najcięższych męczarni. Własnoręczny rękopis jego daje taki opis doznanych mąk:

„Pan Bóg zechciał abym na sobie samym wypróbował prawdziwie, a nie we śnie i nie w przywidzeniu, trzy piekielne męki: pierwsza – ognia nieświecącego i nieugaszonego niczym więcej, jak tylko jedną łaską Przenajświętszego Ducha. Trwała ta męka przez trzy doby, tak, że czułem, jak spalałem się, ale nie wypalałem się. Z całego mnie po 16 albo po 17 razy na dobę ściągali tę piekielną sadzę, co było widoczne dla wszystkich. Ustały te męki tylko po spowiedzi i przyjęciu świętej Eucharystii, dzięki modlitwom arcybiskupa Woroneżskiego Antoniego i po zamówionych przez niego we wszystkich 47 cerkwiach woroneżskich i we wszystkich monasterach ekteniach za zdrowie chorego sługi Bożego Mikołaja.

Druga męka w ciągu dwóch dób – tartara srogiego, piekielnego, tak że i ogień nie tylko nie palił, ale i rozgrzać mnie nie mógł. Na życzenie jego przewielebności biskupa Woroneżskiego Antoniego, od pół godziny trzymałem rękę nad świecą i ona cała zakopciła się do niemożliwości, ale nie ogrzała się nawet. Doświadczenie to przekonywujące zapisałem na całej kartce (papieru) i do tego opisu uczynionego ręką moją i na nim świecową sadzą moją rękę przyłożyłem. Ale obie te męki po przyjęciu Eucharystii dawały mi chociaż możliwość jeść i pić i spać trochę mogłem przy nich i widoczne one były wszystkim.

Ale trzecia męka piekielna chociaż na pół doby jeszcze skróciła się, bo trwała tylko półtorej doby i mało więcej, ale za to wielkie było i przerażenie i cierpienia od nie możliwego do opisania i niepojętego. Jak ja i z życiem z niej wyszedłem?! Zniknęła ona od spowiedzi i przyjęcia świętej Eucharystii Bożej. Tym razem sam arcybiskup Antoni z rąk swoich udzielał mi owej. To była męka robaka nieustannego piekielnego i robak ten nikomu więcej, oprócz mnie samego i arcybiskupa Antoniego, nie był widoczny, ale ja sam cały byłem przepełniony tym najźlejszym robakiem, który pełzał we wszystkim i niewytłumaczalny gryzł całe moje wnętrze, ale i wypełzając przez usta, uszy i nos, znów do wnętrzności, moich wracał. Bóg dał mi siłę na niego i mogłem brać go w ręce i rozciągać. Według konieczności oświadczam to wszystko, bo nie darmo podane mi z góry od Boga to widzenie, aby i nie mógł kto pomyśleć, że ja ośmielam się nadaremnie imię Pańskie wzywać.

Wkrótce, po tej, strasznej i niedostępnej dla zwykłego człowieka, próbie, Motowiłow miał widzenie swojego orędownika, prepodobnego Sierafima (który zmarł wcześniej), który pocieszał męczennika obietnicą, że dane mu będzie uzdrowienie przy otwarciu relikwii swiatitiela Tichona Zadońskiego i że do tego czasu diabeł który wprowadził się w niego już nie będzie go tak okrutnie męczyć. Rzeczywiście, po ponad 30 latach dokonało się to zdarzenie i Motowiłow doczekał się go, doczekał się również uzdrowienia według wielkiej swojej wiary.

W dzień otwarcia relikwii swiatitiela Tichona Zadońskiego Motowiłow stał w ołtarzu, modlił się i gorzko płakał z tego powodu, że Pan Bóg nie posyła mu uzdrowienia, którego, według obietnicy prepodobnego Sierafima Sarowskiego oczekiwała jego umęczona dusza. Podczas śpiewu Cherubińskiej Pieśni on spojrzał na górne miejsce i zobaczył na nim swiatitiela Tichona. Swiatitiel pobłogosławił płaczącego Motowiłowa i stał się niewidoczny. Motowiłow natychmiast poczuł się uzdrowionym.

 

Swiatitiel – biskup, arcykapłan.

Ektenia (scs jektienia) – wołanie modlitewne wygłaszane przez diakona lub kapłana, składające się z szeregu szczególnych próśb, na które chór odpowiada: „Panie zmiłuj się”, „Udziel nam Panie” lub też „Tobie, o Panie” – w zależności od rodzaju ektenii; rozróżnia się następujące rodzaje: pokoju, wielka, mała, zaduszna, katechumenów, błagalna, żarliwa (dosł. podwójna).

Górne miejsce (scs gornieje miesto) – wysoki tron: podwyższone miejsce za ołtarzem, na którym w stosownym czasie, podczas Liturgii, zasiada biskup

 

CUDA OD IKONY OPIEKUNKI DOMU ROMANOWYCH

W Kostromie, w katedralnym Bogojawlenskim soborze, którego rekonstrukcja zakończyła się zaledwie dwa lata temu, znajduje się wielka wszechrosyjska świętość – cudotwórcza objawiona Fieodorowska ikona Przenajświętszej władczyni naszej Bogarodzicy. Po zniszczeniu w 1930-e lata miejsca jej stałego – w ciągu wieków – przebywania, soboru Wniebowzięcia Matki Boskiej, po wędrówce po różnych kostromskich świątyniach ona od 1964 roku stała w cerkwi Zmartwychwstania Chrystusa, na Niżniej Diebri.

Stąd w procesji 6/19 sierpnia 1991 roku została przeniesiona do Bogojawlenskiego soboru. Od drugiej połowy trzynastego wieku Kostroma – stałe schronienie Fieodorowskiej ikony. Pod jej osłoną wzrósł pierwszy z carów dynastii Romanowych Michaił Fieodorowicz, który i na tron błogosławiony był właśnie tą ikoną w 1613 roku w Troickim soborze Ipatiejewskiego monasteru, po długim „ubłaganiu” przez wysłanych z Moskwy wspólnych delegatów wszystkich obradujących w Moskiewskim Kremlu stanów.

IKONA POCZERNIAŁA OD BOLEŚCI

Jedyny raz wielka świętość opuściła Kostromę w 1919 roku. I znajdowała się ona nie w świątyni, a w moskiewskiej pracowni znanego restauratora I. Hrabaria. Restaurator dziwił się: przed nim była zupełnie czarna – głębokiej żywej czarności – prastara deska... On spróbował wytrawić ją jakimiś mieszaninami. Niestety! – bezskutecznie! A przecież w rękach on miał doskonałe fotografie – i nawet kolorowe (niejednokrotnie publikowane) – Fieodorowskiej z 1909, 1913 i innych lat. Oblicza Matki Boskiej i Bogomłodzieńca były widoczne na nich we wszystkich szczegółach. Ikona była oddana kostromskiemu kapłanowi Mikołajowi Gołouszynowi i wróciła do Kostromy.

Ikona ściemniała w okresie od 1914 do 1918 roku. Dlaczego? Nie od złego przecież przechowywania! Ona bywała wielokrotnie w pożarach, które nie uszkodziły jej i cudownie na oczach mnóstwa ludzi ratowała się. Przecież to cudotwórcza ikona, lista jej cudów jest ogromna i wszystkie one zdarzały się przy ludziach. Opisane są w dawnych legendach, kronikach, o nich mówi się w akafiście i służbach jej poświęconych, są przedstawione na znakach ikon i freskach... Tak więc od czego?

Odpowiedź będzie jasna, jeśli przypomnieć sobie zdarzenia, które wydarzyły są w ciągu tych kilku lat. Zdarzenia, których chyba nie można zapomnieć: wojna... aresztowanie i wysłanie na Syberię carskiej rodziny... rewolucja... zdradziecki mord carskich męczenników.

