Warto przeczytać przeczytaj Podręcznik życia

Podręcznik życia

Na podstawie http://arhiv-knig.ucoz.ru/_ld/7/785_uchebnik_zhizni.htm Tłumaczenie E. Marczuk


Kapłan Artiemij Władimirow

PODRĘCZNIK ŻYCIA

Książka do czytania w rodzinie i w szkole
Z błogosławieństwa Jego Świątobliwości Patriarchy Moskwy i Wszechrusi Aleksija II

SPIS TREŚCI:

Przedmowa

  1. Boże, pobłogosław
  2. Życie w łonie matki i narodziny na świat Boży
  3. Mama
  4. Świat Boży
  5. Chrzciny i imieniny
  6. Święta Ewangelia, Cerkiew Boża, Matka Cerkiew
  7. Duchowy ojciec
  8. Leczenie duszy: spowiedź i święte priczastije
  9. Ojczyzna (Rodina)
  10. Nasz język i nasze słowo (mowa)
  11. Ojcowie i dzieci
  12. Po co ja żyję?
  13. Modlitwa
  14. Nauka i trudy ziemskie
  15. Życiowe powołanie
  16. Odpoczynek i godziny wolnego czasu
  17. Przyjaźń, miłość, małżeństwo
  18. Wychowanie dzieci
  19. Monastycyzm
  20. Choroby i zmartwienia
  21. Śpieszcie się czynić dobro!
  22. Śmierć
  23. Dusza po śmierci
  24. Straszny Sąd Chrystusowy
  25. Życie wieczne
  26. Panie, chwała Tobie!

 

PRZEDMOWA

Przed wami nie jest zwykły podręcznik, do jakiego przyzwyczaili się wszyscy uczący i uczący się. To podręcznik życia i autor jego jest kapłan-pedagog. Napisana przez niego książka, nie jest przywiązana do jakiegoś wieku i nie do jakiegokolwiek określonego systemu oświaty. Jest ona podręcznikiem życia dla wszystkich, książką do czytania w szkole i w domu.

Nie tylko uczeń, ale i nauczyciel stoi dziś przed nieprostym, prawdziwie ludzkim zadaniem – uczyć się samemu, zwracać się do książek, zgromadzonego duchowego doświadczenia, dokonując codziennego trudu duchowego wzrastania.

Przekonana jestem, że „Podręcznik życia” stanie się obowiązkową lekturą dla wszystkich uczących i uczących się w prawosławnych szkołach i dla ich rodziców. Ale takich szkół i takich rodzin – kropla w buszującym namiętnościami morzu, naszego kraju, w którym bez steru i żagli płyną statki państwowych szkół… A przecież w nich pracują mądrzy, odpowiedzialni i duchowo cierpiący pedagodzy, którym bardzo jest potrzebna pomoc kapłana-oświeciciela.

Otrzymawszy do rąk „Podręcznik życia” kapłana Artiemija Władimirowa, posiądą oni wsparcie dla duchowo-moralnego wychowania dzieci i pomocy ich rodzicom i, przede wszystkim, program samokształcenia. Książka pozwoli nauczycielowi fachowo i pewnie prowadzić stałe „prelekcje dla rodziców” na tematy wszystkich trudnych problemów wychowawczych.

Oddzielne rozdziały „Podręcznika życia” można wykorzystać w różnych klubowych formach pracy: wieczorach pytań i odpowiedzi, dyskusjach, rozmowach przy filiżance herbaty i temu podobnych.

„Podręcznik życia” dostarcza materiału i do lekcji o literaturze, mowie ojczystej, historii, ekologii… On pomoże też w zrozumieniu prac na wolne tematy. A jednocześnie, jeśli nauczyciel jest dostatecznie przygotowany, czyta duchową literaturę, może studiować (przerabiać) z dziećmi „Podręcznik życia” stopniowo, rozdziałami, równolegle zwracając się do Biblii, żywotów świętych. Na bazie Podręcznika można stworzyć spójny program duchowo-moralnego wychowania Obywatela Ojczyzny. Książka daje do tego wszelkie możliwości. Nauczyciel powinien tylko przyłożyć własne duchowe wysiłki, wykazać pedagogiczną twórczość.

Wierzymy i mamy nadzieję, że nauczyciele szybko i w dostatecznej ilości otrzymają ten wspaniały Podręcznik i będą mogli doświadczyć tej jasnej radości, której doświadczyłam ja, czytając go w rękopisie.

Zastępca dyrektora UWK (Kompleksu Naukowo – Wychowawczego)
Doktor nauk pedagogicznych
Iwanowa S. F.

 

I. BOŻE, POBŁOGOSŁAW

Jak bardzo by się chciało napisać książkę ciekawą i pouczającą dla wszystkich czytelników, a zwłaszcza dla dorastającego pokolenia! Niech w tej książce linijki mają ciasno, a myśli przestrzennie! Ale kto da mi zdolność odcisnąć na otwartych przed wami kartkach słowa prawdziwe, czyste, wzniosłe i dobre? U kogo wziąć taką siłę prawdy i miłości, żeby od czytania książki oświecał się umysł i uspokajało się serce? Przecież, chyba, każdy, kto bierze się za pióro, powinien stawiać przed sobą cel – pomóc i dorosłym, i dzieciom, i nauczycielom i uczniom znaleźć prawdziwy sens życia, tak żeby samo życie stało się pięknym?..

A więc, u kogo poproszę o niezbędną do wypełnienia tak ważnego i szlachetnego zadania siłę, mądrość, miłość i o jasne prawdziwe słowo? Czy zwrócę się do dalekich przodków, bohaterów ojczystej ziemi, sława o czynach i bohaterstwie których przekazywana jest z pokolenia na pokolenie i zawsze żyje w pamięci potomków? Ale narodowi bohaterzy mogą służyć mi jedynie zewnętrznym przykładem do naśladowania, nie dana jest im władza wzmocnić moje słabe serce i uczynić je silnym.

Czy będę szukać pomocy u bohaterów bajek i przepięknych pradawnych legend? Ale przeważnie oni sami byli marzeniami podobnych do mnie maleńkich i nieznaczących ludzi, tęskniących do wielkich spraw.

A może warto poszukać wśród mających się dobrze współczesnych? Czyż nikogo nie znajdę? Boję się, żeby nas z wami i tu nie spotkało rozczarowanie. Niektórzy mówią i piszą ładnie, a żyją brzydko (czy ja nie jestem jednym z takich?). Tymczasem słowa nie powinny rozmijać się z uczynkami u biorących na siebie śmiałość uczyć.

Może zapożyczyć ducha u znanych siłaczy i supermanów, na których z drżeniem spoglądają podrostki XXI wieku? Jak dumne, władcze i złe są ich twarze! Od tych gigantów nie oczekuj dobra. Jak mogą nauczyć tworzyć ci, którzy umieją jedynie strzelać i burzyć?

Mimo wszystko dobrych ludzi jest wokół więcej, niż złych… Niestety, w naszych czasach mało kto gotów jest podzielić się mądrym słowem, niektórzy, żyjąc sprawiedliwie, milcząc czynią dobro, nie ryzykują wznosić się na wysokość nauczyciela życia.

Czyż porzucić poszukiwania, a razem z nimi niezaczętą pracę? Ale jak przykro będzie pozostać czytelnikowi przed białą kartką papieru! Czy warto było mu otwierać książkę o tak wiele obiecującym tytule?

Oczywiście, warto, bo jest wyjście! Pójdę do Tego, Kto powiedział w Ewangelii: „Proście, i będzie wam dane; szukajcie, i znajdziecie; stukajcie, i otworzą wam”. Z bojaźnią i czcią położę zamyśloną ale jeszcze nienapisaną książkę do stóp Pana i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, zasiadającego na tronie, jak i przystoi Wszechmocnemu Carowi nieba i ziemi. Jak bardzo niewypowiedzianie piękny, majestatyczny jest Bóg w ciele! On, Wszechwidzący i Wszechobecny, jest samą Prawdą i Miłością. On Bóg, stał się człowiekiem, żeby od tej pory każdy wierzący w Niego nie zginął, ale by miał życie wieczne. Podejdę do Bożego tronu, pokłonię się Wszechmiłosiernemu Panu, poproszę o błogosławieństwo na napisanie książki – przecież bez Jego pomocy my nie możemy uczynić nic naprawdę dobrego! Niech ze mną razem pomodlą się i czytelnicy: „Panie Jezusie Chrystusie, Zbawicielu nasz! Ześlij prawicę Twoją z wysokości niebiańskiego tronu Twego i pobłogosław mały trud ten. Daruj mi, słabemu i grzesznemu, czystość serca i jasność słowa, aby każdy czytający znalazł korzyść i pouczenie. Nie osądź mnie, Panie, niegodnego rozmawiać z Tobą, ale pobłogosław, bowiem Ty wszystkie dobre zamiary spełniasz i zaczęte doprowadzasz (wznosisz) do doskonałości dla sławy imienia Twego. Amiń”.

Będę wierzyć, że teraz wszystko zamyślone wyjdzie. Oczywiście, książkę pisać muszę sam; jak mówią ruscy ludzie: „nazwawszy się grzybem, właź do koszyka”. Ale mimo wszystko wielka sprawa – Boże błogosławieństwo! Jak wesoło biegnie po wodnej gładzi brygantyna, statek z żaglami, wydymanymi przez morski ciepły wiatr, tak radośnie będzie i dla mnie pisać rozdział po rozdziale, wiedząc, że trud Bogu miły, uważnym czytelnikom przyniesie on pożytek dla duszy.

 

II. ŻYCIE W ŁONIE MATKI I NARODZINY NA ŚWIAT BOŻY

Dla większości naszych czytelników, jak zresztą, i dla mnie samego, ten okres życia na zawsze pozostanie tajemnicą, ukrytą za siedmioma pieczęciami.

Pomyśleć tylko, kiedyś byłem w matczynym łonie, brzuchu, czy, jak mówiono wcześniej, „byłem u matki pod sercem!” Niestety, nie znamy dokładnie dnia naszego poczęcia przez ojca i matkę, a przecież ten dzień i jest w prawdziwym sensie słowa dniem naszych narodzin. Wtedy Sam Stwórca włożył do łona mojej mamy, gdzie już formowało się ciałko przyszłego noworodka, duszę – to cud nad cudami! Tylko Bóg, Ojciec nasz Niebieski, ma moc w godzinie i chwili poczęcia ciała stworzyć z niebytu człowieczą duszę, nieśmiertelną, wolną i rozumną!

Całe dziewięć miesięcy rośnie dziecko w matczynym łonie. I jak przez ten czas mama zdąża przyzwyczaić się, pokochać dziecko! Dziewięć miesięcy ciąży – wyjątkowy czas. Ważną staje się każda drobnostka, odpowiedzialnym każdy krok. Wszystko: i atmosfera w domu, i odżywianie, i duchowe stosunki z bliskimi ludźmi – jest ważne dla przyszłej matki. Jak, musiało być, ostrożnie i czule mama nosiła w brzuchu swoje dziecko! Jak wsłuchiwała się wewnętrznym słuchem w samopoczucie dzieciaczka! Zapytajcie, przyjaciele, swoją mamę, czy pamięta ona ten czas, kiedy wy pierwszy raz poruszyliście się w łonie i na cały świat (tak wtedy wydawało się mamie) ogłosiliście o swojej obecności?

Są i inne rzeczy niezwykle ważne, o których obowiązkowo muszę wam opowiedzieć. Dotyczą one życia waszych przyszłych dzieci. Kobieta w pociągającym stanie (tak czasem świecko nazywany jest stan ciąży) w żadnym wypadku nie powinna denerwować się, irytować, tym bardziej krzyczeć na kogokolwiek – u niej przecież dzieciaczek w brzuchu! Co, jeśli mogę powiedzieć, musi ono czuć, kiedy mama nie powstrzymuje się, poddaje się złym nastrojom, złości? Jakie lekcje ono otrzymuje przed wyjściem do „większego dorosłego życia”?

Ale dawajcie znów wrócimy do przeszłości, naszej własnej przeszłości. Myślę, moja mamusia zaczęła się zachowywać całkiem wyjątkowo w czasie noszenia dziecka. Nie można już szybko chodzić, gwałtownie poruszać się, podnosić ciężarów – słowem, robić tego wszystkiego, co związane jest z niebezpieczeństwem dla życia maleństwa.

Wydaje się mi, że bardzo ważnym jest mamie aby być ciągle radosną i wdzięczną Bogu za to, że On darował jej z tatą dziecko. Przed nimi dużo niepokoju i wypróbowań: jak dziecko będzie się rozwijać, czy pomyślnie odbędzie się poród? Oto dlaczego koniecznie trzeba poświęcić dziecko Panu, jak to się mówi, „od łona matki”. „Wszechmiłosierny Panie Jezusie Chrystusie, Tobie poświęcam moje dziecko. Ty stworzyłeś je w moim łonie, daruj mi też pomyślne rozwiązanie ciąży, niech wysławi nowonarodzone dziecko Najświętsze imię Twoje modlitwami Przeczystej Matki Twojej Przebłogosławionej Marii. Amiń”. Być może, ktoś z was, drodzy czytelnicy, zapamięta tę modlitwę i użyje jej w odpowiednim czasie…

Ach, jak dużo chciałbym opowiedzieć na tych stronach! Pamiętam, jak jako kapłan spotykałem się z pierwszoklasistami w obecności ich rodziców. „Powiedzcie, przyjaciele – było moje pierwsze pytanie – jak czuliście się, siedząc w brzuchu u mamy?” mamy z nieukrywaną ciekawością zaczęły patrzeć na swoich pierwszaków. Podniosła się jedna ręka, druga. Maluchy, niepewnie spoglądając na siebie, zechciały wypowiedzieć się. „Jak się nazywasz?” – „Losza”. – „No, co ty nam powiesz?” – dodałem otuchy śmiałkowi. „Było mi bardzo dobrze”. Pomyślawszy trochę, dodał: „I ciepło”. A potem poprowadziliśmy rozmowę o pojawieniu się dziecka na świat Boży.

Czy wszyscy nasi czytelnicy wiedzą, jak było mamie rodzić dziecko swojej miłości? Czy z łatwością ona to robiła, z radosnym uśmiechem na ustach? A i w ogóle, ile czasu trwa normalny poród? Widzicie, ile pytań pojawiło się od razu w naszej świadomości! Myślę, że bardzo dobrze jest w wolnym czasie wypytać o to mamusię, jeśli ona sama nie zdążyła nam o tym opowiedzieć.

Gdybyśmy dobrze wiedzieli, ile kosztowało mamę urodzenie nas (dla niektórych to najradośniejszy dzień w roku) – prawdopodobnie, bardziej ją byśmy kochali. I, być może, zrozumieli, dlaczego ona nas tak kocha, jak żaden inny człowiek na świecie. To, co osiągane jest trudem i potem, własną krwią i łzami – ceni się naprawdę.

O, jeśliby każdy z niepełnoletnich czytelników tej książki dorósł do tej miłości do matki, którą ona w ciągu swego życia bezinteresownie i ofiarnie wylewa na swoje dziecko! Zresztą porozmawiamy o tym w oddzielnym rozdziale, poświęconym mamie. A teraz pozwólcie mi na krótki czas zamienić się z pisarza w malarza. Czasami w myślach biorę farby i maluję obraz nazywany przeze mnie „Pomyślny poród”. Wyobraźcie sobie wielkie wysokie łoże na porodowym oddziale szpitala, gdzie umieszczona została mama podczas porodu. Oto już minęły wszystkie męki, związane z rodzeniem dziecka: i tak zwane bóle, i sam poród, często długotrwałe, trwające po dziesięć i więcej godzin. Mama wyczerpana leży, przykryta białym prześcieradłem. Na czole jeszcze nadal widoczne ślady potu – znak wielkich trudów i bólów. Włosy rozpuszczone, pozbawione siły ręce leżą bezwładnie wzdłuż ciała. Mama odpoczywa. Ale na twarzy jej już nie widać niepokoju, ani cierpienia. Na niej największe ukojenie i spokój. W oczach – radosna świadomość wypełnionego obowiązku. (I powiedział Bóg Ewie: „W bólu będziesz rodzić dzieci”. „Kobieta, kiedy rodzi, cierpi boleść, ponieważ przyszła jej godzina; ale kiedy urodzi niemowlę, już z radości nie pamięta boleści, ponieważ narodził się człowiek na świat”.) A naprzeciwko, na niewielkim stoliku, jakieś maluśkie stworzenie, zawinięte w pieluszki od głowy do nóg, tak że widać tylko oczy, ogromne błękitne oczy, patrzące na mamę, która tak blisko i tak daleko. Co zawarte jest w tym niemowlęcym spojrzeniu? Wie o tym tylko jeden Bóg, niewidzialnie obecny tu i łączący matkę i dziecko więzami Swojej wiecznej Boskiej miłości – tajemnica, nie dająca się wypowiedzieć żadnym słowem, odczuwając którą, serce i płacze i raduje się jednocześnie.