Fieodorowska ikona – rodzinna świętość dynastii Romanowych. Obecnie ona w boleści. Ona, jak to dzisiaj mówi naród, posmutniała i trzeba kajać się, modlić się i prosić, żeby jawiła nam swoje oblicze.

 

ODNALEZIENIE FIODOROWSKIEJ IKONY W CARSKIM SIOLE (1991 ROK)

Jeszcze jedna cerkiewna i historyczna świętość – Fieodorowski Carski sobór w Carskim Siole –zwrócona Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi. Świątynia w imię ikony opiekunki Domu Romanowych, była zbudowana według przychylności Monarchy Imperatora Mikołaja Aleksandrowicza na wybranym przez niego samego miejscu blisko Aleksandrowskiego pałacu i wyświęcona w sierpniu 1912 roku.

W nasze dni małe poświęcenie dolnej, znajdującej się w pieczarze świątyni w imię prepodobnego Sierafima Sarowskiego dokonało się 29 lutego 1992 roku; 1 marca proboszcz soboru igumen Siergij (Kuźmin) odsłużył pierwszą Liturgię.

W dzień świętowania Triumfu Prawosławia do soboru była przyniesiona ikona Fieodorowskiej Bożej Matki. Ona została pierwszą Fieodorowską ikoną w świątyni. Przechowana w jednej miejskiej rodzinie, ikona została odnaleziona w marcowy dzień 1991 roku, kiedy ojciec (Michaił) z pięcioletnim synem (Wadimem) spacerowali w parku miasta Puszkin, niedaleko od torów. W dębowej alei chłopiec na krótki czas zostawił ojca i zszedł na brzeg stawu. Koło przepustu Wadim zobaczył wielką ikonę. Szata jej był rozerwana do połowy i pogięta, poranione oblicze pokryte ziemią... Z ikoną w rękach chłopiec pojawił się przed ojcem. Michaił był wstrząśnięty. „Przyjąłem to jak cud – opowiadał on następnie – całe życie przeżyłem jako bezbożnik i oto Sama Boża Matka wskazała mi drogę”.

Wkrótce po tym, jak Caryca Niebiańska włożyła w ręce dziecka (Wadim był ochrzczony) Swoją ikonę, Michaił ochrzcił się w Sofijskim soborze miasta Puszkin, a już latem brał udział w pracach przy restauracji Sofijskiego soboru.

W rodzinie ikonę przechowywano troskliwie i z uwielbieniem. Uświadamiając, że świętość która cudownie zjawiła się powinna znajdować się w świątyni, Michaił chciał przekazać ją do funkcjonującego Sofijskiego soboru. Ale Opatrznością Bożą była ona przeznaczona dla innej świątyni.

Według błogosławieństwa proboszcza Fieodorowskiego soboru 15 marca 1992 roku, na krótko przed świętem Fieodorowskiej ikony, Michaił przyniósł znalezioną ikonę do świątyni. Łaską Bożą Opiekunka Carskiego Domu znalazła swoje miejsce na prawej kolumnie podziemnej świątyni Fieodorowskiego soboru, obok miejsca, gdzie zwykle modlił się Monarcha.

(A. Lubomudrow
Według materiałów prawosławnego czasopisma "Głagoły żyzni", № 2, 1992 r. )

 

Akafist – akatyst: hymn liturgiczny ku czci Chrystusa, Matki Bożej, lub świętego czytany na stojąco

 

CUDA WEDŁUG MODLITW ŚWIECKIEGO STARCA TEODORA SOKOŁOWA

(… 8/21 CZERWCA 1973 r.)

Niżej przytoczone są fragmenty z biografii pobożnego świeckiego człowieka naszych dni, zredagowanej przez profesora G. M. Prochorowa z opowiadań przyjaciół i czcicieli starca Teodora.

 

WSKRZESZENIE ZMARŁEJ

Latem 1923 albo 1924 roku starzec Teodor udał się na Syberię w celu zakupu jajek i masła. Pod wieczór jechał on koło jednej wsi. I widzi: obok domu zebrał się wielki tłum ludzi. Jemu powiedzieli: „Tu umarła samotna kobieta: A ona ma wiele dzieci i wszystkie maleńkie”.

Starzec poprosił o nocleg w tym domu. Kiedy wszyscy ludzie rozeszli się, on położył zmarłej na piersi krzyżyk, który podarował mu pewien pobożny człowiek, który chodził pieszo do Jerozolimy i stamtąd przyniósł ten krzyż.

Zaczął starzec Teodor modlić się za kobietę i Pan Bóg ją wskrzesił. Starzec pomógł jej podnieść się i o świcie odjechał z tej wsi.

Istnieją setki pisemnych świadectw uzdrowienia według modlitw starca. Przez starca Pan Bóg natychmiast uzdrawiał tak wielu ludzi, że wszystkich przypadków uzdrowienia po prostu nie można było zapisać. Oprócz tego, komunistyczne władze wielokrotnie prześladowały starca i czczących go.

 

WYPADEK DUCHOWEGO PRZEOBRAŻENIA

Duchowa córka starca Teodora Antonina wspomina o tym, jak z nim się zapoznała.

Przez osiem lat bolała jej ręka: to była gruźlica kości. Liczni lekarze leczyli, ale pomocy nie było, choroba wzmagała się, od bólu nie było spokoju. Pracować ona nie mogła i przyjechała do swoich rodziców we Własowie. To wieś odległa o 10 kilometrów od Nikolskiego Torżka w kierunku Wołogdy. Żyła krótki czas na utrzymaniu rodziców, skracała czas rozrywkami, Boga nie znała i nie myślała o Nim. Akurat w tym czasie i niebezpiecznie było mówić o Bogu.

A starec Teodor był zaproszony do Własowa szyć futra. Maria zaś, ciotka Antoniny, była dawną czcicielką starca. On często przychodził do niej, oni czytali święte książki i cerkiewne pieśni religijne śpiewali. A kiedy przychodziła Antonina z przyjaciółką, oni przerywali czytanie i śpiew.

Ciotka mówiła Antoninie: „Poproś starca, żeby on pomodlił się za ciebie” – bo według swojego doświadczenia wiedziała, że modlitwy starca mają moc. Antonina zaś uważała, jeśli lekarze nie pomogli, to co może uczynić ten niepiśmienny człowiek. O wierze w ten czas ona nie miała żadnego pojęcia.

Ale starec sam zaczął modlić się za nią na prośbę Marii. I kiedy oni spotykali się u ciotki, starec już zaczął demaskować Antoninę. Potem starec sam zapytał: „Co u ciebie z ręką? Można popatrzeć?” Ona zaczęła rozwijać rękę, a on cały czas się modlił.

„Jeśli będziesz mnie słuchać – powiedział starec – i zrobisz wszystko, co powiem, za sześć tygodni będziesz spokojnie spać. Moje słowa bardzo łatwo wypełnić. Tylko niczego nie zaczynaj bez Boga. Wszystko zaczynaj od modlitwy. Zanim wstaniesz z łóżka, uczyń na sobie znak krzyża ze słowami: „W imię Ojca i Syna i Świętego Ducha, amen”. Proś Boga, żeby pobłogosławił na dzisiejszy dzień i rękę bandażuj z modlitwą i czytaj dziewięćdziesiąty psalm”.

Antonina posłuchała starca i bóle ustały po dwóch tygodniach. Wtedy też pojawiła się wiara w Boga, wielka duchowa radość, miłość do wszystkich ludzi, a zwłaszcza do wierzących. Ona zaczęła przychodzić do swojej cioci, czytać święte książki, słuchać świętych opowiadań. A potem zachciało się jej pójść do cerkwi przyjąć Eucharystię. I ona chodziła pieszo do Wołogdy ponad sto kilometrów. W całej Wołogodzkiej okolicy została jedyna funkcjonująca wtedy cerkiew. Zaczęła ona odwiedzać starca także na wsi Sawinskoje i tam była świadkiem licznych cudownych spraw, które Pan Bóg uczynił przez starca Teodora.

 

WYDZIELAJĄCA MIRO IKONA W MONTREALU

W 1982 roku, w Montrealu (Kanada) koło cząstki relikwii nowo-męczennicy Jelisawiety (Fieodorowny) zaczęła wydzielać miro Iwierska ikona Matki Bożej. Tę ikonę przywiózł z Atosu Józef Muńoz Cortez, Hiszpan według pochodzenia, który dawno przyjął prawosławie. Jak wszystko było, opowiada naoczny świadek Józef Muńoz.

 

Pewnego razu, podczas naszej pielgrzymki na Atos (było nas trzech) po kilku godzinach chodzenia zabłądziliśmy. Zaczynało zmierzchać. Trzeba było szybciej znaleźć nocleg w jakimkolwiek monasterz. Idąc po ścieżce, odkryliśmy niedużą ubogą pustelnię. W niej 14 mnichów Greków pisało ikony. Oni nas przyjęli z radością. Niewiele odpocząwszy, zaczęliśmy oglądać ich prace. Jeden z moich towarzyszy, znający język grecki, zaczął rozmawiać z mnichami i opowiedział im wszystko o nas. Ja zaś bardzo uważnie przyglądałem się ikonom. Niespodziewanie moja uwaga zatrzymała się na cudownej ikonie Matki Boskiej. Nie mogłem oderwać spojrzenia od niej i zacząłem prosić mnicha aby mi ją sprzedał. On mi odmówił, mówiąc:

- To ikona, stworzona przez ojca Chryzostoma, napisana w bizantyjskim stylu.

Całą noc spędziłem w pustelni, rano wystałem na liturgii. Podczas śpiewu „Dostojno Jest’” („Godnym jest”) na kolanach prosiłem Carycę niebiańską puścić świętą ikonę ze mną. Po modlitwie poczułem w duszy ukojenie, jakby przekonanie w tym, że Przenajświętsza Dziewica pójdzie z nami.

Rano wszyscy mnisi nas odprowadzali, ale ihumena nie było. I oto zobaczyliśmy go w ostatniej chwili przed naszym odejściem z monasteru.

On szybko schodził po schodach z zawiniętą ikoną w rękach. Podszedłszy do mnie, powiedział, że oddaje mi ikonę, ponieważ ona powinna być ze mną. Znając skromne życie mnichów i ich potrzeby, chciałem za ikonę zapłacić. Ihumen powiedział:

- Za taką świętość pieniędzy brać nie można.

Moje ciało pokryło się mrówkami, poczułem, że wydarzyło się coś niezwykłego. Przeżegnałem się, pocałowałem ikonę i przyrzekłem sobie, że ten obraz nigdy nie zostanie źródłem wzbogacenia.

Natychmiast po tym udaliśmy się do monastyru Iwierskiego.

Wróciliśmy do domu w Montrealu 3 listopada 1982 roku. Ikonę postawiłem między relikwiami niektórych świętych Kijewo-Pieczerskiej ławry i apostolnikom priepodobnomuczenicy księżnej Jelisawiety (Fieodorowny). Cały czas jarzyła się tu lampka i każdego dnia przed snem czytałem akafist przenajświętszej Dziewicy. 24 listopada, o godzinie trzeciej w nocy obudziłem się od silnego aromatu. Początkowo pomyślałem, że on schodzi od relikwii albo flakonu perfum, ale, podszedłszy do ikony, zdziwiłem się: cała była pokryta pachnącym mirem! Zastygłem na miejscu od takiego cudu!

Wkrótce wydzielająca miro ikona była odniesiona na zajazd Rosyjskiej Prawosławnej Zagranicznej Cerkwi w Montrealu (Kanada) i pokazana metropolicie Witalijowi. Władyka zaś natychmiast wytarł watą do sucha całą ikonę i obniósł ją po wszystkich pomieszczeniach dwupiętrowego zajazdu. Kiedy on wrócił do cerkwi, to ikona była pokryta mirem, które płynęło po jego rękach. Władyka ukłonił się ikonie i powiedział, że dzieje się wielki cud. Od tamtej pory ikona Bożej Matki stale wydziela miro, za wyjątkiem wielkich tygodni (siedmiu dni przed Wielkanocą).

Nadzwyczajne, że miro wypływa, głównie, z rąk Matki Boskiej i Chrystusa, a także ośmiorożnej gwiazdy, znajdującej się na prawym ramieniu Bożej Matki. Jednocześnie tylna strona ikony jest zawsze sucha.

 

UZDROWIENIA OD WYDZIELAJĄCEJ MIRO IKONY

Obecność wydzielającej miro ikony z jej pachnącym mirem rozpowszechnia szczególną łaskę. Tak, sparaliżowany młody człowiek z Waszyngtonu, według łaski Matki Boskiej, został uzdrowiony. W Montrealu ikona była przywieziona do ciężko chorego człowieka, który nie mógł ruszać się. Było odsłużone nabożeństwo z akafistem. Wkrótce chory poprawił się. CudotwórEcza ikona pomogła kobiecie, która cierpiała z powodu ciężkiego zapalenia płuc.

Czternastoletnia córka diakona Rosyjskiej Prawosławnej Zagranicznej Cerkwi cierpiała na ciężką formę białaczki. Pokładając wielkie nadzieje na pomoc cudotwórczej ikony, ona poprosiła żeby przywieźć ją, do niej. Po modlitwie i namaszczeniu mirem zdrowie dziewczynki zaczęło szybko polepszać się i, ku zdziwieniu jej lekarzy, po jakimś czasie guzy zniknęły.

Oprócz tego, ikona leczy dusze. Dowiedziawszy się o cudzie, Aleksander Sołżenicyn w liście do Józefa Muńozu szczególnie podkreśla tę stronę, ponieważ teraz więcej cierpimy z powodu duchowych, aniżeli fizycznych dolegliwości.

Cudotwórcza Iwierska Montrealska ikona była już w większości parafii Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi za granicą – w Ameryce, Australii, Nowej Zelandii i Europie Zachodniej. I wszędzie ikona promieniuje uciszenie i uzdrawiającą łaskę.

("Czudotwornaja mirotoczywaja ikona Bożijej Materi Iwierskaja Monriealskaja".
Wydawnictwo Iwierskoj czasowni. Moskwa. 1992 rok)

 

Apostolnik – element ubioru prawosławnej mniszki. Rodzaj chusty z wycięciem na twarz, spadającej ma ramiona i równomiernie zakrywającej pierś i plecy. Długością może sięgać do brzucha

Priepodobnomuczenica – męczennica Chrystusowa stanu mniszego.

 

CUDA WEDŁUG MODLITW STARCA SAMPSONA (1898-1979)

ODNOWIENIE IKONY

Po 1917 roku Rosyjska Prawosławna Cerkiew musiała walczyć z wewnętrznymi „rewolucjonistami”, tak zwanymi żywocerkownikami i odnowicielami, chociaż, oczywiście, niczego żywego u nich nie było – to była ciągle ta sama martwizna oddzielenia się od Cerkwi pod pretekstem jej przebudowy i odrodzenia. Żywocerkowniki, odnowiciele współpracowali z nową władzą, z najzacieklejszymi bolszewikami, ateistami i prześladowali prawosławnych. Ucierpiał od odnowicieli i ojciec Sampson. On ukrywał się od nich na strychu. Potem nastąpiła wielka radość – pokajanie Aleksandro-Newskiej ławry od odnowicielstwa. Tyle pracy mieli prawosławni pasterze!

Przecież wszystkich nieboszczyków trzeba było od nowa pochować – tych, którzy umierali w okresie odnowicielstwa. Pracowaliśmy dzień i noc.