Czy pamiętasz siebie w tej godzinie, młody mój, taki dorosły już czytelniku? Co chciałeś powiedzieć wtedy, o czym opowiedzieć swoim żałosnym płaczem? Kiedy zaś oddali ciebie w ręce mamie i ona przytuliła ciebie do swojej piersi, to łzy wyschły, niewinne, i dlatego przejrzyste, łzy pierwszego dnia. I otworzył się tobie Boży świat w niepojętym połączeniu światła i dźwięków, świat, w który wprowadził ciebie Pan według wielkiej swojej łaski. Łaska ta objawiona była nam wszystkim w naszej mamie i jej niewyczerpanej miłości, dzięki której przyjęliśmy siły niezbędne do życia.

Dzień urodzin… Jego nadejścia oczekujemy z niecierpliwością każdego roku. Jak nie lubić tego dnia, obiecującego nam tyle radości? Po pierwsze, stajemy się starsi równo o jeden rok, a komu, oprócz dorosłych, nie chce się szybciej wydorośleć? Po drugie, stajemy się wyżsi o jeden, dwa, a nawet i trzy centymetry. Niektóre dzieci mają zwyczaj w dniu urodzin mierzyć swój wzrost i czynić odpowiednie znaki na ścianie. (Jak bardzo dzieci podobne są… do młodego bambusa. Ostatni, jak wiadomo, rośnie nie z dnia na dzień, a z godziny na godzinę.) Po trzecie, nam, jako bohaterom dnia, będą dawać prezenty, a to mówi już samo za siebie. Po czwarte, wieczorem oczekiwani są goście – rodzina i przyjaciele, w związku z czym od wczesnego ranka w domu króluje świąteczna krzątanina: przygotowanie do uczty idzie pełną parą. Nie zapomnijmy tylko, że najwięcej wspomnień ten dzień przynosi rodzicom, a zwłaszcza mamie, która w żaden sposób nie może pogodzić się z myślą, że dziecko wyrosło i wkrótce pójdzie na samodzielne życie. Często przypomni się jej ten pierwszy niezapomniany dzień urodzin, kiedy długo oczekiwane dziecko uśmiechnęło się bezzębnym, ale najpiękniejszym na świecie uśmiechem. Kiedy zaś ty, czytelniku, naprawdę wydoroślejesz, wtedy ty, być może, zrozumiesz, dlaczego w dniu urodzin koniecznie trzeba przede wszystkim wznieść oczy ku niebu. I daj Boże, żeby u każdego z nas znalazły się tego dnia słowa wdzięczności, wychodzące z głębi szczerze wierzącego, i pełnego szacunku i czci serca: „Panie, dziękuję Tobie, że Ty zechciałeś powołać mnie z niebytu do bytu! Dziękuję Tobie, że Ty włożyłeś we mnie Twój obraz – duszę nieśmiertelną, wolną i rozumną! Panie, naucz mnie służyć Tobie całym sercem, abym wysławił na ziemi imię Twoje święte! Amiń”.

 

III. MAMA

Właśnie to słowo jako pierwsze wypowiadają dziecięce usta. I nic dziwnego. Przecież matka tworzy z dzieckiem jeden organizm – nie z rąk, a z piersi matczynej odżywiamy się pierwsze miesiące naszego życia, będąc w pełnej zależności od tej, która nas urodziła. Jakimi by dorosłymi, silnymi, mądrymi, pięknymi byśmy się nie stali, jakby daleko od rodzinnego domu nie zaprowadziło nas życie, mama zawsze zostanie dla nas mamą, a my – jej dziećmi, słabości i niedostatków, których nikt nie zna lepiej, niż ona. I nikt, oczywiście, nie zdoła pożałować, a jednocześnie i skarcić nas tak, jak czyni to mama. Czyniąc wymówki, ona pragnie nie uczynić nam przykrości, ale naprawić. Oto dlaczego nawet mamine klapsy wspominamy z wdzięcznością, bowiem i gniewa się ona na nas zawsze z miłością. Czymże możemy odpłacić, odwzajemnić się mamie za jej miłość, przeniesioną jak płonąca świeca przez wszystkie lata jej życia? Ta miłość strzegła i chroniła nas, kiedy byliśmy bezbronni i bezradni; ta miłość podnosiła nas, kiedy padaliśmy, zwodzeni złymi pomysłami; ta miłość dawała nam nadzieje i wzmacniała nas, kiedy życie wprowadzało w ślepy zaułek i, wydawało się, nie było już wyjścia ze skomplikowanych okoliczności. Czym odwdzięczymy się matce za bezsenne noce, spędzone przy naszym łóżeczku, w walce z dolegliwościami i chorobami, które tak często zdarzają się w życiu dzieci? Kto z nas godnie może ocenić codzienny, żmudny, trwający z roku na rok, a jednocześnie tak niedostrzegalny trud matki w domu, w gospodarstwie? I wszystko dla naszego pożytku i naszego dobra – aby tylko dzieci były syte, czyste i zadbane, aby tylko ich dzieciństwo pozostało najszczęśliwszym okresem życia. A przecież wiele matek przy tym musiało pracować w ciągu niemal całego tygodnia – znaczy, i wstawały o wiele wcześniej od nas, i kładły się później, i przy tym wszystko zdążały – i śniadanie przygotować, i poprać, i przygotować nam czyste ubranie, żeby nikt nie nazwał syna czy córki niechlują i brudasem. Czymże, powtarzam, odpłacimy tej bezgranicznie bliskiej i drogiej istocie, którą mógł nam darować tylko Bóg i którą my nazywamy mamą? Jak bardzo bym chciał, przyjaciele, żeby odpowiedź na to pytanie była wypisana złotymi literami w naszym sercu! Jakbym pragnął, żeby te litery zawsze jasno świeciły w naszej świadomości, niezależnie od tego, ile będziecie iść po drodze ziemskiego życia! Odpłacić mamie nie możemy godnie niczym, tylko wdzięcznością – nigdy nie ubożejącą, ale narastającą. Wdzięcznością, objawioną i w słowach, i w uczynkach, i w modlitwach. Właśnie to o tym mówi Pan w Swoim Biblijnym przykazaniu: „Czcij ojca i matkę twoją, aby dobrze ci było i abyś długo żył na ziemi”. Mnie się wydaje, że pojęcia „matka”, „macierzyństwo” – są święte. I niech mama sama uważa się za niedoskonałą, nawet grzeszną, w oczach dzieci ona powinna pozostawać zawsze najwspanialszą i, być może, nawet świętą. W każdym bądź razie, niedopuszczalne jest czynienie mamie wyrzutów i wymówek, które właściwe są jedynie w ustach dorosłych w stosunku do dorastającego pokolenia. Nie ukrywam, niektórzy dorastający chłopcy i dziewczęta według duchowej ślepoty i pychy nawet zarzucają rodzicom w sprawie swoich własnych niedostatków (wad), przypisując to błędom w wychowaniu. Nie ma większej niewdzięczności, niż ta, zasługująca tylko na miano czarnej! Niestety, nasze dzieci obecnie tak są pochłonięte wszelkimi możliwymi grami, i to jeszcze w dodatku komputerowymi, że im coraz mniej i mniej czasu zostaje dla mamy.

Czy wielu z naszych czytelników może powiedzieć, jakie oczy ma mama? Nie, nie mam na myśli koloru – piwne czy błękitne, to dzięki Bogu, pamiętamy. Mamine oczy… W nich – całe nasze życie, w nich – my sami w teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. Czasem w maminych oczach wyczytasz pokój i spokój. Podobne są one do jeziora, nie poruszanego ani jednym podmuchem wiaterku. Kiedy patrzysz w te oczy, odchodzi niepokój i trwoga, serce uwalnia się od strachów i obaw, i wierzysz: wszystko będzie dobrze, dlatego że obok – mama. A czasem te oczy ciemnieją, jak ciemnieje powietrze przed burzą, i oczy stają się innymi oczyma, oczyma groźnymi (burzliwymi), przez nie schodzi prawda, i czujesz się maleńkim i grzesznym, i wstyd ci z powodu swego pogardliwego, paskudnego postępku. W takich chwilach chce się odwrócić wzrok od maminej twarzy, dlatego że czasem razem z mamą patrzy na nas Sam Bóg, a przecież przed Bogiem nie ukryje się ani jedno potajemne słowo, ani jedna myśl, ukrywająca się w głębinach naszego serca.

A co my wiemy o maminych rękach – wielce troskliwych, nie znających ani zmęczenia, ani spokoju, to pitraszących, to cerujących, to piorących? My wierzymy i wiemy, że ręce mamy są cudotwórcze. Oto dlaczego ledwie tylko coś nam zaboli, czy zadrapiemy rękę, wbijemy drzazgę, stłuczemy – od razu biegniemy do niej, wszystkim w domu ogłaszając o celu naszego gorączkowego i nagłego przyjścia głośnym krzykiem: „Mamo, ma-a-mo!” I – o cud! Ledwie tylko mama przytuli do siebie, pogłaska tam, gdzie boli, przygarnie – i ból już o połowę mniejszy, albo i całkiem przeszedł.

Ach, jaka szkoda, że dzieci w naszych czasach prawie całkiem oduczyły się zwracać do mamy z przeróżnymi czułymi słówkami. Nie obejmą, nie pocałują, nie powiedzą z miłością: „Mamuśko moja dobra, droga…” A podejdą i tylko krakną krótko: „Mamo, jest jeść?” – pozostawiając jej rozszyfrowanie tego swoistego pytania. Wiedzcie, przyjaciele, po to Bóg tak ozdobił ten świat, żebyśmy czerpali z obserwacji jego piękna ciepłe, serdeczne zwroty do mamy. Dlaczego by nie nazwać jej „słoneczkiem” albo „niebkiem”? tylko spróbujcie – słowa same przyjdą i ułożą się w sersu. Jeśli chcecie, zdradzę wam jedną tajemnicę… Mama bardzo lubi kwiaty. I nawet jeśli nie możecie kupić mamie wspaniałych róż, przynieście jej w letni dzień skromny polny bukiet z koniczynek i rumianków. I mama w odpowiedzi na wasz prezent tak się uśmiechnie, że ten promienny uśmiech na zawsze pozostanie w waszej pamięci, i żadnym późniejszym biedom i nieszczęściom (bez nich nie da się obejść) nigdy nie uda się go wytrzeć. Być może, w godzinę smutku i żalu, kiedy nie będzie przy was nikogo, kto by podtrzymał i dodał wam otuchy, nazywający siebie waszymi przyjaciółmi odwrócą się od was tak, że zostaniecie całkiem sami w tym obojętnym świecie – w tę godzinę Pan wskrzesi w waszej pamięci wdzięczny i doceniający uśmiech mamy – i ciężkie brzemię nagle stoczy się z waszych ramion, i sercu stanie się tak lekko…

Czym słabsza z upływem lat będzie stawać się mama, tym więcej uwagi i troski powinniśmy przejawiać w stosunku do niej. Po to ona miłowała i hodowała nas, żeby któregoś dnia jej niemoc uzupełniona została naszą siłą, jej choroba – naszym zdrowiem, jej niedostatek – naszą obfitością. Aktywna miłość do matki nikogo nigdy nie poniżyła, nawet największych ludzi, przeciwnie, uczyniła ich jeszcze bardziej szlachetnymi i godnymi szacunku. Zlekceważyć rodziców, zostawić ich bez opieki – to to samo, co przekreślić wszystko dobre, kiedykolwiek przez nas uczynione, i wyrzec się Boga, a od tego nie ma nic gorszego. „Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie mama, zawsze niech będę ja” – tę piosenkę zna każdy. I słowa piosenki nie oszukują nas: mama będzie zawsze, ale nie zawsze będzie ona obok. Oto dlaczego koniecznie trzeba teraz, od dnia dzisiejszego uczyć się kochać mamę tak, żeby ta miłość nasyciła ją i nasze serce i związała nas takimi ciasnymi więzami, które okażą się mocniejszymi od samej śmierci.

Nie należy myśleć, że miłość wymaga dokonania koniecznie wielkich rzeczy. Nie, „ze strumyka zaczyna się rzeka”. I ogromna budowla składa się z małych cegieł. Każdemu z nas przystoi zostać budowniczym miłości, oczekującej od nas wysiłku, i wysiłku nieustannego. Fundament synowskiej miłości – stałe pamiętanie o rodzicach. Nosząc w sercu imię matki, nie będziemy mogli nie modlić się za nią. Modlitwa o tej, która nas zrodziła, stała, głęboka, serdeczna, szczera – to jeszcze jedna cnota, którą powinniśmy złożyć u utrudzonych stóp matki. Człowiek, modlący się za bliźniego, zawsze szuka dla niego dobrego słowa. I jeśli do końca maminego życia pozostajemy z nią przyjaciółmi, nasze serce otwarte jest na jej ciepłe i troskliwe spojrzenie, staramy się podzielić z nią wszystkim, co napełnia duszę, a rodzicielska rada, delikatna i mądra, bywa dla nas przewodnikiem do działania – to i mama, i dzieci staną się godnymi u Boga korony miłości. Ta korona składa się z drogocennych kamieni: rubinu współczucia, szmaragdu radości, szafiru czystości i czułości, perły domowej cichej modlitwy.

Nie ma, chyba, wśród naszych czytelników, i młodych, i dorosłych, ani jednego, kto nie widział ikony Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezusem Chrystusem na rękach. Maleńki Zbawiciel przytula się głową do policzka Przeczystej Dziewicy, Która obejmuje ręką Swego Syna, patrząc z ikony na świat, ubolewając i modląc się za każdego z nas. Obraz ten nazywa się „Umilenije” (czułość, serdeczne wzruszenie), i piękniejszego nie ma na świecie. Dawna ikona z wielką i zwycięską siłą świadczy, że każda pobożna matka-chrześcijanka obejmie swoje dziecko w Królestwie Niebieskim po tym, jak wskrzeszone będą ciała zmarłych na Strasznym Sądzie Chrystusowym. I tam, w Niebiańskim Jeruzalem, rzeczywiście nie zachodzącym światłem będzie świecić Słońce prawdy – zmartwychwstały Chrystus, i tam zawsze będzie mama, i tam zawsze będziemy my – jeśli zasłużymy u Boga na wieczne szczęście uczynkami wiary i miłości na tej grzesznej ziemi.

 

IV. ŚWIAT BOŻY

Człowieka lubiącego mądrość, otaczają książki. Z nich czerpie on wiedzę o życiu, nimi kieruje się, do nich nawiązuje, nimi uzupełnia niedociągnięcia wiedzy o interesujących go rzeczach. Jest wśród książek jedna, która wszystkim jest otwarta, chociaż nie wszystkim dostępna. Po to, żeby nauczyć się ją czytać, nie trzeba ani znać alfabetu, ani umieć składać z liter słów i zdań. Niezbędna jest tylko dociekliwość i zdolność zapamiętywania zobaczonego i usłyszanego. Księga ta, jak domyśliliście się, nie przez człowieka jest napisana. Nazywa się – Boży świat, który rozpostarty jest wokół nas.