W pierwszy też dzień po skrusze ławry, kiedy batiuszka Sampson wrócił w swojej celi, wydarzył się cud: odnowienie się ikony Fieodorowskiej Bożej Matki. Batiuszka opowiadał:

- Wchodzę do swojej celi, tylko z cerkwi wróciłem. Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się: u mnie pożar, a dymu nie ma. Paliła się ikona, a wszystko działo się pomału. Płomieniem paliła się, ale nie czerwonym ogniem, a jakieś niebieskawe światło kołysało się. Ani zapachu palącego się drzewa, ani zapachu pyłu nie było. Przy czym ikona chrzęściła. Dźwięk taki, jak kiedy łuczywa rozpala się, żeby samowar nastawić.

Osłupiałem: nie, stanowczo pamiętam, dopiero z cerkwi, wszystko pamiętam. Miałem małego kotka w celi, on, zwierzęce stworzenie, przestraszył się i przy mnie schował się pod szafę. To nadzwyczajny dowód. A ja stoję w mantii, w kłobuku, jak należy, stoję i na coś czekam.

W jednej chwili wszystko zgasło – pstryk i czyste powietrze. Podchodzę do Fieodorowskiej ikony – ona czysta, a była zupełnie czarna. Wizerunku prawie nie było widać, a tu cała błyszczy – farby i oblicze. Wszystko całkowicie odnowiło się. To było na święto arcystratega Michaiła.1

 

1 Tę ikonę ojciec podarował jednej z swoich duchowych córek.

 

SKRUCHA KOMUNISTY

Po wyzdrowieniu ojciec Sampson pojechał do miasta Penza i tu otrzymał od władyki Cyryla mianowanie na proboszcza modlitewnego domu do miasta Ruzajewka. To pierwsza parafia w Mordowii. Tu wydarzyło się pokajanie Andrzeja, komunisty od 1905 roku.

Na pół roku przed śmiercią Andrzej zachorował na okropną chorobę. Od smrodu nie można było przebywać z nim w jednym pokoju. Do niego zaczęły przychodzić biesy o wyglądzie kotów, kozłów, małp i zaczęły mu bardzo dokuczać. A potem zaczął przychodzić swiatitiel Mikołaj, cudotwórca Mirlicejski – trzykrotnie przychodził do niego: „Pokajaj się, Andrzej, a to źle tobie będzie. Wezwij kapłana, posłuchaj mnie”.

I po tym Andrzej zażądał, żeby żona wezwała kapłana. Żona posłuchała go, poszła po kapłana. Tutejszym kapłanem był właśnie ojciec Sampson. On poszedł do chorego Andrzeja. Nie zdążył otworzyć drzwi, jak Andrzej zaczął głośno wymieniać swoje grzechy.

Batiuszka około dwóch godzin go spowiadał, ale nie udzielił Eucharystii – „dlatego, żeby upewnić się, że on jest przekonanym wierzącym. Ja spokojnie – mówił ojciec Sampson – przecierpiałem dobę, przyszedłem do niego za pięć minut szósta. On był już ubrany w bieliźnie. On sam wstał, a przecież przedtem leżał na łóżku pół roku. Andrzej mówił: „Przecież dziwię się, dokąd wszystko zeszło ze mnie? Ja przecież uspokoiłem się!”.

Wszystkie jego śmierdzące rzeczy wynieśli, spalili. On jest w czystej bieliźnie, już siedzi. Udzieliłem mu Eucharystii – jeszcze raz wyspowiadałem i udzieliłem Eucharystii.

- A teraz położę się – powiedział Andrzej.

Położył się i umarł. Zdążyłem przeczytać dziękczynną modlitwę po priczastiju, „Teraz odpuszczasz”, troparion do św. Jana Złotoustego, „Godnym jest”, „Teraz odpuszczasz”, jeszcze raz.

On miał wiele dobrych uczynków – jałmużna. Wielu też uratował od niezasłużonej śmierci. Jałmużna go właśnie uratowała.

Ciekawie, że, kończąc pierwszą spowiedź, przy żonie i dzieciach jego mówiłem: „Przysięgnij mi, Andrzej, że zwrócisz czerwoną książkę1 i że napiszesz: jestem odtąd prawosławny.

Przyjdę jutro; jeśli Pan Bóg ścierpi i przyjmie pokajanie, doczekasz się mnie i będziesz zdrowy! A jeśli wiary nie masz – dzisiaj umrzesz.

On doczekał się, nawet powitał siedząc.

Służyłem po nim nabożeństwo pogrzebowe, byłem na cmentarzu. Szedłem z przodu, przez Ruzajewkę. Taki rozgłos był. Całe miasto dowiedziało się, że Andrzej pokajał się. Miasto odprowadzało go na cmentarz.2

1 Partyjna legitymacja komunisty.

2 Po skrusze komunisty, władyka Cyryl pod presją miejscowych władz musiał przenieść ojca Sampsona na inną parafię.

 

„CIEBIE ODPROWADZAŁ DUCH MÓJ”

Pewna moja przyjaciółka nie chodziła do cerkwi. Ja ledwie namówiłam ją pojechać do batiuszki, wstępnie dużo opowiedziawszy o nim. Przyjechałyśmy i natychmiast że udałyśmy się do świątyni. W końcu służby podchodzi batiuszka do nas i od razu odzywa się do mojej przyjaciółki:

Ty obowiązkowo powinnaś wyspowiadać się i przystąpić do Eucharystii. Pobądź na wieczornej służbie, a jutro rano przychodź wcześniej. Wyspowiadasz się, przyjmiesz Eucharystię i wtedy pojedziesz do domu.

Ona odpowiedziała:

- Nie, nie mogę, jutro do pracy trzeba i, jeśli wcześnie nie odjadę, to spóźnię się.

Batiuszka znów zaczął uparcie namawiać aby zostać, nazywając ją po imieniu.

Wieczorem przyjaciółka wypominała mi, po co, powiada, o mnie wszystko opowiedziałaś?

- Nigdy jemu niczego nie mówiłam o tobie i imienia twego nie podałam.

Oczywiście, ona w to nie uwierzyła.

Rano, o 9 godzinie, ona już była na peronie. Nagle widzi na peronie batiuszkę i słyszy, jak on ją woła.

Podjechał pociąg, ona wsiadła i odjechała. Po drodze pomyślała: „O ósmej godzinie Liturgia powinna być i dlaczego on nie służy, po co przyszedł na peron? Tak więc, to nie prawdziwy batiuszka”.

Po moim powrocie spotkałyśmy się i ona pyta mnie, dlaczego tego dnia batiuszka nie służył?

- Jak nie służył? Służył. Sama o siódmej rano już byłam w świątyni i dopiero o pierwszej służba się zakończyła.

- A jak że on przyszedł po mnie na peron?

- Rzeczywiście nie wychodził z cerkwi!

Moja przyjaciółka była bardzo zdziwiona. Coś ciągnęło ją znowu pojechać do ojca. Wraca, wchodzi bezpośrednio do niego i śmiało pyta:

- Batiuszka, odprawialiście w tę niedzielę Liturgię?

- Odprawiałem.

- A jak że Was rano na peronie widziałam?

- Odprawiałem, gołąbeczko, odprawiałem w ten poranek. A ciebie odprowadzał duch mój i wołał dla wielkiego pożytku twego.

 

CUDOWNA TĘCZA

W 1991 roku dokonało się drugie odnalezienie relikwii prepodobnego Sierafima. On trudził się w Sarowie na przełomie XVIII i XIX wieku. W sąsiednim Diwiejewie w monasterze trudziły się panny, Sierafim opiekował się nimi, po ojcowsku troszcząc się o ich duchowe i materialne urządzenie. I oto teraz, po upływie wielu dziesięcioleci, do Diwiejewa wracały relikwie prepodobnego starca Sierafima. Powrotowi świętych relikwii i wyposażeniu od nowa diwiejewskiego soboru towarzyszyły Boże znaki z nieba: gra tęczy i granie słońca.

Po raz pierwszy tęcza stała się znakiem pokoju, kiedy Noe po potopie wyszedł z arki. A słońce gra na prawosławną Wielkanoc, rano. A tu, w Diwiejewie, słońce grało wieczorem, przed przybyciem relikwii, podczas całonocnego czuwania, koło 18 godziny wieczorem. Słońce nie oślepiało, można było na nie patrzeć nie mrugając, dysk słońca cały czas był w ruchu, przesuwając się to w lewo, to w prawo.

To było zadziwiające – tak słońce grało tu na Wielkanoc, na święto Włodzimierskiej ikony Bożej Matki i wszystkie te dni, kiedy odbywała się uroczystość odnalezienia relikwii.

A kiedy na soborze Świętej Trójcy ustawiano ostatni, piąty z kolei, krzyż – zagrała tęcza. Wierzący zebrali się na dole przy ścianie soboru i towarzyszyli pracującym na wysokości modlitewnym śpiewem. Z pięćdziesięciu ludzi bez jakiegokolwiek kierowania układnie śpiewało troparion do Krzyża, Symbol wiary. Nagle ktoś wykrzyknął:

- Patrzycie, tęcza!

Na niebie rzeczywiście błyszczała siedmiokolorowa tęcza, wyciągając się w stronę świątyni. Tęcza to stawała się cieńsza, to rosła, ani na chwilę nie znikając. Ludzie opadli na kolana, liczni płakali – z radości. I dopóki mocowano krzyż na kopule, a z ziemi modlitewnie śpiewali, tęcza grała na niebie. Miejscowi mieszkańcy powiedzieli, że za każdym razem, kiedy na kopule świątyni stawiano krzyż, na niebie pojawiała się tęcza. Ona ukazała się i innego dnia, kiedy kilka osób przed zachodem słońca zebrało się czytać akafist do prepodobnego Sierafima.

(Według materiałów: "Russkij Wiestnik", № 19, 1991 roku;
"Prepodobnyj Sierafim Sarowski i jego rady",
1993 r. , str. 169 - 170).

 

SETKI I TYSIĄCE CUDÓW NA POCZĄTKU 1920-CH LAT

Znane są liczne fakty, jak rwała się, truchlała albo paliła się tkanina, obsypywała się farba, którą bezbożni bolszewicy próbowali zakryć od ludzi cudotwórczą ikonę świętego Mikołaja na Nikolskiej wieży Moskiewskiego Kremla. Początek 1920-ch lat obfitował wypadkami pojawiania się i odnowienia ikon. Ikona Kazańskiej Bożej Matki ukazywała się na okiennym szkle chaty w jednej z podmoskiewskich wsi. Szczególnie masowy charakter cudowne odnowienia przybrały w granicach Piotrogrodzkiej i Pskowskiej guberni. Odnowiły się ikony Starorusskiej Bożej Matki w Spaso-Preobrażenskim monasterze (miasto Staraja Rusa), Włodzimierskiej Bożej Matgoburcze władze. Otz oficjalnych dokumentów: „Epidemia odnowienia ikon zaczęła zdumiewać jedną za drugą wsie Miedwiedskiej i Samokrażskiej gmin Nowogrodzkiego powiatu”; „W ogóle... w szeregu gmin Nowogrodzkiego i Starorusskiego powiatów odnowiło się tyle ikon, że policzyć ich dokładnie przy danych warunkach jest pracą bardzo trudną. Jednakże organa dochodzenia w tych powiatach wykryły powyżej 150 odnowionych ikon...”. Sądząc według tych dokumentów, wszystkie odnowione ikony były zabierane i niszczone; ich właściciele, świadkowie i kapłani, którzy służyli przed nimi nabożeństwa, trafiali na ławę oskarżonych.

Siergij Niłus w liście z 22 lipca 1922 roku informuje: „Czy pisałem do was o masowym odnawianiu się starych ikon, czego byliśmy sami wielokrotnie bogobojnie-zdumionymi świadkami. Cały zeszły rok przeszedł u nas na Ukrainie w tym ciągłym cudzie. Odnawiały się całe cerkwie, krzyże i pozłocone na świątyniach i dzwonnicach kopuły. W Rostowie-nad-Donem w ten sposób odnowił się sobór i wiele cerkwi. U nas we wsiach i chutorach nie było prawie domu, gdzie nie dokonałby się podobny cud... stanęli w ślepej uliczce (osłupieli) przed nim nawet najzacieklejsi prześladowcy Chrystusowej Cerkwi”.

(Zbiór "Rosja przed drugim przyjściem", str. 235)

 

ŚRODA I PIĄTEK

Niejaka pobożna kobieta surowo przestrzegała środy i piątku – nie kosztowała w te dni jedzenia i nie piła wody. Kiedy zaś przyszła starość i żyć jej – samotnej – stało się ciężko, zdecydowała sprzedać swój jedyny skarb – krowę...

Wracając do domu o zmroku, zatrzymała się ona w sąsiedniej wsi przenocować. Gospodarze dowiedzieli się od niej, skąd idzie i za ile sprzedała krowę. I przyszła im zła myśl – zamordować staruszkę, a pieniądze zabrać...

Nastała północ, oni już gotowi byli przystąpić do dzieła, gdy nagle ktoś zapukał w okno. Gospodarz otworzył okiennice: „Kto tam?!”

Widzi, stoi dwóch młodzieńców, żądają otworzyć drzwi:

- Wypuścicie matkę!

- Ale żadnej matki tu nie ma!

- Wypuścicie! - mówią oni znów i to bardzo surowo. - Babcia, wychodź, nie chcemy, żeby tobie wyrządzono krzywdę!

Gospodarze musieli wypuścić staruszkę. Młodzieńcy wzięli ją pod ręce i odprowadzili do wsi bezpośrednio do domu, powiedziawszy na pożegnanie: „Wiedz, że w tym domu ciebie chcieli zamordować i zabrać pieniądze. Pozostawaj z Bogiem”.

Staruszka upadła im do nóg: „Powiedzcie, synkowie, jak się nazywacie, będę się za was modlić”.

Jeden mówi: „Moje imię Piątek”, a drugi: „Moje imię Środa”.

Pan Bóg posłał dwóch Aniołów i oni uratowali staruszkę, ponieważ żaden dobry uczynek nie bywa zapomniany przez Boga i jeszcze w tym życiu przyniesie nagrodę.

Jeśli chcecie, żeby modlitwa wasza doleciała do Boga, to dajcie jej dwa skrzydła – jałmużnę i post.

(Z archiwum T. Kowalskiej)

 

NIEBIAŃSKA JAŁMUŻNA

W 1945 roku na naszą znękaną ziemię przyszedł pokój – zakończyła się wojna. Serca wierzących z gorącą wdzięcznością zwróciły się do bliskiej i też znękanej Cerkwi – ludzie dziękowali Panu i Matce Bożej za wybawienie od wrogów, za pozostałych przy życiu bliskich, ubolewali o poległych. Otwierano i odnawiano świątynie, monastery – i wymęczony naród pociągnął do wygasłych było źródeł ciepła i światła – tylko tam dusza ludzka mogła ogrzać się i uspokoić się.

Została otwarta i Swiato-Troickaja Sjergijewa Ławra. Zewsząd zaczynali napływać pielgrzymi - ludzie szli pokłonić się Prepodobnemu Siergijowi Radonieżskiemu, liczni dobrze rozumieli, że wyzwolenie Rosji - to też nieustanne wstawiennictwo Prepodobnego Siergija, który za życia nieustannie modlił się za męczeński nasz kraj i oto już 600 lat ochrania i strzeże go.

Ponad dwa tygodnie dobierała się Nina, tak nazywała się jedna z pielgrzymujących, do Siergijew Posadu (wtedy to był Zagorsk) z dalekiej Syberii. Przesiadki, noclegi na dworcach, niepokój – tylko by zobaczyć ją, tę Ławrę i Prepodobnego Siergija, Nina tak dużo słyszała o tym monasterze, o cudotwórcy ojcu Siergiju. Iluż ludzi znalazło pocieszenie przy świętych relikwiach Prepodobnego! Nina z wielkim trudem zebrała pieniądze na drogę, ledwie wystarczyło na bilet w jedną stronę. To, co zostało – ruble, trzy i pięciorublówki – tylko na chleb. Jak jechać z powrotem? Jakoś.