Ileż wszystkiego mieści się w tej książce! I niebiosa, i ziemia, i królestwo przyrody, ludzie, zwierzęta, ptaki, i ziemskie wnętrza z ich zawartością! Nauczyć się tego cudownego dzieła Bożego wezwany jest człowiek od pierwszych dni swego życia, ledwie tylko u dziecka otworzą się oczy i ono zacznie czynić swoje pierwsze obserwacje. „A kiedy skończy się czytanie Bożej księgi?” – zapytacie. Myślę, nigdy. Bowiem i po śmierci, jeśli otrzymamy łaskę u Pana, w Jego Carstwie będziemy wnikać w tajemnice Boże, zrozumienie których darowane jest chrześcijanom w niepojętej na ziemi pełni (obfitości).

Ale jakie lekcje sposobne jest pobrać roczne maleństwo, nazywane zwykle nierozgarniętym, ze swego doświadczenia kontaktów ze światem? O, nie śpieszcie się z wątpliwościami i ironizmem, drodzy moi współrozmówcy. Przecież nie na darmo ułożono przysłowie: „Ustami małego dziecka przemawia prawda”. Chwalimy się naszymi umysłowymi zdolnościami, honorujemy siebie geniuszami. Ale dawajcie, zbadajmy, w jakim stanie jest nasz umysł. Ile w nim obcych, niepotrzebnych i bezładnych myśli! Jak są niestałe i rwące się! jak szybko zastępują jedna drugą bez jakiejkolwiek wewnętrznej logiki! Oto już istotnie „w galopie po Europie”! dlatego często z powodu wewnętrznego zamętu i zewnętrznego zamieszania (niepotrzebnej krzątaniny), mając oczy, żeby widzieć, nie widzimy, mając uszy, żeby słyszeć, nie słyszymy. A u dzieciaczka. Tak, tak, rozum jego jeszcze się nie rozwinął. Jednak popatrzcie, jak ono dociekliwie wpatruje się w otaczające go przedmioty. Maluch godzinami może przebywać na łonie natury i całkiem się nie nudzić, ze skupieniem wpatrując się w aromatyczną dziką różę albo przysłuchując się szelestowi liści nad głową. I chce mi się wierzyć: czyste serce dzieci rozumie pieśń słowika, z natchnieniem witającego wieczorową zorzę, im odsłania swoje tajemnice chłodzący wiaterek, który, niewiadomo skąd się wziąwszy, porusza pieszczotliwie lokiem nad uszkiem dziecka i natychmiast umknie, nie zostawiając po sobie śladu. Myślę, trzeba stać się takim dzieciaczkiem, żeby zrozumieć wyznanie ruskiego poety, który w chwili duchowego olśnienia powiedział: „I w niebiosach widzę Boga…”

Świat dlatego właśnie nazywa się Bożym, że każdemu rozumnemu i o czystym sercu człowiekowi świadczy o Bogu, swoim Stwórcy i Opiekunie. Jak według wspaniałego dzieła orzekamy o kunszcie i mądrości mistrza, tak i przez uważne, nieśpieszne oglądanie stworzeń wznosimy się do poznania Wszechmocnego i Wszechdobrego Boga. I co nadzwyczajne, podobne analizy dostępne są nie tylko wykształconemu profesorowi, ale i rozczochranemu chłopakowi z dobrą duszą i przenikliwym ostrym umysłem. Pomyśleć tylko, zdecydowanie wszystko, stworzone przez Boga, uczy nas prawej i prawdziwej wiary w Niego, udziela nam lekcji wzajemnej dobroci i miłości. Popatrzcie-ż, jeśli możecie, na słoneczko! Jak cudownie opowiada ono o tajemnicy Trójcy! Waszym oczom ukazuje się słoneczna tarcza. On zradza promienie jasnego światła. Te promienie przeniknięte są życiodajnym ciepłem, które schodzi od tarczy i dociera do ziemi. A razem – jedno Słońce, bez którego nawet pomyśleć nie można o naszym bycie. Taki jest właśnie jeden Bóg, darujący o Sobie wiedzę jako o Ojcu, Synu i Duchu Świętym.

Słoneczko, jak ono jest bezinteresowne! Posyła swoje światło i na dobrych i na złych, wszystkich obdarza życiem, zdecydowanie nikogo nie lekceważy. Słoneczne promienie mogą ślizgać się i po łączce usłanej kwiatami, i po bagnie, ledwie przykrytym zielonkawą rzęską. Jeden i ten sam promień z czułością dotyka dziewiczych płatków konwalii, oświetla stojącą zbrązowiałą od gnijących roślin wodę w leśnym rowie – i zostaje zawsze czystym, niezniszczalnym, światłonośnym, nigdy nie zanieczyszczając się, ale wszystko sobą uszlachetniając. Taki i Pan nasz, posyłający rolnikom deszcz, późny i wczesny, polecający ziemi każdego roku wydawać plon, pocieszający każdą żywą istotę czystością i ochłodą powietrza. Bóg nikogo ze stworzonych przez niego ludzi nie pomija Swoimi łaskami, oczywiście, z celem utwierdzić dobrych i zacnych w dobru i sprawach prawdy, a grzesznych i zepsutych samą dobrocią Swoją skłonić do pokajania i poprawy.

I ileż pożytecznych i moralnych lekcji wyciągniemy w stosunku do siebie ze zgłębiania zjawisk Bożego świata! Oto prawdziwe poznanie natury! Przypatrzcie się tylko przejrzystym wodom spokojnej nieśpiesznej rzeczki, która przepływa tam za laskiem, między zielonymi wzgórkami. Czy zatrzymuje się ona choć na chwilkę, czy z lenistwem i niedbale wykonuje powierzoną jej pracę? Nie, rzeczka, rzeczułka, nie zna zmęczenia; nawet kiedy my śpimy, ona toczy swoje wody do wyznaczonego celu. Oto takimi i my powinniśmy jeśli nie być, to stać się: wytrwałymi, sumiennymi, skromnymi pracownikami, wyróżniającymi się przede wszystkim ukierunkowaniem na najważniejsze zajęcie naszego życia – bogopoznanie, czy też prościej – poznanie Boga i służbie Jemu.

A jaka woda miękka, delikatna! Nikogo nie urazi, z nikim szorstko się nie obejdzie, ale każdego ochłodzi, a jeszcze i obmyje, oczyści… Taka jest cecha prawdziwej miłości, przykazanej przez Chrystusa: „Po tym poznają was, że jesteście Moimi uczniami, jeśli będziecie mieć miłość między sobą”. Tak żyj, tak działaj, tak postępuj, żeby każdy, nawet człowiek, który przypadkiem do ciebie podejdzie, wymieniwszy z tobą dwa-trzy słowa, odszedł rozjaśniony, ucieszony, jakby uczynił łyk świeżej, chłodnej wody.

Chcecie jeszcze jednej lekcji? Spróbujcie rzucić do wody kamień – co będzie? Rozlegnie się pluśnięcie, a po wodzie pójdą okręgi – jeden, drugi trzeci. Minuta – i wszystko znikło. Rzeka, jak była spokojną, taka i pozostała, a kamień już nie do odnalezienia. Przypomnij sobie tę cudowna cechę kochanej rzeczułki, kiedy ktokolwiek rzuci w ciebie kamień – przykre, ostre, złe słowo. „Zwyciężaj zło dobrem” – uczy nas Ewangelia. Niech Sam Chrystus uczyni duszę podobną do wody: złe słowo (znieważenie, oszczerstwo, drwina) weszło w nią i natychmiast utonęło, przepadło, zginęło w czystych wodach waszego serca. A wy tylko popatrzcie spokojnie i łaskawie na obrażającego: dlaczego wypowiadasz takie okrutne i fałszywe słowa? Umiejętność znoszenia nieprzyjemności, gaszenia ognia cudzego rozdrażnienia wodą własnej łagodności nazywa się pokorą, która czyni swego posiadacza zadziwiająco podobnym do Chrystusa.

Nawet nie opiszesz wszystkiego, co ciśnie się na pióro. Zadam więc lepiej wam pytania, moi umiłowani czytelnicy.

Bóg, jak wiadomo, stworzył wszystkie zwierzęta, obdzielił je najróżniejszymi cechami, więc oto powiedzcie, czego pożytecznego możemy i powinniśmy nauczyć się od… bobra? Prawidłowo: zdolności do pracy, sztuki budowy, gospodarności. A od… lisicy? Niektórzy domyślili się: sprytu (ale nie oszukiwania, oczywiście), zręczności, powiedziałbym, gracji. Czy może udzielić nam pouczających lekcji – wielbłąd? Oczywiście, on przecież taki przezorny, oszczędny i cierpliwy: napije się zawczasu i potem może wiele dni znosić upał i znój w martwej pustyni, póki karawana dojdzie do następnej oazy. Pić i jeść, w odróżnieniu od wielbłąda, musimy często, za to cierpieć, być wytrzymałymi, mężnymi w znoszeniu prób, zgodzicie się, to nie tyle wielbłądzia, ile ludzka cnota. I nie daj Boże nam przejąć od dwugarbnego mieszkańca pustyni przyzwyczajenia pluć – takiego nieszczęsnego ucznia wysłałbym na reedukację (ponowne wychowanie) gdzieś na pustynię Kara-kum. No a kto rozgłasza zagajnik zadziwiającymi trelami i dźwięcznymi potokami, których pozazdrościłby Vivaldi i Mozart? To nasz ojczysty słowiczek – nie ma mu równych wśród pierzastego królestwa! Pomyśleć tylko, niepozorna szara ptaszyna zastępuje sama całą symfoniczną orkiestrę! Jaka wspaniała lekcja dla dorastającego pokolenia! Przecież prawdziwe piękno i wartość osoby nie w miłym wyglądzie twarzy i proporcjonalności figury, nie w wytworności szat, a tym bardziej nie w skomplikowanej wymyślnej fryzurze. Ale wspaniałym w oczach Bożych staje się ten, kogo cechuje modlitewność umysłu i serca, szlachetność moralna i pragnienie swoimi talentami bezinteresownie służyć ludziom. Wydaje mi się, udało się nam wspólnie, połączywszy przyjemne z pożytecznym, a poważne ze śmiesznym, trochę odpocząć. Szczęśliwie i rozdział już zbliża się do swego końca. Na zakończenie powiem jeszcze o jednym. Nigdy, wyszedłszy z domu zobaczywszy pochmurne niebo, drobny mżący deszcz, nigdy nie mówcie: „Brzydka pogoda!” przypomnijcie choćby słowa mądrej piosenki: „U przyrody nie ma złej pogody, każda pogoda – łaska, deszcz, zawieję o każdej porze roku trzeba przyjmować z wdzięcznością…” Pamiętacie, na świecie nie ma nic przypadkowego! Nie przypadek rządzi światem, ale Boża Opatrzność, to znaczy troska o każdego z nas kochającego Niebiańskiego Ojca. Oto dlaczego nasze prababcie ze znajomością rzeczy mówiły: „Na wszystko wola Boża. Ranek mądrzejszy niż wieczór. Bóg pokieruje. Dzięki Bogu za wszystko”.

 

V. CHRZCINY I IMIENINY

Niesprawiedliwie byłoby, powiedziawszy o dniach ziemskich urodzin, przemilczeć o dniu narodzin duchowych. Tym bardziej, że duchowe narodziny nie tylko nie ustępują, ale nawet przewyższają swoim znaczeniem ziemskie. Być może, to dlatego napisana jest ta książka, żeby ten, kto przeczyta ją natychmiast, dowiedział się od swoich rodziców, czy odbyły się jego narodziny duchowe, jeśli tak, to gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach. Nazywają się one świętym chrztem, albo chrzcinami. Jak zwykłym urodzinom towarzyszą prezenty, tak i chrzciny, nawet jeśli nic nie możemy o nich sobie przypomnieć, upamiętniane są pojawieniem się w naszym życiu bardzo ciekawych i ważnych rzeczy, i nie tylko rzeczy, ale też ludzi.

Przede wszystkim powiemy o chrzcielnym krzyżyku. Czy wiesz, gdzie twój krzyż, czytelniku? Piszącemu ten tekst dane było znaleźć swój krzyżyk dopiero w latach studenckich, to jest w 17.-18. roku życia. A chrzcili mnie, jak powiedziała babcia, w trzy latka. Mój malutki cynowy krzyżyk na wełnianym białym sznureczku zachował się w maminej szkatułce razem z krzyżykiem brata-bliźniaka. Jakie znalezisko! Przecież krzyż – to nie po prostu pamiątka o dniu chrztu i nie relikt, który należy przechowywać pod trzema zamkami, ale świętość, i to świętość życiotwórcza! Wielu z was wie, jakie słowa zwykle znajdują się na drugiej stronie krzyżyka. „Spasi i sochrani” (Zbaw i zachowaj). Znaczy, nie szkatułkę, a nas samych krzyż powinien chronić od wszelkiej biedy i napaści. Nieprzypadkowo pobożny ruski naród ułożył mądre przysłowie: „Nie my krzyż nosimy, a on nosi nas”. Od tej pory nigdy nie rozstaję się ze swoim krzyżem. I dniem i nocą on ze mną.

Niestety, nie u wszystkich babcie są tak pobożne, żeby nauczyć swoich wnuków przed snem z czcią całować wizerunek rozpiętego na krzyżu Zbawiciela, zawsze ogrzewającego nasze serce. A krzyż właśnie dlatego ma wielką moc, że na nim cierpiał Chrystus za grzechy ludzi i poprzez Swoje zmartwychwstanie zniósł władzę zła nad nami. Ten, kto zna niezwyciężoną moc krzyża Chrystusowego, umie ocieniać siebie znakiem krzyża „w imię Ojca, i Syna, i Świętego Ducha”. Noszony na piersiach krzyżyk, w ten sposób staje się widoczną świętością, świadczącą o naszej wierze. „Kto so krestom, tot so Christom” (Kto z krzyżem, ten z Chrystusem) – przypomnijmy jeszcze jedno trafne ludowe powiedzenie.

A czy wiecie, co mawiali dawniej dobrzy ludzie w przypadku, kiedy ktoś prowadził się źle, niegodnie tytułu prawosławnego chrześcijanina? Czy upije się na biesiadzie jakiś dobry młodzieniec, przeceniwszy swoje siły, i zacznie awanturować się; czy handlarz rozzłościwszy się na coś, nagle zacznie brzydko się kłócić; albo jeździec, straciwszy cierpliwość, niemiłosiernie będzie chłostać otępiałego konia – zobaczy coś podobnego przyozdobiony siwizną pobożny starszy człowiek, pokiwa smutno głową i powie: „Wstydź się, cóż ty wyrabiasz? Krzyża na tobie nie ma!..”

Czasy zmieniają się, a krzyż był, jest i będzie świętością. I jeśli najdroższy, sakramentalny krzyżyk jest ukryty na twojej piersi, bój się złym uczynkiem, niedobrym słowem, nawet grzeszną myślą obrazić łaskę Bożą, lejącą się z krzyża do twojej duszy i darującą jej siłę żyć czysto, czcigodnie i szlachetnie, a lepiej powiedzieć – święcie.

Ale, pochłonięci opowiadaniem, nic jeszcze nie powiedzieliśmy o chrzcielnej białej koszuli, którą włożył na nas batiuszka, kapłan, zaraz po chrzcie. Jeśli wy, czytelnicy, ochrzczeni zostaliście jako niemowlęta, to, prawdopodobnie, zachowała się u mamy albo babci wasza chrzcielna śnieżnobiała koszulka. To tak zwana szata chrzcielna, wyraźnie wskazująca na to, że Pan Jezus Chrystus dawno oczyścił, odrodził i oświęcił nowo ochrzczonego, przepełniwszy jego duszę i ciało światłonośną łaską Bożą. Jeśli zaś człowiek przyjmuje chrzest jako dorosły, to zwykle przechowuje chrzcielną koszulę, żeby włożyć ją przed śmiercią. Rzeczywiście, dawno temu pobożni ruscy ludzie, czując zbliżanie się godziny śmierci, wkładali białą koszulę, zaświadczając Bogu o gotowości zdać sprawę z całego przeszłego życia, potwierdzoną uczynkami wiary i miłości do Boga i bliźnich. Wydaje mi się, byłoby wspaniale świętować własne chrzciny w białym ubraniu – żeby wyraźniej pamiętać o darowanej nam poprzez zanurzenie w chrzcielną kąpiel łasce Bożej. A przecież komu wiele dane, od tego wiele będzie wymagane. Otrzymałeś podczas chrztu zbawienną łaskę, jak nasionko, ona przeniknęła do ziemi twego serca – uważaj, nie leń się: ucz się zakonu Bożego, módl się, wypełniaj przykazania, chodź w święta do cerkwi, spowiadaj się, przyjmuj Eucharystię – i stopniowo-powoli to nasionko wykiełkuje i stanie się, jak powiedziano w Ewangelii, ogromnym drzewem, w gałęziach którego będą żyć „ptaki niebieskie” – spokój, radość, miłość, mądrość i pozostałe cnoty Chrystusowe. Wtedy wypełnią się na nas również inne słowa Pana: „Tak więc niech świeci światło wasze przed ludźmi, żeby oni widzieli wasze dobre uczynki i wysławiali Ojca waszego Niebiańskiego”. A co może być wyższego niż to?

Przynajmniej krótko wspomnę o jeszcze jednej pamiątce, którą niektórzy przechowują od dnia chrztu – loczku, ostrożnie obciętym przez batiuszkę w końcu chrztu. Popatrzysz tylko na ten loczek, i czemuś przychodzi myśl o baranku z jego delikatnym i miękkim futerkiem. Wiecie, jak czasami mówią o posłusznym i potulnym, spokojnym chłopcu? „On wprost jak baranek!” My wszyscy podczas chrztu posłusznie skłanialiśmy głowę przed kapłanem, i on zestrzygł z nas kilka loczków „w imię Ojca, i Syna, i Świętego Ducha”. Dlatego nam już nie przystoi ani kaprysić, ani upierać się, a tym bardziej „bóść i wierzgać”. Kto chce spełniać wolę Bożą, powinien być posłuszny swoim rodzicom – oto niezmienne Ewangeliczne prawo!

Dobrze, przyjaciele, że dowiedzieliście się o tym dziś. Przecież w Ewangelicznej przypowieści o Sądzie Bożym (a my wszyscy na nim się okażemy, chcemy tego czy nie) bogobojni ludzie upodobnieni są do potulnych i czystych owiec, a nieskruszeni grzesznicy – do „kozłów”, znacznie mniej ładnych zwierząt, wyróżniających się samowolą. Aby tam nie spotkało nas pohańbienie, tu częściej wspominajmy o chrzcielnym loczku i w uczynkach przejawiajmy posłuszeństwo starszym, a w ich osobach – Samemu Chrystusowi.

Niektórzy z czytelników mogą zadać teraz uzasadnione pytanie: przedmioty związane z chrztem, wymienione i wyjaśnione; ale było przecież obiecane opowiedzieć i o ludziach, którzy weszli w nasze życie poprzez przyjęcie świętego chrztu. Kim oni są? To – „wosprijemniki” (odbiorcy), albo bardziej znane dla ucha, chrzestni. Dawne cerkiewne reguły przewidywały obecność jednego chrzestnego. Według ruskiego zwyczaju wybierani są zwykle chrzestny ojciec i chrzestna matka. Oni są poręczycielami przed Bogiem za swego chrześniaka i ponoszą za niego odpowiedzialność. Razem z jego rodzicami chrzestni powołani są wychowywać dziecko w wierze i pobożności. Duchowe pokrewieństwo chrzestnych i chrześniaka uważane jest za bardziej trwałe, niż przez krew – rodziców i dziecka. Przyznajmy, że w naszych czasach, ubogich w wiarę, wielu chrzestnych, nawet nie rozumie dobrze, jakie obowiązki spadają na nich podczas chrztu ich chrześniaka. Dobrze jeszcze, jeśli chrzestni – to przyjaciele rodziny i przejawiają czysto ludzkie uczucia przywiązania i troski o swego podopiecznego, starają się służyć mu dobrym przykładem w stosunku do ludzi i życia. Ale bardzo często chrzczone dziecko wyrasta, nawet nie wiedząc, kim są jego chrzestni i po co oni w ogóle są potrzebni. Jakby to nie było, jeśli wam zaproponują zostać wosprijemnikami na chrzcie, wiedzcie, że sprawa to bardzo poważna. Przecież trzeba będzie złożyć za chrześniaka (jeśli on całkiem maleńki) przyrzeczenie wiary i wierności Bogu! Codziennie podczas modlitwy powołani jesteśmy wspominać naszych chrześniaków, prosząc Boga, aby darował im zdrowie i zbawienie. A kiedy one podrosną, razem z rodzicami będziemy uczyć ich dobrych zasad życia, ucząc we wszystkim kierować się przykazaniami Bożymi. Ten rozdział książki okazał się bardzo nasycony (treścią) i, być może trudny do opanowania. Zanim odpoczniemy, porozmawiajmy trochę o imieninach. Co w nich się kryje, co za nimi stoi? Wielu z nas rodzice nazwali na cześć babć i dziadków czy innych krewnych, ale przede wszystkim imiona dane są nam na cześć ludzi świętych, nazywanych świętymi Bożymi. A przecież każdy z nich ma w Cerkwi szczególny dzień świętowania, który z roku na rok się powtarza i, wypadając w określonej dacie, nazywany jest dniem pamięci świętego. Dla nas to też dzień szczególny, wyróżniający się spośród wszystkich pozostałych, i otrzymał on nazwę „imieniny”, albo „dzień Anioła”. W danym przypadku pod Aniołem rozumiemy naszego świętego, nazwanego tak za sprawiedliwe i nienaganne życie, podobne do anielskiego. Jak dowiedzieć się o dniu swego Anioła? W tym celu należy zajrzeć do wykazu imion, znajdującego się zwykle w kalendarzu cerkiewnym. Znajdźcie imię swego świętego i zobaczcie datę, kiedy świętuje się jego pamięć. Oto i będą wasze imieniny!

A jak obchodzić dzień Anioła? Ja w dniu swoich imienin staram się obowiązkowo rano być w cerkwi i, oczywiście, przygotowuję się do przyjęcia Świętych Darów Chrystusowych, bowiem nie ma nic większego od jedności z Panem i większej radości na ziemi nie bywa. Bezwarunkowo, przyjąć gości – krewnych, przyjaciół, otrzymać od nich życzenia i prezenty – sprawa całkiem nie nieprzyjemna. Ale zły ten imieninnik (solenizant), który nie zna żywota swego niebiańskiego orędownika (patrona), i dlatego nie może opowiedzieć o nim, jeśli poproszą. Niektórzy uważają, że okoliczności życia świętego, ku czci którego zostaliśmy nazwani, osobliwości chrześcijańskiej służby i trudów, przez niego dokonywanych, mają dla nas wielkie znaczenie. Jeśli święty Boży był prepodobnym*, spodobał się Bogu w monastycyzmie, to i my powinniśmy wyjątkowo gorliwie modlić się, a jeśli on był biskupem Cerkwi, nauczycielem pobożności, to też wypada starać się o zdobycie duchowej i świeckiej wiedzy, żeby potem, jeśli Bóg pozwoli, okazać się pożytecznymi dla innych.

Warto zauważyć, że samo imię i jego znaczenie bywają wymowne. Nazywasz się Swietłana (po grecku Fotinija). Naśladuj więc słoneczko, świeć zawsze, świeć wszędzie, żeby ludziom radośnie było z tobą się spotykać. Imię Tatiana tłumaczy się jako założycielka, gospodyni. Więc we wszystkim powinien być u niej porządek: i w duszy, i we własnym domu, i w szkolnej teczce za plecami. Ołówki zatemperowane, flamastry wyposażone w nasadki, zeszyty – w okładki, myśli skupione, uczucia uporządkowane, lekcje na czas odrobione.

Jak zaczniesz interpretować imiona, zatrzymać się po prostu nie można! Natalia – przyrodnicza, naturalna, spokojna. Ani kaprysy, ani grymasy, ani mizdrzenie się – jej nie do twarzy. Irina – pokój, spokój, cisza. Prawdziwa Irina nigdy nie podniesie głosu w rozmowie, jej nawet do głowy nie przyjdzie rozdrażniać się na kogo by to nie było, ponieważ ona dużo pracuje nad sobą; Irina również z innymi gotowa jest podzielić się równowagą i duchowym spokojem. Aleksander – obrońca ludzi. Tym wszystko powiedziane. Taki słabego nie skrzywdzi, a jeśli zobaczy niesprawiedliwość, ujmie się, żeby zaprowadzić porządek. Niektóre dzieci przyzwyczaiły się nazywać siebie zdrobniale. „Jak masz na imię?” – „Piotruś”. A przecież Piotruś – to Piotr, co oznacza „kamień”, twardy, jak skała, w swoich przekonaniach, w wyznaniu wiary. Komu dziś się nie poszczęściło, i nie zobaczył w naszej książce objaśnienia swoich imienin, nie martwcie się. Warto postarać się i znaleźć szukane znaczenie, pamiętając jednak, ruskie przysłowie: „Nie imię chrzci człowieka, ale człowiek chrzci swoje imię”. Imię imieniem, ale bez naszych własnych wysiłków jego znaczenie na nas nie usprawiedliwi się. Pod leżący kamień, jak wiadomo, woda nie płynie. Dlatego nie będziemy, przyjaciele, tracić ani minuty, ale od dzisiejszego już dnia dawajcie popracujemy nad rozwikłaniem własnego imienia i postarajmy się, o ile można, upodobnić się do naszego świętego w sprawach wiary i miłości, aby można było z czystym sumieniem świętować imieniny, które już nie za górami.

*Prepodobny – dosłownie bardzo podobny (do Boga); czysty, sprawiedliwy, święty.

 

VI. ŚWIĘTA EWANGELIA, CERKIEW BOŻA, MATKA CERKIEW

Pamiętacie, drodzy czytelnicy, w jednym z poprzednich rozdziałów rozmawialiśmy o przemądrej księdze Bożego świata? Każdy z nas wezwany jest do czytania i rozumienia jej niemal od niemowlęcego wieku. Ale jest i inna Boska księga, ona jedna tylko sprawiedliwie nazwana może być Księgą ksiąg, albo Księgą życia wiecznego. To Nowy Testament, w którym apostołowie, uczniowie Pana Jezusa Chrystusa, wyłożyli dzieje i przykazania swego Nauczyciela. Mówi się, że kiedy się modlimy, to rozmawiamy z Bogiem, a kiedy czytamy z pobożną uwagą Nowy Testament, to Sam Bóg rozmawia z nami. Można powiedzieć: święci ewangeliści Mateusz, Marek, Łukasz i Jan Teolog utrwalili w czterech Ewangeliach (a pozostali apostołowie – w innych księgach Nowego Testamentu) to, co Wszechmocny i Przemądry Pan Wieszczym palcem Swoim napisał w ich czystych sercach. Oto dlaczego wierzymy: Nowy Testament – nie prosta pisana przez ludzi, książka o wyniosłych rzeczach, ale natchniona przez Boga, która doskonale, dokładnie i bezbłędnie przedstawia wszystko, odnoszące się do zbawienia rodzaju ludzkiego przez Miłosiernego Odkupiciela.

Każdy z naszych czytelników ma oczywiście ulubione książki: historyczne, o zwierzętach, przygody, bajki… Bywa, kilkakrotnie je czytamy, długo zatrzymując się na oddzielnych, szczególnie bliskich nam, stronach. Inni studiują ulubioną książkę od deski do deski, wyczytując, jak się mówi, do dziur. Ale wcześniej czy później przychodzi dzień, przychodzi godzina, i nieodłączny towarzysz naszego dzieciństwa i młodości znajduje miejsce na półce, dzieląc los większości swoich współbraci. Grube i cienkie, w miękkich i twardych okładkach, książki pokornie stoją w jednym rzędzie, miesiącami, a to i latami, czekając, aż właściciel raczy wyciągnąć szczęściarę, ulubioną niegdyś książkę, i, leniwie przekartkowawszy kilka stron, postawić ją z powrotem.

Nie taki los Ewangelii: i stosunek do niej inny, i obchodzimy się z nią wyjątkowo. Chcecie posłuchać, co zaświadcza Chrystus Zbawiciel o słowie Bożym?

„Jeśli wytrwacie w słowie Moim, to zaprawdę Moimi uczniami jesteście”. „Jeśli… słowa Moje w was przetrwają, to, czego tylko zapragniecie, poprosicie, będzie wam”. „Kto miłuje Mnie, ten przestrzega słowo Moje; i Ojciec Mój umiłuje go, i My przyjdziemy do niego i d u niego zamieszkamy”. „Nie przyjmujący słów Moich ma swego sędziego: słowo, które Ja mówiłem, ono będzie sądzić go w dniu ostatnim”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: kto zachowa słowo Moje, ten nie ujrzy śmierci na wieki”.

Widzicie, przyjaciele, że stosunek do słowa Bożego w dużym stopniu decyduje o wiecznym losie człowieka? Przyjmujący słowo Pana i żyjący według napisanego w Ewangelii stają się uczniami Chrystusa Zbawiciela. On wstępuje w tajemniczy i błogosławiony związek z nimi, spełnia ich mądre prośby i, w końcu, daruje im nieśmiertelność, zbawia. Odrzucający, nie spełniający przykazań Odkupiciela osądzany zostaje przez Słowo i będzie miał w nim sędziego swego na Strasznym Sądzie Boga Żywego. Jeśli my z szacunkiem odnosimy się do ziemskich praw i boimy się ich naruszyć, to z jakimż drżeniem (strachem) przystoi nam przyjmować przykazania Chrystusa, słuchać i czytać Ewangelię – prawo, dane przez Boga, Cara i ziemi, i nieba? Oto dlaczego trzeba starać się czytać Ewangelię codziennie!

Słowa Ewangelii szczególnie dobrze przylegają do duszy z rana, póki serce czyste i nie obciążone żadnymi życiowymi troskami. Dzięki uważnemu czytaniu Nowego Testamentu Oblicze Chrystusa odciska się na sercu. Przykazania Boże dlatego to nazywają się życiotwórczymi, że wypełnienie ich odradza duszę, nasycając ją siłą dobroci i miłości.

Ewangelii nie dotkniesz brudnymi, nieczystymi rękoma, i trzymamy ją nie z pozostałymi zwykłymi książkami, a obok ikon jak świętość. Przed czytaniem Ewangelii trzeba przeżegnać się i pomodlić, powiedziawszy chociaż dwa słowa: „Hospodi, błahosłowi”! (Panie, pobłogosław!). zakończywszy czytanie i zachowując w pamięci przeczytane, zamknijmy świętą księgę z dziękczynieniem: „Sława Tiebie, Hospodi!” (Chwała Tobie Panie!) Niektórzy kapłani mówią, że sama obecność Wiecznej księgi w domu odpędza z mieszkania ciemne moce, zwłaszcza jeśli ludzie prowadzą pobożne życie. Wyobraźcie sobie, że macie udać się na bezludną wyspę i pozwolono wziąć jedno z dwóch: Ewangelię albo magnetowid. Jaki wybór byście uczynili? Ja, bez wahania, wyciągnąłbym rękę do Ewangelii…

Z wielką mocą brzmi Ewangelia w świątyni Bożej. Zanim duchowny zacznie ją czytać, zapalane są świece, a wiernym udzielane jest błogosławieństwo. Kapłan ocienia (błogosławi) ludzi znakiem krzyża prawą ręką ze słowami: „Mir wsiem” (Pokój wszystkim). I rzeczywiście, w świątyni nasze dusze napełniają się błogosławionym pokojem Chrystusowym. Bywa, przychodzisz do domu Bożego z wewnętrznym niepokojem, ciężarem na sercu, a wychodzisz – uspokojony, pocieszony, pogodzony. Dlaczego tak? Dlatego że w prawosławnej świątyni Sam Bóg niewidzialnie jest obecny. Pamiętacie, jak powiedział Chrystus: „Bowiem, gdzie dwoje albo troje zgromadziło się w imię Moje, tam Ja pośród nich”? I dawny biblijny prorok Dawid: „O jedno prosiłem Pana, tego tylko poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał we wszystkie dni mego życia, abym podziwiał piękno Pańskie, i odwiedzał Jego świątynię”. Na Rusi było przyjęte uważać, że jedno „Hospodi, pomiłuj”, wypowiedziane w cerkwi – to więcej, niż całe 150 psalmów cara Dawida, przeczytane w domu. Dlatego życia prawosławnego chrześcijanina bez cerkwi nawet wyobrazić sobie nie można. W niej realizowane są ważne wydarzenia drogi życiowej, uświęcane są wszystkie główne etapy naszego bytu: chrzest – duchowe narodziny, spowiedź – leczenie sumienia przez pokajanie i odpuszczenie przez Pana naszych grzechów, koronowanie – chrześcijański ślub, pogrzeb – odprowadzenie zmarłego do życia wiecznego. A najważniejsze – w cerkwi Zbawiciel karmi nas, zapraszając na Swoją niebiańską ucztę, podczas której w postaci chleba i wina zjednaczamy się z Panem, uświęcając się Jego Przeczystym Ciałem i Krwią. I jak niemowlę odczuwa stałą potrzebę matczynej piersi, tak też prawdziwy chrześcijanin śpieszy z radością i nadzieją do cerkwi Bożej, gdzie oczekuje go niezmiennie kochający, miłujący nas Pan.