Nina wyszła z pociągu. Peronem szli ludzie z workami, walizkami. Kogo też spytać? Ona powoli poszła w dół po ulicy i nagle zobaczyła Ławrę. Ściany, kopuły, krzyże – miasto na górze. Ona patrzyła i nie mogła się napatrzyć. Nawet wyobrazić sobie nie mogła, że na świecie jest takie piękno.

Prawie cały urlop spędziła w Ławrze. Troicki sobór, święte relikwie Prepodobnego Siergija, nabożeństwa – to było jakimś nieskończonym szczęściem. Ona pierwsza przychodziła i ostatnia odchodziła z Ławry.

A powietrze tu jakie – słodkie! A jakie tu niebo, ojcze Siergiju! Nina wydała wszystkie swoje pieniądze zaraz w pierwszych dniach. Dobrze zapamiętała, jak rozmieniła ostatni rubel. Tego samego dnia, wracając wieczorem na nocleg, ona z rozpaczą myślała: „Płacić nie ma czym, poproszę aby pozwolili poprać, podłogi myć, ogród kopać, wszystko, co zechcą, tylko żeby nie wypędzili”.

Wcześnie rano, zbierając się do Ławry, Nina odruchowo wsunęła rękę do kieszeni swetra – jakieś papierki, ona szybko dostała je – pieniądze. Ruble, trzyrublówki, trochę piątek. Był wczesny poranek. Cisza. W domu wszyscy spali. Nina, oniemiawszy z przerażenia, patrzyła na pieniądze, których nie było i być nie mogło –wczoraj wydała ostatni rubel. Ale oto przecież one leżały przed nią, te same, które ona tak oszczędzała przez wszystkie te dni.

- Ot, ranny ptaszek – usłyszała za plecami. To gospodyni wstała i wyszła z pokoju, klasnąwszy drzwiami. Od ruchu powietrza pieniądze rozleciały się i Nina rzuciła się je zbierać.

To nie sen. One są prawdziwe. Ona ciągle się im przyglądała, nawet powąchała. Pieniądze jak pieniądze. Teraz odczuła strach. Nagle ją olśniło: ojcze Siergiju! Jakże to? Skąd? Panie Boże mój, to przecież Ty.

Ona zdrętwiała z przerażenia. Jak gdyby stała na samym brzegu bezdennej przepaści i w żaden sposób nie mogła tam zajrzeć – dech zaparło.

Boże, boję się, Panie, jestem bardzo niedobrym człowiekiem, jestem tego niegodna, Panie, za co mi takie szczęście... Ojcze Siergiju, to ty ubłagałeś Jego, ojcze Siergiju, jak On lubi mnie, marność, cóż mam robić, niczego nie rozumiem, przecież nie było pieniędzy, ojcze Siergiju! Boję się!

Niespodziewanie strach zniknął. Zamiast niego – szczera dziecięca radość, wdzięczność, gorące łzy.

Ona głaskała pieniądze, całowała je, w środku u niej wszystko drżało i dygotało.

Cały dzień spędziła między niebem i ziemią. Jej nawet wydawało się, że oto tak i umrzeć można albo wzbić się – ona całkowicie nie czuła swego ciała, stała się jakby nieważka i przezroczysta.

Najważniejsze – jak przecież teraz wydawać te pieniądze? To po prostu niemożliwie. Ona kupiła tylko świece.

Wieczorem, wychodząc z Ławry, Nina zobaczyła przy bramie młodziutką żebraczkę z malutkim dzieckiem. Ręka wyciągnięta. Nina przeszła obok, zatrzymała się. Co też robić? Czyż oddać tę świętość? Ojcze Siergiju!

Boże, co też to ze mną, przecież to ja, uboga, głodna, bez jakiejkolwiek nadziei – i Ty Sam dałeś mi te pieniądze. I oto teraz ja, uboga, żałuję oddać takiej samej, jak ja. Boże, cóż to ze mną? Przecież to Ty stoisz i prosisz u mnie. To przecież Ty, Panie.

I jeśli by ubogich było dużo, Nina, nie namyślając się, oddałaby wszystkie swoje cudowne pieniądze. Ona nagle zrozumiała, że jeśli nie będzie ich oddawać, jeśli pożałuje, to one znikną – Pan Bóg natychmiast odbierze u niej Swój drogocenny dar.

- Ojcze Siergiju, to ty mi podpowiedziałeś.

Pieniędzy jej wystarczyło na kilka dni – jałmużna, nocleg, świece, chleb. Wydawszy ostatnie pieniądze, Nina całą noc nie zmrużyła oka, modliła się, bardzo bała się, że Pan Bóg rozgniewał się na nią. Potem i modlić się już nie mogła – nie miała ani słów, ani czucia.

Na chwilę zdrzemnęła się. Kiedy otworzyła oczy, to, przeżegnawszy się: „Panie, Twoja wola”, na palcach podeszła do swojego swetra i, wstrzymawszy oddech, przygotowawszy się na najgorsze. I, nie wierząc własnym oczom, ona, drżąc i płacząc, upadła na kolana i płakała długo, przyciskając do piersi niewypowiedziany skarb, niebiańską jałmużnę – ruble, trzyrublówki, trochę piątek – bezcenny dar Władcy świata jej, żałosnej i nędznej służebnicy.

Zakończył się urlop i Nina, kupiwszy bilet za te same cudowne pieniądze, odjechała do domu, tak nikomu nic i nie powiedziawszy. Po jakimś czasie ona znowu przyjechała do Ławry. I wielu, raz tu trafiwszy, wraca znów ukłonić się Prepodobnomu Siergijowi, za niewyczerpane światło i ciepło jego monasteru, które ogrzewają ludzi długie lata.

Tym razem Nina nie mogła milczeć – ona przyjechała dziękować ojcu Siergijowi. I na spowiedzi opowiedziała kapłanowi o tym, co z nią się wydarzyło. Uczucie wstrzasu bezmierną łaską Bożą nie zniknęło, ono jakby wzmocniło się i zakorzeniło się w jej duszy – teraz ona całym sercem przyjmowała ewangeliczne słowa o tym, że przede wszystkim należy szukać Królestwa Bożego.

Przecież jeśli uważnie obserwować zdarzenia swojego życia, to staje się jasne – ręka Boża żywi, grzeje, ubiera nas, zawsze ratuje nas w najbardziej, wydawałoby się, beznadziejnym momencie. A my wszystko nadal objaśniamy jakimiś zbiegami okoliczności, przypadkowością, łutem swego szczęścia, szczególną przychylnością do nas otaczających. Tak bardzo pogrążyliśmy się w tym zamęcie i krzątaninie, że zapomnieliśmy o najważniejszym: jesteśmy stworzeniem Bożym, my wyzwoleni od śmierci, my – dla wiecznego życia, my i żyjemy teraz tylko po to, żeby przygotować się do niego. Powinniśmy tylko całkowicie zaufać Panu i zawsze o wszystko prosić Jego: „Panie, uczyń z nami według łaski Twojej i nie jak my chcemy, ale jak Ty”.

I nieubożejąca (niewyczerpalna) łaska Boża przepełni nasze życie jedynie możliwym na ziemi i na niebie szczęściem – szczęściem bycia zawsze z Nimi.

Ten wypadek opowiedział mi archimandryta Siergij, jeden ze starszych mieszkańców Swiato-Troickoj Siergijewoj Ławry.

(Zapisała Helena Sztańko)

 

CUDA WEDŁUG MODLITW STARCA AMWROSIJA OPTYŃSKIEGO

Starzec Amwrosij został zaliczony w Rosji do pocztu świętych w 1988 roku na soborze, który odbył się w roku tysiąclecia chrztu Rusi.