Każdy z nas pragnąłby, żeby jego życie upływało miarowo, spokojnie, wszystkie sprawy załatwiane były na czas, towarzyszyła im pomyślność, a my nawet w drobnostkach odczuwali pomoc Pana, otrzymywali od Niego siłę na realizowanie planów. Co w tym celu jest potrzebne? Wypełnienie biblijnego przykazania: „Sześć dni pracuj, dzień siódmy – Panu Bogu twemu”.

Nie mogę wyobrazić sobie szczęśliwego radosnego dzieciństwa bez coniedzielnego odwiedzenia chramu Bożego. Radośni, uduchowieni rodzice, czysto umyty, w świątecznym ubraniu, schludny maluch, dumnie kroczący ścieżką, prowadzącą do cerkwi… Ileż majestatycznego i pięknego otwiera się nam pod sklepieniami domu Bożego! Oblicza świętych, spoglądających na nas z wysokości – surowo i z wyrzutem, jeśli w czymś zgrzeszyliśmy, łaskawie i życzliwie, jeśli zachowaliśmy (ustrzegliśmy) siebie przed nagannymi myślami, słowami i uczynkami. Palące się świece i różnokolorowe łampadki jakby pragną podzielić się z nami miłością do nieba, do Boga i rozpalić w naszym sercu maleńki, nikomu, oprócz nas, niezauważalny ognik wewnętrznej, tajemnej modlitwy: „Hospodi Iisusie Christie, Synie Bożyj, pomiłuj mienia hriesznaho!” (Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym!). Ten spokojny, ten majestatyczny cerkiewny śpiew, jakby schodzący z niebios i rozbudzający swoim harmonijnymi współbrzmieniami w duszy pokorne uświadomienie swojej grzeszności, a wraz z tym pragnienie poznania Pana, ożywiającego duszę Swoją łaską… I, oczywiście, kapłan, batiuszka (dosł. ojczulek) jak czule nazywają ruscy ludzie pasterza Bożego. Batiuszce darowane jest przez Samego Pana wybaczać i odpuszczać nam grzechy. Wierzymy, że obok batiuszki zawsze obecny jest Chrystus, zwłaszcza kiedy kapłan przyjmuje naszą spowiedź. I jeśli wszystko opowiemy bez ukrywania, szczerze kajając się w swoich przewinieniach, jaką radością, triumfowaniem nagradza Pan wierzącą duszę po rozgrzeszającej modlitwie kapłana! Jakby skrzydła wyrastają za plecami, idziesz, a ziemi pod sobą nie czujesz! Ze szczególnym drżeniem spoglądamy na kapłana, kiedy on, w lśniących szatach, wychodzi do nas z ołtarza trzymając w rękach Świętą Czaszę. W niej – Bóg, pragnący darować nam w tym cerkiewnym sakramencie uzdrowienie duszy i ciała dla odpuszczenia grzechów i życia wiecznego!

Dla tej świętości jesteśmy stworzeni, dla niej przyjęliśmy chrzest, dla niej chodzimy do cerkwi, pościmy, modlimy się, kajamy się – wszystko dla najważniejszego: połączenia się z Panem. Oto dlaczego tak ważnym jest dla nas częściej przychodzić do batiuszki, przez jego ręce przyjmować łaskę od Odkupiciela Chrystusa.

Jeszcze bardzo ważnym jest wiedzieć, że kapłan postawiony jest przez Boga, aby błogosławił nas na ważne życiowe działania. Czy zaczął się rok szkolny, czy nadeszła pora zdawania egzaminów, a być może, przed nami długa podróż – słowem, na każde zajęcie, pożyteczne i miłe Bogu, należy poprosić u kapłana o błogosławieństwo. Siejący z błogosławieństwem, powiedziane w Biblii, z błogosławieństwem i żną (to znaczy zbierają, z Bożą pomocą, obfity urodzaj). Podejdźcie do batiuszki, złożywszy ręce nawskrzyż, dłońmi do góry, i poproście o błogosławieństwo. On ocieni (przeżegna) was prawą ręką (po słowiańsku – diesnicą) ze sowami „Wo imia Otca, i Syna, i Świataho Ducha” (W imię Ojca, i Syna, i Świętego Ducha). I błogosławieństwo, łaska otrzymana! Bądźcie przekonani: Pan we wszystkim pomoże, nie zapominajcie ruskiego przysłowia: „Pokładaj nadzieje na Boga, sam zaś nie popełniaj błędów”. Tak krok po kroku, powoli, ale pewnie, przez spowiedź i priczaszczenije (św. Eucharystię), czytanie Ewangelii i błogosławieństwo duszpasterza dokonuje się nasze wocerkowlenije, wchodzenie do Cerkwi Pana i Boga naszego Jezusa Chrystusa.

Chram (świątynia) i Cerkiew – pojęcia nierównoznaczne, chociaż w naszym języku cerkwią, cerkiewką, często nazywamy sam budynek świątyni. Cerkiew – to my wszyscy, prawosławni chrześcijanie w połączeniu z Panem naszym. Jak głowa z ciałem tworzy pewną całość, tak i Chrystus Zbawiciel z Jego Cerkwią, nazywaną Świętą, Soborową i Apostolską. Apostolską, dlatego że my z wami wierzymy w Chrystusa nie jak popadnie (bezładnie), a właśnie tak, jak nauczyli nas święci apostołowie, którzy otrzymali przykazanie od Samego Pana: „Idźcie, nauczcie wszystkie narody, chrzcząc ich w imię Ojca i Syna i Świętego Ducha, ucząc ich przestrzegać wszystkiego, co Ja przykazałem wam”. Nasza Cerkiew – Soborowa w tym sensie, że zebrana jest mocą Pana ze wszystkich plemion i narodów w jeden Boży naród, prawosławnych chrześcijan. Ta jedność dana jest nam poza czasem i przestrzenią, dlatego że w skład Cerkwi wchodzą nie tylko żyjący na ziemi, ale i ci którzy skończyli swój ziemski trud, czyli umarli, i przede wszystkim święci Boży, triumfujący na niebiosach przed tronem Bożym.

Świętą nazwana jest Cerkiew, dlatego że jej głową jest Sam Pan; kieruje się ona w swoim życiu nie ludzkimi obyczajami, ale kanonami i regułami, darowanymi przez Ducha Bożego za pośrednictwem apostołów i świętych ojców. Nie można być chrześcijaninem i pozostawać obcym, nieposłusznym Prawosławnej Cerkwi, jej regułom, zasadom i prawom. Ten kto myśli, że wierzy w Chrystusa, a Cerkwi nie wierzy – sam siebie oszukuje. Cerkiew – prawdziwa nasza matka, zawsze młoda, wspaniała, bezgrzeszna, wypełniona życiotwórczą siłą Ducha. My jesteśmy słabi i grzeszni, za to Chrystus święty i świętością Swoją uświęca Cerkiew. Nieszczęśliwy człowiek, nie znający jej światła i ciepła! Chrześcijanin lekceważący Cerkiew i naruszający jej regulaminy, podobny jest do tego, kto obcina gałąź, na której siedzi. Przecież my, jesteśmy członkami Cerkwi, Ciała Chrystusowego, żyjemy pomyślnie tylko do tej pory, póki jesteśmy w jedności (całości) z ciałem. Co się stanie z małym palcem, jeśli odciąć go od ciała? Czy może owocować gałąź, która odłamała się od pnia? Nie, ona szybko, zwiędnie, wyschnie, i obróci się w proch ziemski. A drzewo, potężne, silne, z rozłożystą koroną, będzie jak dawniej wznosić się z daleka i radować oczy dojrzałymi i soczystymi owocami.

Ładnie nasz prawosławny naród mówi o Cerkwi: „Komu Cerkiew nie matka, temu Bóg nie ojciec”. Dlatego, przyjaciele, jak źrenicy oka, chrońmy wiarę i strzeżmy wierności Prawosławnej Cerkwi, która da siły zwyciężać zło, ukrywające się wewnątrz nas samych, nauczy wszystkiego dobrego, odrodzi nas miłością i przeprowadzi w swoim czasie do niebiańskich przybytków. Chcecie być zawsze młodymi, rześkimi, radosnymi, silnymi duchem? Życzycie sobie pomyślności, szczęścia, pełni bytu? Szukacie usprawiedliwienia przez Pana na Strasznym Sądzie Jego i chcecie przyjąć łaskę wiecznego zbawienia? Wierzcie w Cerkiew, kochajcie Cerkiew, służcie Cerkwi, jak wierzy, kocha i służy szanujący syn swojej matki.

 

VII. DUCHOWY OJCIEC

Duchowy ojciec… Kto to taki? Prawosławny kapłan, pasterz Boży, batiuszka. U każdego chrześcijanina wcześniej czy później powinien pojawić się duchowy ojciec. Nie bez udziału rodzonego, cielesnego ojca wchodzimy w życie ziemskie. Tym bardziej życie w Chrystusie, życie w Cerkwi wymaga udziału i troski ze strony ojca duchowego. Pomału-powoli podrasta maluch, i coraz wyraźniej w jego cechach fizycznych przejawia się podobieństwo, czasem porażające, do ziemskiego rodzica. Ta sama powierzchowność, ta sama postawa, ta sama intonacja głosu. Od dorosłych i na ich przykładzie uczymy się ziemskiego życia: sposobu postępowania, manier w relacji z ludźmi, a najważniejsze – woli do życia, uporu w osiąganiu celów, umiejętności wybierania do tego tylko dobrych, moralnych środków. Bieda, jeśli dzieci nie mogą otrzymać od swoich rodziców żadnej dobrej lekcji! „Panie – tak chce się pomodlić – oświeć rodziców i poślij dobrych ludzi z pomocą małym dzieciom Twoim!..”

Ale i w duchowym życiu, w duchowym formowaniu osobowości koniecznie musimy wspierać się na żywym człowieku, który służyłby nam przykładem wiary i wzorem pobożności, dążenia do wypełniania przykazań Bożych. Do tego właśnie potrzebny jest duchowy ojciec, prawosławny batiuszka. „A dlaczego – zapytacie – koniecznie kapłan? Czyż nie wystarczy po prostu dobry i miły człowiek, wierzący chrześcijanin?” Daj Boże, żeby was, drodzy moi czytelnicy, otaczali podobni ludzie, i przede wszystkim, wasi chrzestni rodzice, o których już rozmawialiśmy. Daj Boże, żeby, począwszy od ojca i matki a skończywszy na wykładowcach w szkole, dorośli byli dla was prawdziwymi nauczycielami prawego życia. Ale przyznam się, a i sami wiecie, żyjemy w bardzo trudnych czasach. Niektórzy zauważają, że dzieciom nawet łatwiej przyjść do Boga i do Cerkwi, niż dorosłym, których losy były połamane wychowaniem, zupełnie pozbawionym podstaw drogiej nam prawosławnej wiary. Często rodzice po raz pierwszy biorą w ręce książkę „Zakon Boży” po tym, jak ich syn albo córka już ją przeczytali. Jak by to nie było, trzeba się modlić – i Pan Bóg, znający nasze potrzeby, pośle nam dobrego Swego pasterza. Nieważne jaki to będzie batiuszka, starszy czy młodszy, dobry czy zewnętrznie surowy, z mnichów czy przedstawiciel białego, to znaczy żonatego, duchowieństwa. Najważniejsze, żeby był gorliwym sługą Chrystusa Zbawiciela i oddanym synem naszej wspólnej Matki – Prawosławnej Cerkwi. Ważne, żeby on sam trudził się nad zbawieniem swojej własnej duszy – wtedy i o waszą zatroszczy się bez zaniedbań i poprowadzi was razem z sobą wąską, ale błogosławioną drogą pokajania i modlitwy, pokory i prawdziwej miłości do bliźnich do Carstwa Niebiańskiego.

„A jak właśnie modlić się o darowanie takiego kapłana, który stanie się nam tak samo bliskim, jak rodzice?” – zapytacie. Ja sam, uczciwie powiem, długo szukałem ojca duchowego. Bez wszelkich wątpliwości, spowiadać się możemy u każdego prawosławnego pasterza. Ale nie każdy przejawi pełnię ojcowskiej troski o duszę-sierotkę. Tak było i ze mną. Do dnia dzisiejszego jestem wdzięczny tym duchownym, którzy cierpliwie wysłuchiwali moich pierwszych niezdarnych, zagmatwanych młodzieńczych spowiedzi i dodawali mi ducha na nieznanej jeszcze i trudnej drodze duchowego życia.

Ale nie sądzone mi było znaleźć wśród nich tego nauczyciela (kierownika), w którym dusza od razu rozpoznałaby ojca w Chrystusie. Odczuwając wielką potrzebę duchowego ojca, modliłem się gorąco, jak mogłem, do Matki Bożej: „Władczyni, Bogarodzico! Ty widzisz, jak miota się biedna dusza moja! Ja wierzę, że i ja mam swego batiuszkę, tylko do tej pory nie sądzone mi było zobaczyć go. Matko Boża, Przeczysta Mario, wskaż mi, niegodnemu, tego pasterza, przez którego dusza moja będzie poznawać i w miarę sił spełniać wolę Syna Twojego. Nie odrzuć, ale usłysz i pomóż mi!” Oto tak czy mniej więcej tak się modliłem, wiedząc, że wcześniej czy później to się zdarzy. Serce nie oszukało mnie. „I cóż? – zapytacie z niecierpliwością. – Doszło do tego spotkania? Poznałeś go?” Tak, przyjaciele moi, Matka Boża nigdy nie zostawia nas w biedzie. Abyśmy tylko byli szczerzy przed Bogiem i przed Nią, uświadamiając sobie swoje grzechy, ze wszystkich sił duszy pokładali nadzieje na Ich łaskę. I umieli czekać. Pewnego wspaniałego dnia całkowicie nieoczekiwanie dla samego siebie zobaczyłem w cerkwi kapłana, którego otwarte i dobre spojrzenie przyciągnęło mnie do niego. „Batiuszka, pobłogosławcie” – powiedziałem, jak zwykle składając ręce, dłońmi do góry tak, żeby miały formę krzyża. Duchowny złożył w szczególny sposób palce prawej ręki, jak to czynią kapłani, i z bogobojnością przeżegnał mnie, powiedziawszy: „W imię Ojca, i Syna, i Świętego Ducha”.

Uwierzcie, wtedy to moja dusza poznała, że to on, mój duchowy ojciec, poznała i uradowała się, jak raduje się syn, który po długiej rozłące odnalazł swego rodzica. „A co było dalej?” – spodziewam się tego niecierpliwego pytania. Jak się mówi, wszystkiego nie opowiesz; tylko moje życie po tym spotkaniu zmieniło się fundamentalnie. Chwała Bogu za Jego opatrzność nad nami grzesznymi! Ważne jest aby wierzyć i wiedzieć, że ręką kapłana błogosławi nas Chrystus Zbawiciel. I błogosławieństwo to, duchowa siła, w nim spoczywająca, bywają skutecznie czynne w naszym życiu. „Sam błędów nie popełniaj, a na Boga jednak nadzieje pokładaj” – zmienimy trochę znane przysłowie. Według błogosławieństwa duszpasterza Pan podwoi i potroi nasze siły, jakiego tylko dobrego uczynku byśmy się nie podejmowali. Czy zdajemy egzaminy (a to sprawa nie małoważna, nieprawdaż?), czy przechodzimy cykl leczenia, czy myślimy o wyborze drogi życiowej, Zbawiciel cudownie wszystko urządzi według Swojej świętej woli – z błogosławieństwem kapłana. A jeśli według woli Bożej – znaczy i w najlepszy dla nas, najpiękniejszy sposób!

Myślę, że duchowe relacje z opiekunem duchowym powinny zacząć się od poważnej i szczegółowej spowiedzi. W następnym rozdziale nauczę was, jak to robić. Opowiedzmy batiuszce o wszystkim, co kiedykolwiek raniło i kaleczyło nasze sumienie zaczynając od samego dzieciństwa. Przecież kapłan – to nie po prostu dobry człowiek. Sam Chrystus dał mu wielki błogosławiony dar – władzę odpuszczania imieniem Bożym i rozgrzeszania prawosławnych chrześcijan, szczerze kajających się, od wszystkich ich grzechów. Po takiej spowiedzi dusze pasterza i owieczki (dziecka duchowego) jednoczą się miłością Chrystusa tak mocno, że żadna siła, ani na niebie, ani na ziemi, ich nie rozłączy. Nazywa się to (odnośnie kapłana) duchowo zrodzić swoje dziecko w Chrystusie. Oczywiście, podobne dokonuje się i w sakramencie Chrztu, jeśli tylko ten batiuszka zostanie waszym duchowym ojcem.

Rzeczywiście, śpieszymy do kapłana, naszego pasterza, i opowiadamy mu to, czego czasami i rodzicom opowiedzieć od razu nie możemy. I biedę, i radość – wszystko niesiemy do spowiednika. Kto lepiej niż on we wszystkim jest zorientowany i dokładniej wskaże, jak w tym czy innym przypadku postąpić – żeby Bogu się podobało i spełniła się nad nami Jego święta wola?

Wspaniała rzecz, kiedy kapłan staje się spowiednikiem całej rodziny! Dużo trzeba modlić się i samemu starać się świadomie nie grzeszyć, żeby i mamę, i tatę, i pozostałych krewnych przyprowadzić do batiuszki. On pomoże wprowadzić w domu jednomyślność. I rodzicom, z Bożą pomocą, udzieli ślubu cerkiewnego (jeśli takiego nie mają, a na to nigdy nie jest za późno!), i mieszkanie wyświęci. Myślę, że wielu z naszych czytelników mieszka w nie wyświęconych mieszkaniach. Wyobrażam sobie, jak ktoś przeczyta naszą książkę – i od razu do znajomego duchownego: „Batiuszka, bardzo prosimy, przyjdźcie!..” A sprawa to naprawdę ważna. Trzeba tylko pamiętać, że najważniejsze – serca żyjących w domu. „U kogo w sercu pokój, temu i na katordze raj” – trafnie i mądrze zauważył ruski naród.

Nie zawsze dane nam jest widzieć naszego duchownego, tak często jak byśmy chcieli. Ale uszczerbek ten uzupełnia modlitwa. „Jeśli o coś prosicie w imię Moje, to uczynię” – mówi Pan. „Dużo może wzmożona modlitwa sprawiedliwego”, wzmocniona dobrym życiem duchowego dziecka.

Według dwustronnych modlitw duszpasterza i dziecka duchowego Bóg czyni cuda. Miejcie na uwadze: również batiuszka potrzebuje modlitw swoich dzieci w Chrystusie. I jeśli modlimy się gorliwie za ziemskich rodziców, czyż zapomnimy o duchowym? Otwórzcie proszę prawosławny modlitewnik. Znajdziecie specjalną prośbę za ojca duchowego.

Oto ona: „Spasi, Hospodi, i pomiłuj otca mojeho duchownoho (imia rek), i swiatymi jeho molitwami prosti moi sohreszenija” (Zbaw, Panie, i zmiłuj się nad moim duchowym ojcem (imię), i świętymi jego modlitwami odpuść moje grzechy). Co do mnie, staram się codziennie modlić się i za swoich rodziców, i za batiuszkę, wiedząc, że oni też za mnie się modlą. Mówią, że przez ten mały wysiłek między kapłanem i jego dziećmi nawiązywana jest niewidzialna duchowa łączność. Tak, u prepodobnego Sierafima Sarowskiego w celi na świeczniku zawsze płonęły woskowe świece. Te świece stawiał on za swoje duchowe dzieci. I za świętość jego życia Pan dał Swemu świętemu cudowne widzenie: jeśli nagle jakaś świeca padała, prepodobny pojmował, w Duchu Świętym, który z jego owczarni śmiertelnie zgrzeszył – i święty batiuszka wzmagał modlitwy za znajdującego się w biedzie. Bezspornie, Sarowski cudotwórca – wybrany sługa Boży, ale, wierzymy, modlitwa każdego batiuszki za swoje dzieci znaczy wiele przed Bogiem.

Rozdział zbliża się do końca, a nasze duchowe życie w Cerkwi dopiero się zaczyna… Co jeszcze powiedzieć? Prawdziwy duchowy ojciec i po śmierci z nami nie rozstaje się. I daj nam Boże tak trudzić się dla zbawienia swojej duszy i tak gorliwie słuchać i wypełniać jego pouczenia, żeby na Strasznym Sądzie Chrystusowym on, stojąc obok nas, mógłby śmiało powiedzieć z radością: „Oto ja i dzieci, które dał mi Bóg”.

 

VIII. LECZENIE DUSZY: SPOWIEDŹ I ŚWIĘTE PRICZASTIJE

Bezsilne jest ludzkie ciało i różne są jego słabości. Dlatego istnieje wiele leków i środków, przepisywanych przez lekarzy w zależności od rodzaju choroby. Dusza ludzka też może chorować. Choroby duszy – grzechy i namiętności, zaćmiewające rozum, osłabiające wolę, kalające uczucia. Czas grzechów nie goi. Nie leczą ich również zwykłe, ziemskie leki. Duszy potrzebna jest łaska Boża.

Tę ożywiającą i uświęcającą duszę łaskę daruje nam według wiary Chrystus Odkupiciel poprzez sakramenty Prawosławnej Cerkwi. Ale sakramenty udzielane są chrześcijanom za pośrednictwem kapłana, który sam został postawiony na tę najwyższą służbę przez biskupa w sakramencie kapłaństwa. Tak więc, w poszukiwaniach duchowego leczenia skierujmy nasze stopy do Bożego pasterza, aby poprzez wyznanie grzechów i szczere pokajanie otrzymać oczyszczenie sumienia i odrodzenie duszy mocą Ducha Świętego. Krew Samego Pana Jezusa Chrystusa niewidzialnie obmywa rany kajającego się serca i uzdrawia cierpiącą z powodu namiętności duszę. Za każdym razem należy tak podchodzić do krzyża i Ewangelii, przed którymi odbywa się spowiedź, jakby była ona ostatnią. „Panie – mówi w duszy kajający się – niech mnie cały świat osądzi, abyś tylko Ty nie osądził”. Koniecznie trzeba odkrywać wszystkie swoje grzechy, z których zdajemy sobie sprawę, zaczynając od najcięższych i kończąc mniej znaczącymi. Zaprawdę każdy grzech jest bezprawiem, i dlatego jest największym złem w oczach Boga. Wstydliwe grzechy spalane są wstydem spowiedzi. Pamiętajmy: nie ma takiego grzechu, który pokonałby miłosierdzie Boże. Jedyny grzech, który nie jest przebaczany przez Boga, to ten, w którym człowiek nie chce się pokajać. Należy wierzyć, że nasze grzechy bierze na Siebie Pan Jezus Chrystus. Dlatego też kajać się trzeba z twardym postanowieniem, że ze wszystkich sił będziemy walczyć z główną słabością duszy. Często pierzemy nasze ubranie i kłopoczemy się, że wkrótce zmuszeni będziemy robić to ponownie. Niech nie wprawia nas w zakłopotanie również, że sumienie potrzebuje ciągłego spowiadania się. Bowiem wielkie grzechy koniecznie trzeba zostawić natychmiast (oszczerstwo, złodziejstwo, przekleństwo, itp.), a inne złe przyzwyczajenia i skłonności (na przykład nerwowość) przezwyciężane są nie nagle i nie od razu. Jednakże powiedzmy zdecydowanie: nie ma takiego grzechu albo wady, której by chrześcijanin nie mógł pokonać z pomocą Bożą poprzez głęboką spowiedź, choćby i częstą. I jeszcze ważnym jest wiedzieć: im szczerzej się spowiadamy, osądzając tylko samych siebie i w żadnym wypadku nie usprawiedliwiając się, nie odwołując się na okoliczności, nie pomniejszając ciężaru grzechu, tym większą przyjmujemy łaskę i tym radośniej jest kapłanowi spowiadać takiego człowieka.

A jeśli będziemy kręcić i udawać, to i od spowiedzi pożytku nie otrzymamy, duszpasterza Bożego zmartwimy. Bóg wyśmiany nie bywa – dlatego na spowiedzi mówić nieprawdy w żadnym wypadku nie można! Inaczej nasza spowiedź zmieni się w bluźnierstwo i będzie nam potępieniem. Nie wątpmy – nasze pokajanie przyjmuje Sam Chrystus przy widzialnym pośrednictwie kapłana.

Jak mianowicie się spowiadać? Dobrze niektórzy robią, zwracając się wprost do Boga, a nie do batiuszki: „Boże, zgrzeszyłem przed Tobą słowem, uczynkiem, myślą i wszystkimi moimi zmysłami, zgrzeszyłem w wiedzy i niewiedzy, wolą i niewolą…” Tymi szczerymi słowami wyraziwszy ogólną świadomość swojej winy i grzeszności, powinniśmy następnie kajać się w konkretnych grzechach… Kapłan swymi pytaniami pomaga nam wyjawić (zidentyfikować) przyczynę, korzeń tego czy innego grzechu; my zaś, nazywając swój grzech, postarajmy się poczuć do niego wstręt, nawet nienawiść, pokornie prosząc u Pana o przebaczenie. Spowiedź zwykle kończy się następującymi słowami: „Kajam się w wymienionych i we wszystkich zapomnianych grzechach i obiecuję strzec się przed nimi (czyli nie wracać do nich). Panie, pomóż mi poprawić się i żyć po prawosławnemu; ty zaś czcigodny ojcze, wybacz i rozgrzesz mnie od nich i pomódl się za mnie grzesznego”.

Następnie wypada stanąć na kolana i schylić głowę na znak pokornego pokajania i oczekiwania Bożego miłosierdzia. Kapłan odmawia nad nami rozgrzeszającą modlitwę, w której błaga dobroć Bożą o przebaczenie nam, pojednanie i ponowne zjednoczenie ze Świętą Chrystusową Cerkwią imieniem Pańskim.

Kiedy ja sam pierwszy raz wyspowiadałem się, drodzy czytelnicy, to dusza naprawdę ożyła we mnie! Wielką daje Pan łaskę za pokajanie i szczerą spowiedź ze łzami pokory! I jeśli można by było polecieć, to ja, wzbiłbym się w powietrze na skrzydłach, które nagle wyrosły za plecami! Ewangelia zaświadcza, że radość na niebiosach z powodu jednego kajającego się grzesznika bywa większa, niż z powodu dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. Daj Boże, abyśmy wszyscy chodzili w tej radości, bowiem nasz Bóg jest Bogiem kajających się, On przyszedł grzeszników zbawić i dać im życie wieczne.

Zapytacie mnie, jakie grzechy są najcięższe? Ja, oczywiście, wam odpowiem. Najgłębiej gnieździ się w naszym sercu pycha. Od niej człowiek duchowo ślepnie i nie uznaje siebie potrzebującym pomocy Bożej. Pycha pogrąża duszę w ciemność niewiedzy i niewiary. Jedni odrzucają istnienie Boga ustami, a inni odrzekają się od Chrystusa swoimi czynami. Straszny jest grzech gniewu i nienawiści. Tak dochodzą do naniesienia cielesnych okaleczeń i morderstwa. A przecież zaczyna się wszystko od małego – nieprzyjaźń i rozdrażnienie. W młodości Pan wymaga od nas przede wszystkim posłuszeństwa rodzicom i starszym. Kto sprawia przykrość i jest niegrzeczny wobec ojca ziemskiego, czyż może podobać się Ojcu Niebiańskiemu? W Słowie Bożym jeszcze napisane: „…Nie oszukujcie się: ani rozpustnicy… ani cudzołożnicy… ani złodzieje… ani pijacy… ani oszczercy… Carstwa Bożego nie posiądą”. Znaczy, tylko pokajanie może dać takim ludziom nadzieję na zbawienie. Warto zauważyć, że w księdze Objawienia (Apokalipsy) mówi się jeszcze o czarodziejach. Oczekuje ich niewątpliwa zagłada, jeśli nie pokajają się. Czyż nie mieliście okazji spotkać się ze współczesnymi czarodziejami? Niektórzy z nich nazywają siebie spirytystami. W żadnym wypadku nie można dopuszczać do serca grzechu przygnębienia i rozpaczy. Niewybaczalny jest całkowicie grzech samobójstwa.

Wielu powinno kajać się w tym, że nigdy jeszcze nie spowiadali się. A przecież prawosławny chrześcijanin tak potrzebuje spowiedzi, jak polne kwiatki odświeżającego letniego deszczu.

Czy często trzeba się spowiadać? Duchowni radzą: im częściej, tym lepiej. Gorliwi chrześcijanie skrupulatnie obserwują swoje sumienie: minie tydzień – a dusza już prosi o spowiedź. Kto spowiada się rzadziej, niż raz w miesiącu, z trudem może zachować czystość duszy. Spowiedź – to wielka łaska Boża i za każdym razem trzeba z głębi wdzięcznego serca dziękować za nią Panu Bogu.

A mimo wszystko najważniejszego w sprawie leczenia duszy jeszcze nie powiedziano. „Jak to może być – zdziwicie się – cóż więc najważniejsze?”

Po to się spowiadamy, po to też staliśmy się chrześcijanami, przyjąwszy święty chrzest, żeby mieć dostęp do sakramentu sakramentów – do priczaszczenija Swiatych Christowych Tajn (przyjęcia Św. Eucharystii).

Zwykle po spowiedzi, pojednani z Bogiem, radośni, jakby rozjaśnieni, uczestniczymy w Boskiej Liturgii – służbie, dokonywanej soborowo przy udziale duchownych i wiernych. Otwierają się pośrodku ikonostasu Carskie Wrota i wychodzi kapłan w świątecznych szatach, a w jego ręce – złota Czasza.

Kiedy pytam małe dzieci podczas lekcji niedzielnej szkoły, czy to zwykła Czasza, odpowiadają zgodnie: „Święta”. A dlaczego? „A dlatego, że w niej – Sam Bóg!” – mówią z przekonaniem. I rzeczywiście – w niej Sam Bóg! Pod postacią chleba i wina – życiotwórcze Ciało i Krew Chrystusa! Cały świat nie jest godzien jednej najmniejszej cząstki tej Świętości. Dla chrześcijanina nie ma nic większego od priczaszczenija Swiatych Christowych Tajn. Śmiało powiedzmy: tego, kto nie przyjmuje priczaszczenija, to i chrześcijaninem nazywać nie można. Wszyscy powinniśmy pamiętać słowa Pana: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego i pić Krwi Jego, to nie będziecie mieć w sobie życia; jedzący Moje Ciało i pijący Moją Krew ma życie wieczne, i Ja wskrzeszę go w dniu ostatecznym; bowiem Ciało Moje zaprawdę jest pokarmem, i Krew Moja zaprawdę jest piciem”. Żeby godnie priobszczit’sia (przyjąć Dary) (w dosłownym tłumaczeniu priobszczit’sia – znaczy dołączyć siebie, do Chrystusa; stać się uczestnikiem Wieczerzy, życia wiecznego), trzeba być czystym i duszą, i ciałem. Wyspowiadawszy się, na czczo, przystępujemy ze strachem i drżeniem do Świętej Czaszy. Zwykle poprzedza to kilka dni postu i wzmożone chodzenie do Cerkwi Bożej. Batiuszka doradzi, jak zadbać o wszystko konieczne. Najważniejsze – wielkie pragnienie zjednoczenia się z Odkupicielem, bowiem On bezmiernie kocha nas i Sam pragnie mieszkać w nas, jak też mówi: „Przebywajcie we Mnie, i Ja w was”. „Przyjmijcie, jedzcie: oto jest Ciało Moje. I wziąwszy czaszę… powiedział: pijcie z niej wszyscy; bowiem to jest Krew Moja… za wielu przelewana na odpuszczenie grzechów”.