Pierwszym cudem nowego świętego było otwarcie Optyńskiego monasteru, który był miejscem wysiłków Optyńskiego mnicha.

Od świętych relikwii prepodobnego Amwrosija, według łaski Bożej, zdarzają się cuda.

 

Tak, jeden młodzieniec, który późno przybył do Optiny, był zadziwiony cudem – słup światła szedł od monasteru w głąb nocnego nieba. Przy wejściu do monasteru on dowiedział się, że za ołtarzem soboru odbywa się odkopywanie grobu starca Amwrosija

+ + +

Inny młodzieniec otrzymał uzdrowienie ręki. Lekarze nie mogli mu pomóc. Ale po tym, jak on modlitewnie zwrócił się do prepodobnego Amwrosija i dotknął do jego relikwii, chora ręka młodzieńca stała się zdrową.

+ + +

Pewien sędziwy ihumen, odwiedziwszy Optyńską pustelnię po raz pierwszy, niespodziewanie nagle zobaczył, że u niego na brzuchu zniknął duży guz od przepukliny, który krępował go piętnaście lat.

+ + +

W październiku 1989 roku do kancelarii monasteru przyszła starsza kobieta, której syn był kapłanem jednej moskiewskiej świątyni. Ona opowiedziała (i nawet zapisała) następujące:

- Według wielkiej łaski Bożej ja, grzeszna służebnica Boża Taisa, otrzymałam uzdrowienie według modlitw wielkiego starca Amwrosija.

Zdarzyła się ze mną choroba – rozjątrzył się tłuszczak na plecach i powiększył się do dużych rozmiarów. Przypomniałam sobie o oleju, który otrzymałam przy relikwiach prepodobnego Amwrosija. Pomodliłam się, prosząc: „Batiuszka Amwrosij, pomóż mi, do lekarzy nie chcę zwracać się, wznieś swoje święte modlitwy do Pana naszego Jezusa Chrystusa...”.

Pomodliwszy się, na drugi dzień poczułam ulgę, a pod wieczór następnego dnia opuchlizna zupełnie znikła. Posmarowałam się olejem trzykrotnie, z modlitwą: „W imię Ojca i Syna i Świętego Ducha”.

Dziękuję Panu za Jego wielką łaskę do mnie, grzesznej i niegodnej oraz świętemu starcowi, ojcu Amwrosijowi.

+ + +

Zanim zwrócono Optyńską pustelnię Cerkwi, w chatce, w której żył wcześniej ojciec Amwrosij, zamieszkiwali najpierw mnisi, a potem świeccy, całymi rodzinami. Część chatki zajmowała Kławdija Iwanowna. Ona przeżyła w celi ojca Amwrosija razem ze swoimi dziećmi około czterdziestu lat. Jej spotkanie ze świętym Amwrosijem wydarzyło się, kiedy leżała na łożu, cierpiąc od astmy.

Zimowym wieczorem, kiedy jej dzieci w sąsiednim pokoju oglądały telewizję, Kławdija Iwanowna w rozpaczy powiedziała na głos:

- Jak długo jeszcze mam znosić chorobę?

I nagle usłyszała jakby w odpowiedzi:

- Włóż swój krzyż!

Obróciwszy się w stronę nieznanego głosu, chora zobaczyła obok siebie starca, którego ona przyjęła za świętego Amwrosija. Widzenie wkrótce skończyło się.

Kławdija Iwanowna, która zdjęła kilka lat wstecz swój krzyżyk i położyła go do szafki nocnej, natychmiast dostała go i ze skruchą włożyła. Od tamtej pory ataki astmy ustały. Święty krzyż podniósł chorą z łoża choroby i ona z wdzięcznością wspomina swego uzdrowiciela świętego Amwrosija.

(Z książki: Prepodobnyj Amwrosij Optinskij, 1993 r. )

 

OGIEŃ, KTÓRY ZSZEDŁ Z IKONY, OPALIŁ HERETYKA.

Ta ikona znajduje się w ołtarzu Spaso-Pargołowskiej cerkwi już ponad czterdzieści lat. Przyniósł ją tu człowiek, długi czas należący do sekty baptystów i opowiedział ojcu Fiłofiejowi (Polakowowi), w tym czasie proboszczowi świątyni, zadziwiającą historię.

Ikona Pana dostała się mu w spadku od rodziców. Syn przechowywał relikwię, chociaż i nie czcił jak świętości. Ale pewnego razu, przychodzący do jego domu przyjaciele-baptyści, zauważywszy ikonę, zaczęli groźnie napominać: „Masz bożka! Spal go!”

Uląkłszy się, gospodarz zdjął ikonę ze ściany i zaczął rąbać siekierą, ponieważ ta nie mieściła się w piecu. Ale – zadziwiający cud! – Siekiera odskakiwała od ikony i zostawiała tylko draśnięcia na jej powierzchni. Wtedy nieszczęśliwy wziął piłę, ale ledwie zęby dotknęły do deski, jak stamtąd wyszedł ogień, opaliwszy nowego ikonoburcę.

Po tej strasznej nauczce właściciel ikony zdecydował odnieść ją do prawosławnej świątyni. Tak, Opatrznością Bożą, ikona znalazła się w cerkwi, poświęconej ku czci Nieuczynionej ręką ludzką ikony Zbawiciela. Ojciec Fiłofiej z czcią przyjął ją i umieścił w Nikolskim (lewym) ołtarzu.

Minęły lata... I oto w sierpniu 1991-go roku, przed odpustem, na ciemnym obliczu Zbawiciela ukazała się oleista kropla. Najpierw służący nie zwrócili na to szczególnej uwagi, zdecydowawszy, że na ikonę przypadkowo trafił olej z jakiejś lampki. Ale kropla nie tylko nie znikała, ale i wydzielała obfity aromat. Po upływie kilku dni nikt nie wątpił, że objawił się cudowny znak Boży – wydzielanie mira.

Cud trwał kilka miesięcy, do lutego 1992 r. Miro zbierano na watę i namaszczano nim. Prawdziwość wydzielania mira poświadczali proboszcz świątyni protojerej Wasyl, kapłani Aleksander i Cyryl, inni słudzy świątyni. Teraz każdego roku (16/29 sierpnia) ikona jest wynoszona aby parafianie mogli się jej pokłonić.

Czym objaśnić, że podczas duchowego zamętu Pan Bóg zechciał aby dokonał się cud? Teraz wydzielanie mira ustało... Do czasu?

Konstantin Slepinin,

psalmista Spaso-Pargołowskiej cerkwi

("Prawosławny Sankt Petersburg" № 17, listopad 1993 r. )

 

STANIE ZOI (1956 r.)

W mieście Kujbyszewie (obecnie Samara) żyła rodzina: pobożna matka i jej córka Zoja. W wieczór przed nowym rokiem (31 grudnia nowego stylu) Zoja zaprosiła siedem swoich przyjaciółek i ich chłopaków na wieczorek z tańcami. Trwał bożonarodzeniowy post i matka prosiła Zoję, żeby nie urządzała imprezy, ale córka dopięła swego. Wieczorem matka poszła do cerkwi pomodlić się. Goście zebrali się, a narzeczony Zoji o imieniu Mikołaj jeszcze nie przyszedł. Na niego nie czekali, zaczęły się tańce. Dziewczyny i młodzi chłopcy dobrali się w pary, a Zoja została sama. Z niezadowolenia, nie namyślając się, ona zdjęła ikonę swiatitiela Mikołaja, cudotwórcy i powiedziała: „Wezmę tego Mikołaja i pójdę z nim tańczyć”, nie słuchając przy tym swoich przyjaciółek, które radziły jej nie popełniać takiego bluźnierstwa. „Jeśli Bóg jest, On mnie skaże” – odpowiedziała ona.

Zaczęły się tańce, zrobili ze dwa koła, jak nagle w pokoju podniósł się niewyobrażalny szum, wicher, iskrzyło się oślepiające jak błyskawice światło.

Wesołość przemieniła się w przerażenie. Wszyscy ze strachu wybiegli z pokoju. Jedna Zoja została stać z ikoną Swiatitiela, przycisnąwszy ją do piersi, skamieniała, zimna, jak marmur. Żadne wysiłki przybyłych lekarzy nie mogły doprowadzić jej do siebie. Igły przy zastrzyku łamały się i gięły się o marmur. Chcieli wziąć ją do szpitala na obserwację, ale nie byli w stanie ruszyć jej z miejsca, nogi jej były jakby przykute do podłogi. Ale serce biło się – Zoja żyła. Od tego czasu ona nie mogła ani pić, ani jeść.

Kiedy wróciła matka i zobaczyła co zaszło, straciła przytomność i została odwieziona do szpitala, skąd wróciła po paru dniach: Jej wiara w miłosierdzie Boże, gorące modlitwy o ułaskawienie swojej córki przywróciły jej siły. Doszła do siebie i ze łzami modliła się o przebaczanie i pomoc.

Pierwsze dni dom był otoczony przez mnóstwo ludzi: przychodzących i przyjeżdżających z daleka wierzących, ciekawych, medyków, osoby duchowne. Ale szybko zarządzeniem władz pomieszczenie było zamknięte dla odwiedzających. W nim dyżurowało na zmianę po 8 godzin dwóch milicjantów. Niektórzy z dyżurnych, jeszcze zupełnie młodzi (28-o – 32-u letni), posiwieli z przerażenia, kiedy o północy Zoja strasznie krzyczała. Nocami obok niej modliła się matka.

„Mamo! Módl się! – krzyczała ona. Módl się! w grzechach giniemy! Módl się!”

O całym zdarzeniu poinformowali patriarchę i prosili go pomodlić się o ułaskawienie Zoji. Patriarcha odpowiedziała: „Kto skazał, Ten i ułaskawi”. Z odwiedzających do Zoji były dopuszczone potem następujące osoby:

1. Przyjeżdżający z Moskwy znany profesor medycyny. On potwierdził, że tętno serca u Zoji nie ustawało, pomimo całej pozornej skamieniałości.

2. Na prośbę matki byli zaproszeni kapłani, żeby zabrać z rąk Zoji ikonę swiatitiela Mikołaja. Ale i oni nie mogli wziąć ikony ze skamieniałych rąk Zoji.

3. W święta Bożego Narodzenia przyjechał ijeromonach Sierafim (prawdopodobnie, z Glińskiej pustelni), on odsłużył moleben z poświęceniem wody i poświęcił cały pokój. Później mógł wziąć ikonę z rąk Zoji i, oddawszy jej należytą cześć, zwrócił na dawne miejsce. On powiedział: „Teraz trzeba czekać na znak w Wielki dzień (czyli, na Wielkanoc)! Jeśli zaś on nie nastąpi, niedaleki jest koniec świata”.

4. Odwiedził Zoję również metropolita moskiewski Mikołaj, który także odsłużył moleben i powiedział, że „na nowy znak trzeba czekać w Wielki dzień (czyli, na Wielkanoc)”, Powtórzywszy słowa świątobliwego ijeromonacha.

5. Przed świętem Zwiastowania (w tym roku ono było w sobotę 3-go tygodnia wielkiego postu) przychodził zacny starzec i prosił dopuścić go do Zoji. Ale dyżurni milicjanci odmówili mu.

On przychodził również na drugi dzień, ale i znowu, od innych dyżurujących, otrzymał odmowę.

Po raz trzeci, w sam dzień Zwiastowania dyżurni przepuścili go. Strażnicy słyszeli, jak on przy wejściu powiedział czule do Zoji: „No, co, zmęczyłaś się stać?”

Minął czas i kiedy dyżurujący wartownicy chcieli wypuścić starca, jego tam nie było. (Wszyscy byli przekonani, że to był sam swiatitiel Mikołaj).

Tak Zoja przestała 4 miesiące (128 dni), do samej Wielkanocy, która w tym roku była 23 kwietnia (6 maja według nowego stylu).

W noc przed Świetlanym Zmartwychwstaniem Chrystusa Zoja zaczęła wyjątkowo głośno wzywać: „Módlcie się!”

Pełniący nocną straż bardzo się wystraszyli i zaczęli ją pytać: „Co tak krzyczysz okropnie?”. I nastąpiła odpowiedź: „Strasznie, ziemia się pali! Módlcie się! Cały świat w grzechach ginie, módlcie się!”.

Od tego czasu ona nagle ożyła, w mięśniach pojawiła się miękkość, żywotność. Położono ją do łóżka, ale ona nadal wzywała i prosiła wszystkich modlić się za świat, ginący w grzechach, za ziemię, płonącą w bezprawiach.

- Jak żyłaś? – pytano ją. – Kto ciebie karmił?

- Gołębie, gołębie mnie karmiły – była odpowiedź, w której jasno obwieszcza się ułaskawienie i przebaczanie od twórczej prawicy Bożej. Pan Bóg przebaczył jej grzechy, poprzez orędownictwo świętego Bożego, miłosiernego Mikołaja cudotwórcy i z powodu jej wielkich cierpień i stania w ciągu 128 dni.

Wszystko co się wydarzyło na tyle poraziło żyjących w mieście Kujbyszewie i jego okolicach, że mnóstwo ludzi, widząc cuda, słysząc krzyki i prośby modlić się za ludzi, ginących w grzechach, nawróciło się do wiary. Ze skruchą spieszyli do cerkwi pokajać się. Nieochrzczeni ochrzcili się. Nie noszący krzyża zaczęli go nosić. Nawrócenie było tak wielkie, że w cerkwiach nie wystarczało krzyży dla proszących.

Ze strachem i łzami modlił się naród o przebaczaniu grzechów, powtarzając słowa Zoji: „Strasznie. Ziemia pali się, w grzechach giniemy. Módlcie się. Ludzie w bezprawiach giną”.

Na trzeci dzień Wielkanocy Zoja odeszła do Pana, przeszedłszy ciężką drogę – 128 dni stania przed obliczem Bożym dla odkupienia swojego grzechu. Duch Święty zachowywał życie duszy, wskrzesiwszy ją od śmiertelnych grzechów, żeby w przyszły wieczny dzień Zmartwychwstania wszystkich żywych i martwych mogła zmartwychwstać w ciele dla wiecznego życia. Bo i samo imię Zoja oznacza życie. Amiń.

 

POSŁOWIE

W radzieckiej prasie też była wiadomość o Zoji: Odpowiadając na listy do redakcji, niejaki rzekomy naukowiec potwierdził, że, rzeczywiście, zdarzenie z Zoją nie jest wymysłem, ale przy tym oświadczył, że niby, to rodzaj tężca, jeszcze nie znany nauce. Ale to kłamstwo zbyt oczywiste, bo, po pierwsze, przy tężcu nie bywa takiej skamieniałej twardości skóry i dlatego lekarze zawsze mogą zrobić choremu zastrzyk; po drugie, przy tężcu chorego można przenosić z miejsca na miejsce i on leży, a przecież Zoja stała i stała tyle, ile nie może mieć sił przestać nawet zdrowy człowiek i przy tym jej nie mogli ruszyć z miejsca; i, po trzecie, tężec sam po sobie nie nawraca człowieka do Boga i nie daje objawień z góry, a przy Zoji nie tylko tysiące ludzi nawróciło się do wiary w Boga, ale i wiarę swoją potwierdzili czynami: to jest, ochrzcili się i stali się bardziej moralni: nie tylko uznali, że jest Bóg, ale i zostali chrześcijanami. Jasne, że nie tężec był tego przyczyną, a działanie Samego Boga: On cudami utwierdza wiarę, aby uwolnić ludzi od grzechów i od kary za grzechy.