Podchodząc do Świętej Czaszy, składamy na piersi nawskrzyż ręce na znak ofiarnej gotowości oddać siebie Panu, jak On oddaje Siebie nam. Kapłan ze złotej łyżeczki (po słowiańsku łżyca), wkłada nam do ust drogocenną cząstkę, wypowiadając: „Priczaszczajetsia rab(a) Bożij(ija) imia rek (nie powinniśmy zapomnieć wypowiedzieć swoje pełne imię) Prieczystaho Tieła i Czestnoj Krowi Hospoda i Boha i Spasa naszieho Iisusa Christa wo ostawlenieje hriechow i w żizń wiecznuju. Amiń” (Przyjmuje (dołącza się, czyni siebie uczestnikiem) sługa Boży(a) imię Przeczystego Ciała i Najświętszej Krwi Pana i Boga i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa w odpuszczenie grzechów i w życie wieczne. Amen).

W tym czasie chór, a często również modlący się w świątyni ludzie ze wzruszającą uwagą śpiewają: „Tieło Christowo priimitie, Istocznika Biessmiertnaho wkusitie” (Ciało Chrystusa przyjmijcie, ze Źródła Nieśmiertelności spożyjcie”). Przyjąwszy Święte Chrystusowe Dary, całujemy podstawę Czaszy jak żebro Chrystusa, przekłute kopią żołnierza i wydzielające krew i wodę. Odszedłszy, przyjmujemy z rąk przysługującego prosforę i naczynko tiepłoty (tak nazywa się woda z winem) i spożywamy bez pośpiechu. A nieco później, po zakończeniu Liturgii, wszyscy którzy przyjęli Priczastije słuchają dziękczynnych modlitw, zaczynających się słowami: „Sława Tiebie, Boże! Sława Tiebie, Boże! Sława Tiebie, Boże!” (Chwała Tobie, Boże! Chwała Tobie, Boże! Chwała Tobie, Boże!) W nich w istocie wyraża się wszystko. Bóg w nas. A my w Nim. Nie ma na ziemi większej łaski, bowiem w tym przedziwnym cudownym sakramencie darowana nam jest pełnia jedności z Bogiem. Priczastnik (Uczestnik Świętych Chrystusowych Tajemnic) zmienia się wewnętrznie i zewnętrznie. Dlaczego jasnym staje się jego czoło, oblicze i oczy oddychają spokojem i wielką radością? Dlaczego ci, którzy przyjęli Eucharystię poruszają się tak spokojnie z pietystycznie (czcigodnie), jakby trzymali na rękach Boskie Dzieciątko Jezusa? Z jakiego powodu, kiedy indziej rozmowni i gadatliwi, w tym momencie są uroczyście milczący? Bóg wylał na nich łaskę Ducha Świętego! Ta łaska jak myślowa światłość olśniła ich umysł i uczyniła go jasnym, czystym, przenikliwym, zdolnym rozumieć duchowe i ziemskie tajemnice. Serce oświecone łaską, rozkoszuje się niewytłumaczalnym spokojem. W tym czasie chrześcijanie doświadczalnie poznają sens i moc słów Zbawiciela: „Priiditie ko Mnie, wsie trużdajuszczijesia i obriemieniennyje, i Ja uspokoju was” (Przyjdźcie do Mnie, wszyscy spracowani i obciążeni, i Ja dam wam ukojenie). Jeśli można być na ziemi w stanie błogości, to właśnie Święta Czasza priczaszczenija daruje nam tę błogość. A jak słaba jest i zmienna wola ludzka, pozostawiona sama sobie! Wzmocniona zaś Chrystusowymi Darami, ona świadczy razem z Apostołem Pawłem: „Wszystko mogę w umacniającym mnie Chrystusie”. W ten sposób prawosławnym chrześcijanom darowane jest, w niepojęty sposób łączyć w sobie uczucie pokory, świadomości własnej niemocy i odważną wiarę we wszechmocną pomoc Bożą.

Przyjmując Eucharystię z jednej Czaszy, my prawdziwie stajemy się członkami Ciała Chrystusowego, Którym jest Cerkiew. Pan wiąże nas ze Sobą i każdego z każdym najściślejszą jednością tak, że o wierzących apostołowie mówili: „U wszystkich zaś wierzących było jedno serce i jedna dusza”. Przyłączać się (przyjmować Eucharystię) według przykazania apostolskiego należy nie rzadziej niż raz w miesiącu, uważnie analizując swoje sumienie, aby wielki Sakrament nie stał się nam na potępienie. Resztę, drodzy moi, niech uzupełni samo życie! Lepiej jeden raz zobaczyć, niż siedem razy usłyszeć. A zobaczywszy raz, poczujemy serdeczne pragnienie być stałymi uczestnikami tego Sakramentu Bożej miłości.

 

IX. OJCZYZNA (RODINA)

Już niemało porozmawialiśmy o mamie, przez którą Bóg darował nam ziemskie życie, o Matce Cerkwi, za pośrednictwem której wstąpiliśmy do życia duchowego; przyszła kolej porozmawiać o Ojczyźnie, której służąc na ziemi, przygotowujemy siebie dla nieba. Wsłuchajcie się w samo słowo „Rodina” („Ojczyzna”). Co ono wam powie? Ojczyzna-matka – to ziemia, która nas zrodziła i wyhodowała nas; Ojczyzna – to ziemia, od której droższej nie ma i być nie może; Ojczyzna – to ziemia mojej rodziny, moich bliskich, moich krewnych, moich przodków, z pokolenia na pokolenie z miłością, poświęceniem, a najważniejsze, z wiarą pracujących i modlących się w niej. Ojczyzna… Kochać ją – znaczy znać jej przeszłość, żyć jej teraźniejszością i modlić się o jej przyszłość. Kochaj swoją Ojczyznę – i ona doda tobie sił, choćbyś był słaby; samotnego otoczy ona przyjaciółmi i kolegami, doświadczającemu ubóstwa daruje obfitość, człowieka nieznaczącego i małego uczyni szlachetnym i sławnym. Póki jesteśmy z nią, z jej smutkami i trudnościami – jesteśmy szczęśliwi, bowiem podzielamy jej los i mamy jedność ze swoim narodem. A jeśli zostaniemy bez niej i poza nią – to życie, nawet najobfitsze i swobodne, stanie się bezbarwne i złudne, bowiem drugiej Ojczyzny na ziemi znaleźć nie można, zwłaszcza jeśli pierwsza nazywała się Świętą Rusią.

Czuła miłość do Ojczyzny, umiejętność cenić Ojczyznę i przeżywać za nią duszą, pragnienie służyć jej nie ze strachu, a ze względu na sumienie są tymi duchowymi zaletami, bez których człowiek nie ma prawa uważać się za człowieka. Ale pośpieszmy zastrzec, drogi czytelniku. Niezbadane są wyroki Pana. Opatrznością Bożą wielu, wielu ruskich ludzi, w wyniku niezależnych od nich okoliczności, znalazło się daleko od swojej Ojczyzny. Jednakże jeśli ją kochasz, to nigdy nie zapominasz, wszystkie myśli i nadzieje – w niej. Znaczy – ty z nią, a ona w tobie, dlatego że miejsce Ojczyzny – w sercu człowieka, choćby stopy jego chodziły po obcej ziemi.

Kiedy rozmyślasz o Ojczyźnie i chcesz w kilku słowach opowiedzieć o niej, jak ona przepiękna, to najlepiej byłoby wziąć do rąk pędzel malarski i zamiast słów wykorzystać farby, a zamiast kartki papieru – płótno. W najgorszym wypadku, każdy z nas może w wyobraźni namalować obraz, podobny do sawrasowskiego „Gawrony przyleciały” „Wieczornego dzwonu” Lewiatana czy „Milczenia” Niestierowa. Rosja, Ojczyzna, Ruś – to bezkresne pola, falami uchodzące do horyzontu, i bielejące brzozy, które cieszą wzrok swoim zielonym listowiem; i oczywiście wysoka cerkiew z błękitnymi, jak niebo, kopułami, których złote krzyże są jakby roztopione w promieniach zachodzącego słońca. „Nie pojmie i nie zauważy dumny wzrok obcokrajowca, co przenika i tajemniczo świeci w nagości twojej pokornej” – pisał o Ojczyźnie jej wierny syn, obdarzony wielkim poetyckim talentem. A my z wami, dzieci Rosji końca XX stulecia, czy możemy odgadnąć tę tajemnicę ruskiej przyrody, tak skromnej i dyskretnej, a zarazem tak ujmującej w swoim niewyszukanym pięknie?

Rzeczywiście, nie spotkacie w umiarkowanej strefie Rosji obfitości kolorów i fantazyjności form, właściwych florze i faunie klimatu tropikalnego. Tu wszystko z umiarem, wszystko naprowadza myśleć o pokorze. „…Nauczcie się ode Mnie, bowiem Ja jestem cichy i pokornego sera” – uczy nas Chrystus.

Niektórzy widzą w ruskiej przyrodzie odbicie tajemnicy Wcielenia, to znaczy cielesnego zjawienia się Boga. Boskość Chrystusa Zbawiciela była ukryta w ludzkiej naturze, pięknej, łagodnej i skromnej. I nasza ziemia taka – przez jej miękkie, delikatne zarysy „przenika i tajemniczo świeci” najwyższa mądrość, wszechmoc i dobroć Stwórcy. Należy wiedzieć, że niegdyś Prawosławna Ojczyzna nasza za pobożność chrześcijan, żyjących w niej, nazwana była Domem Przenajświętszej Bogarodzicy. Sama Przeczysta Panna rozpostarła Swoją opiekę (przykrycie) nad błogosławionymi ziemiami naszej Ojczyzny. Oto dlaczego, myślę, tak lekko jest modlić się w Rosji – gdzie byś się nie znalazł: w Uspienskim Soborze Moskiewskiego Kremla, każdy kamień którego – historia i świadectwo o wielkiej Rusi; w wiejskiej cerkiewce, zagubionej między górami i dolinami; pośrodku tylko co zżętej niwy czy pod gęstym baldachimem wiekowych drzew ruskiego lasu. Ziemia w tym kraju łączy się z niebem, a linia horyzontu przypomina o delikatnej granicy między czasem i wiecznością, o bliskości dnia końca.

Powiedzieliśmy, że nie może być miłości do Ojczyzny bez znajomości jej historii, przekazów najgłębszych dawnych czasów. A osobliwości naszej historii, historycznego kroczenia Rusi z głębi stuleci ku drugiemu przyjściu Chrystusa Zbawiciela i Jego Sądu – w służbie Prawosławnej wierze i Cerkwi Chrystusowej, której najważniejszą rzeczą na ziemi – jest zbawienie ludzkich dusz.

Ze względu na ten wielki cel Pan przekonał wielkiego kniazia Władimira przyjąć Święty Chrzest, a jego potomkom – zbierać ziemie wokół Księstwa Moskiewskiego. Dla rozprzestrzenienia światła Ewangelii Zbawiciel pomnożył liczbę prepodobnych mnichów, z których wielu rozsławiło Pana apostolskim głoszeniem w nieznanych krainach północy i wschodu przyszłego Rosyjskiego Imperium. Ten, kto kocha swoją Ojczyznę, nie może nie wspominać z wdzięcznością o pobożnych kniaziach i kniahiniach, bogobojnych carach i carycach, którzy od samego Pana Boga przyjęli brzemię władzy i odpowiedzialności za kraj i poddanych wiernych. Pośród nich również wielki kniaź Michaił Czernihowski, który poszedł na męki za Chrystusa do dalekiej i strasznej Ordy, także łagodny samowładca Monarcha Nikołaj II, zabity za Ojczyznę i modlący się za swoich oprawców.

Miłość do wielkiej Ojczyzny wlecze nas ukłonić się przed bojową sławą ruskiego narodu, który w ciągu całej swojej męczeńskiej historii niósł sztandar czyniącego pokój i obrońcy, ofiarnie składającego życie za swoich przyjaciół. Tak było w XIV stuleciu nad rzeką Niepradwą na Kulikowym Polu. Tak było w XX wieku w bojach na Kurskim Łuku, pod Stalingradem i podczas zdobywania Berlina. Wieczna pamięć dzieciom Rosji i jej wojsku od wdzięcznej Ojczyzny i potomków!

Ojczyzna – to również nasze monastery, od najstarszych, takich jak Kijewo-Pieczerska Ławra, do Sierafimo-Diwiejewskiego monasteru, istnienie którego związane jest ze zwycięstwem Prawosławia nad ogólnoświatowym bezprawiem i odstępstwem od Boga w osobie antychrysta. Czytelniku! Pomyśl tylko: na ziemi, gdzie żyjesz, znajdują się trzy (z czterech) dziedzictw Przenajświętszej Bogarodzicy, Carycy Niebieskiej!

Obok Kijewo-Pieczerskiego i Sierafimo-Diwiejewskiego monasteru do tych dziedzictw jeszcze wchodzą: Iwierska Góra w Suchumi i Atos – sławny półwysep w Grecji, gdzie nie stąpa noga kobiety, miejsce, którym zarządza niewidzialnie Sama Boża Matka. I jeśli ty nie byłeś w funkcjonującym monasterze, podobnym do Wałaamu albo Sołowków, to obraz Ojczyzny nie jest jeszcze kompletny w twojej duszy. Ale kiedy zobaczysz monasterskie ściany z ogromnych głazów, nad którymi, wydaje się, sam czas nie ma władzy, kiedy usłyszysz cichy monasterski śpiew, kiedy spróbujesz słodkiego monasterskiego chleba i poczujesz przyjemne zmęczenie dzieląc z braćmi trudy i „posłuszeństwa” – oto wtedy pojmiesz i zrozumiesz, jaki skarb posiada ruski prawosławny człowiek. Skarb, w blasku którego gasną i piękna Paryża z wieżą Eiffla, i wszystkie dobra technicznego postępu, pędzące, hałasujące, fosforyzujące gdzieś w okolicach Manhattanu w Nowym Jorku.

Czy jest potrzeba przypominać wam, przyjaciele, powiedzenie „najmądrzejszego człowieka Rosji”, jak wyraził się o Puszkinie Monarcha Nikołaj I? Mnichom, pisał poeta, zawdzięczamy swoją historię, a więc i oświecenie. Tak-tak! Historia Ojczyzny, utrwalona od początków na pergaminie, w zwitkach, w latopisach, pisana jest przez mnichów! „Skąd wzięła korzenie Ruska Ziemia?” – zastanawiał się nad tym pytaniem święty mnich Kijowskich Pieczar Nestor i dał początek Latopisom minionych lat. I od tej pory, od wczesnego średniowiecza aż do dziś, spełnia się na ruskim oświeconym monastycyzmie słowo naszego poety-mędrca:

Kiedyś mnich pracowity
Znajdzie moją pracę, gorliwą, bezimienną,
Zapali, jak ja, swoją łampadę -
I, kurz wieków z kart otrząsnąwszy
Prawdziwe historie zapisze,
Niech znają potomni prawosławnych
Ziemi ojczystej miniony los…

Znaczy, monastery Rosji, to nie tylko modlitwa, nie tylko budowle, ale i biblioteka, i poszukiwania naukowe. Rzeczywiście, odkrycia zawsze szły ręka w rękę z niebiańskimi objawieniami, a przenikliwa wiara, połączywszy się z badawczym rozumem, tworzyła potęgę historycznej wielkiej Rosji…

O Ojczyźnie nie można myśleć i bez tego domu, gdzie urodził się czytający te linijki, skromnego podwórka czy ogródka, gdzie niepostrzeżenie płynie czy już upłynęło nasze dzieciństwo. I kiedy znów nagle zobaczysz ten dom po długiej rozłące i delikatnie dotkniesz pnia drzewa, którego życzliwy cień chronił ciebie przed południowym upałem w dziecięce lata, wtedy słodko ściśnie serce i w oczach zakręcą się łzy nieskończonego uczucia miłości do ziemi, która ciebie zrodziła.

Jest u Aleksandra Puszkina wiersz, w którym zawarte są nadzwyczaj ważne dla nas myśli. Poeta pisze, że cała niezależność człowieka, rękojmia wielkości jego zawierają się w miłości do ojcowskich grobów… i do rodzinnego ogniska.

Tak, rzeczywiście święte miejsce – cmentarz. Tu, jak nigdzie, uspokajasz się duszą. Wszystko zapożyczone, powierzchowne, próżne nagle dokądś odchodzi. Człowiek staje przed obliczem wieczności… Na pewnym pomniku był wycięty w kamieniu napis: „…błogosławieni (szczęśliwi) umarli, umierający w Panu… oni posiądą pokój od trudów swoich, i dzieła ich idą w ślad za nimi”. Tu, przy mogilnym kamieniu, nie tylko znajdujemy sens życia, ale tu odradza się nasza historyczna pamięć, związuje się nić wieków. Przeszłe i przyszłe staje się teraźniejszym, kiedy patrzy na nie Pan Jezus Chrystus; a On „wczoraj i dziś i na wieki Ten sam”.

Cmentarz – to też Ojczyzna, i jeśli tobie, czytelniku, przydarzy się kiedykolwiek położyć żywe kwiaty na mogiłę Oslaba i Pierieswieta, to, patrząc na niegasnącą łampadę, płonącą przed pomnikiem, zrozumiesz, że u Boga wszyscy są żywi, bowiem czyniący wolę Pana umrzeć nie może. Zadatkiem wielkości i niezależności prawosławnego człowieka jest wiara w powszechne zmartwychwstanie zmarłych. Wszystkich nas, i małych, i wielkich, oczekuje spotkanie ze sobą przed strasznym tronem Sędzi Chrystusa.

Tak więc, Ojczyzna – to ziemia, osolona potami prepodobnych ojców i ascetów, omyta krwią męczenników i nowych męczenników za Chrystusa, wyznawców rosyjskich, oroszona łzami ruskich żon i matek, odprowadzających mężów i synów swoich na śmiertelną walkę z wrogami Ojczyzny. Podziwiaj z szacunkiem tę ziemię, ruski człowieku, i służ tej ziemi ze wszystkich sił duszy twojej, żeby przyjęło ciebie Niebo, ta duchowa Ojczyzna, do której zawsze dążyła Święta Ruś w osobach najlepszych swoich synów.

 

X. NASZ JĘZYK I NASZE SŁOWO (MOWA)

Osobowość każdego z nas jest wyjątkowa i, co więcej, niepowtarzalna. Wydawałoby się, wszyscy mają duszę i ciało, spotyka się niemało podobnych do siebie ludzi, ale jednak... Powierzchowność, postawa, styl ubierania się zawsze są indywidualne, a zwłaszcza nasz język, mowa, słowo.

Powiedz mi kilka słów i ja dużo opowiem ci o twojej duszy. Rzeczywiście, nasza mowa chcąc nie chcąc ujawnia to, co skryte jest głęboko w sercu, albo, jak powiedziane jest w Ewangelii, „z obfitości serca mówią usta”. W czym więc tu tajemnica?

Spróbujmy przeanalizować, gdzie w człowieku rodzi się słowo. Przyjęte jest uważać za takiego przodka umysł, chociaż Biblia świadczy o ścisłym związku umysłu z sercem i nie sprowadza pierwszego tylko do działalności rozsądku. Zrodzona przez umysł myśl współistnieje z nim; każdy wie, że myśli żyją w nas, rodząc się i zastępując jedna drugą, pobudzają umysł do wewnętrznego działania. Ale oto myśl staje się słowem. Myśl ucieleśnia się, obleczona w dźwiękową albo literową odzież, jest słowem. Słowo, wychodząc z nas i wchodząc w serce słuchającego lub czytającego, żyje w nas dalej. Powiedziawszy czy napisawszy, nic nie tracimy, w tym czasie jak przyjmujący nasze słowo, wyraźnie, zyskuje. Przy tym słowo przepełnione jest pewną duchową mocą, której źródłem – jest nasze serce. Tę moc każdy przyjmujący słowo odczuwa i uświadamia sobie. Mówią, że dar słowa szczególnie upodabnia człowieka do swego Stwórcy Boga. Tajemnica Boskiej Trójcy znajduje swoje odbicie w ludzkiej duszy. Nie mający początku Ojciec (Rozum) odwiecznie rodzi Syna (Myśl), który stał się człowiekiem, wcielił się i nazywany jest w Biblii Słowem. Trzecia zaś Osoba Trójcy – Duch Święty. On schodzi od Ojca i spoczywa na Synu. Podobnie nasz umysł, oczywiście, ograniczony i słaby, rodzi myśl, która po ucieleśnieniu się nazywana jest słowem. Każdemu słowu odpowiada duchowa moc, która pochodzi z umysłu, ściśle związanego, według Biblii, z tym sercem.

Krótko mówiąc, słowo odsłania tajemnicę umysłu i serca. Słowo odkrywa obraz myśli człowieka. Słowo świadczy o tym, jaka moc, dobra czy zła, żyje w ludzkiej duszy.

Jeśli słowo twoje jest pochlebne i oszukańcze, przeniknięte duchem pychy, złości czy drażliwości, jeśli słowo przepełnione jest jadem osądzenia, to o ileż bardziej serce, z nadmiaru którego mówisz, odkrywając tylko niewiele z tego, co skrywasz w nieczystej twojej duszy. I przeciwnie, kiedy słyszymy słowo szczere i jasne, słowo dobre i radosne, pocieszające i pojednawcze, pozostaje nam tylko domyślić się o tym skarbie duchowym, jakim jest dusza mówiącego. Jednak, Chrystus Zbawiciel nakazuje nam rozpoznawać człowieka nie według słów tylko, ale i według uczynków. „Po owocach ich poznacie ich”.

Nasz sposób myślenia, czy światopogląd, jak i język, są w wielkiej zależności od stylu życia. Człowiek, prowadzący życie naganne, haniebne, postępujący niegodziwie i bezwstydnie, również filozofię wybiera sobie zgodną we wszystkim z zepsutym charakterem. I jakby nie starał się on zamaskować siebie słowem przymilnym i górnolotnym – szydła w worku nie ukryjesz. Okrutne czy nieczyste serce zawsze się wygada i niechcący się odkryje, poraziwszy, ukąsiwszy nieoczekiwanie słuchacza jakimś zjadliwym, cynicznym czy haniebnym słówkiem, które jakby przypadkiem wyrwało się z pochlebnego i górnolotnego języka.

A czy wiecie, mili nasi czytelnicy, że można przy pomocy słowa wyleczyć i, co więcej, wychować, wypielęgnować duszę czystą i wspaniałą? Przede wszystkim należy usunąć ze swego języka (czy, jak się mówi, słownika) wszystkie słowa, dotykające i raniące nasze moralne odczucia. „Żadne zgniłe słowo niech nie wychodzi z ust waszych…” – daje nam przykazanie święty Apostoł Chrystusowy. Dopóki pozwalamy podobnym słówkom kalać nasz własny i czyjś słuch, nie może być nawet mowy o jakimkolwiek moralnym, podobającym się Bogu życiu. „Powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu; albowiem na podstawie słów swoich będziesz usprawiedliwiony i na podstawie słów swoich będziesz potępiony” – ostrzega nas Ewangelia.

Kiedy zaś my, porządnie potrudziwszy się nad sobą i swoim życiem, wprowadzimy do naszej świadomości, umysłu i serca słowa zaprawdę święte, niezniszczalne: Bóg, Pan, miłosierdzie, czystość, niewinność, wiara, prawda, pokój, radość i pozostałe – wtedy zmieni się nasz obraz myśli i serce stanie się dostępnym dla oddziaływania innej siły, łaski Bożej, która wzmacnia chrześcijanina w jego dążeniu do wypełniania przykazań Ewangelicznych. Ale jak, zapytacie, wprowadzić do świadomości te cudowne słowa, jak oczyścić nimi umysł, aby Duch Święty oświęcił i serce nasze, myśli, pragnienia, i działania? Odpowiedź jest prosta: módlcie się. Wszystkie modlitwy Prawosławnej Cerkwi, poczynając od modlitwy Pańskiej („Otcze nasz”), okazują się właśnie tym świętym ogniwem, które łączy duchowe, rozumne stworzenie, człowieka, z Bogiem Słowem.

Między innymi, dlatego Iwan Turgieniew, wielki pisarz wielkiej ziemi nazwał nasz język potężnym i wspaniałym, że on łączy w sobie, jak w jednym potoku, dwa żywe strumienie – element świętego cerkiewno-słowiańskiego języka i element prostego, wyrazistego, pojemnego i mądrego ludowego, potocznego, ze stopu (połączenia) których uformował się nie bez puszkinowskiego geniuszu rosyjski język literacki. Jeszcze Michaił Łomonosow pisał o korzyści czytania w młodości cerkiewnych ksiąg, a w Dawnej Rusi Czasosłow i Psałterz były poradnikami (pomocami) dla początkujących w oswajaniu gramoty i zdobywających praktyczne umiejętności czytania.

Jestem przekonany, że, jeśli chociaż u jednego z naszych czytelników jest osobisty molitwosłow (właśnie tak nazywa się zbiór porannych, wieczornych i pozostałych modlitw), on już nigdy nie pozwoli sobie nie tylko, żeby użyć brzydkiego słowa, ale nie będzie w stanie, na próżno, nadaremnie, wypowiadać imienia Bożego, co w ustach współczesnych ludzi, niestety, słyszysz cały czas.

Z dzieciństwa wszyscy pamiętamy pouczenia dorosłych o tak zwanych magicznych słowach: zdrawstwujtie, pożałusta, spasibo (dzień dobry, proszę bardzo, dziękuję). Ale nie wszyscy, być może, wnikali w ich wewnętrzny sens. Wymawiając powitanie, wcześniej serdecznie życzyli rozmówcy długich lat życia w zdrowiu i pomyślności (zdrawstwujtie – w dosłownym tłumaczeniu oznacza – bądźcie zdrowi); używając słowa „proszę bardzo”, wyrażano szacunek do człowieka, starszego wiekiem i mądrego doświadczeniem życiowym. Właśnie z takimi słowami „proszę bardzo, starcze” w dawnych czasach zapraszano do swego domu wędrowca, utrudzonego podróżą, albo proszono siąść zaproszonego na bardziej honorowe miejsce, bliżej głowy rodziny. „Niech wybawi cię Chrystus, niech wybawi ciebie Pan, niech wybawi ciebie Bóg” – oto co napełnia dzisiejsze „spasibo” – nie po prostu słowną wdzięczność, nie formułę uprzejmości, ale modlitwę o zbawienie, otrzymanie łaski u Pana w dniu Sądu. Czyż nie jasnym się staje, że, używając „z sensem” tych słów, ogrzewamy naszą mowę tchnieniem Bożej łaski, czynimy nasze kontakty z ludźmi naprawdę ciepłymi i serdecznymi, przyciągamy i na własną duszę łaskę Bożą.

Jak wielki jest dar słowa, tak smutne konsekwencje niewłaściwego użycia tego daru. Język, darowany przez Stwórcę dla wysławiania Jego imienia i pomnażania dobra w kontaktach z innymi, może być powodem osądzenia na wieczną zgubę nie kajającego się grzesznika! Pomyśleć tylko, prawda Boża, jak obiecane jest w Ewangelii rozliczy nas za każde niepotrzebne słowo! A przecież każde słowo, puste, bez znaczenia, powiedziane bez sensu i bez pożytku, może być zaliczone do kategorii niepotrzebnych. Co dopiero mówić o pozostałych – ostrych, uszczypliwych, brzydkich, wulgarnych, podstępnych?! Oto dlaczego powstało powiedzenie: „Język mój – wróg mój”. Na szczęście, nasi czytelnicy wiedzą, że w Sakramencie spowiedzi Miłosierny Pan wszystko wybacza, jeśli kajasz się z twardym zamiarem poprawy.

Na zakończenie chciałbym zaproponować wam trzy moje złote zasady języka. Kto wypełni je, przestanie grzeszyć językiem, co, zgodzicie się, rzecz niemałoważna.

Zasada pierwsza. „Myśl, co mówisz”. Innymi słowy, zważ w umyśle to słowo, które znajduje się na koniuszku twego języka. Pomyśl jak należy, a potem dopiero mów. I nigdy tego nie będziesz żałować.

Zasada druga. „Nie mów tego, czego nie myślisz”. Nie bądź przebiegły, nie kręć. Lepiej przemilczeć, niż powiedzieć nieprawdę.

Zasada trzecia. „Nie mów wszystkiego, co myślisz”. Ta zasada nie wzywa nas, jak, być może, niektórym się wydaje, do obłudy i przystosowania się (przytakiwania). Ale radzi ona prawidłowo oceniać rozmówcę i nastawienie jego duszy. A czy gotów on jest dziś usłyszeć od ciebie te słowa, które spokojnie przylgną do jego serca trzy dni później? A czy przyniesie mu korzyść to, co zamierzasz powiedzieć? A czy trzeba mu słyszeć twoją opinię w tej sprawie? A czy nie narazisz kogoś, czy nie zdradzisz czyjejś tajemnicy swoim nieostrożnym słowem? I dziesiątki innych „A” mogą usprawiedliwić tę zasadę. Słowem, nie wszystko, co myślisz, mów.

Niektórzy sprowadzali trzy wspomniane zasady do jednej złotej formuły mądrej mowy: „Myśl, co mówisz, komu mówisz, po co mówisz, gdzie mówisz i jakie będą tego konsekwencje”.

Zakończymy obszerny rozdział o języku i słowie prostym życzeniem: przyjaciele, więcej czytajcie dobrych, mądrych, pożytecznych, a przede wszystkim „świętych” książek! „Z kim przestajesz – taki się stajesz” – mówi nie na darmo przysłowie. Niech waszą zasadą od dziś będzie pradawne: „Ani dnia bez linijki (tekstu)”. Choćby przeczytanej linijki, która przejdzie do złotych zasobów waszej pamięci.

 

XI. OJCOWIE I DZIECI

W tym rozdziale będziemy kontynuować rozmowę o poszanowaniu rodziców. Wydaje mi się, że nikomu z naszych młodych czytelników ten temat nie powinien znudzić się, ponieważ wypełnienie przykazania „Czcij ojca i matkę twoją...” jest ważnym obowiązkiem i wysiłkiem młodego chrześcijanina.

Dwudziesty, jak i dziewiętnasty wiek wielu przyuczył do myśli o nieuchronności pojawienia się problemu ojców i dzieci w życiu rodziny. Istota tego problemu – w tragicznym niezrozumieniu siebie nawzajem przez przedstawicieli dwóch pokoleń, w niezdolności i niemożliwości zachowania jednomyślności i duchowego związku przez „wiek teraźniejszy i wiek miniony”. Rodzice wydają się być dobrymi, ale pozostającymi w tyle za szybkim postępem czasów cudakami, a młodzi ludzie – pędzącymi w jasną i porywająca przyszłość bohaterami. Młodzi bohaterowie, być może, i nie całkiem rozumieją, dokąd pędzą, najważniejsze – aby do przodu, aby tylko szybciej wyrwać się spod rodzicielskiej opieki i skosztować prawdziwej swobody bez męczących ograniczeń i uwarunkowań narzuconych przez przodków, rodziców, wszystkich, którzy przeżyli lub dożywają swój wiek. Zarażeni gorączkowym pragnieniem przyłączyć się do „wielkiego i prawdziwego, współczesnego” życia nasze dzieci rzeczywiście tracą zdolność popatrzeć na siebie z boku czy nawet po prostu obejrzeć się wstecz…zobaczyć pokryte przedwczesnymi zmarszczkami czoło ojca, zastygłe w strachu i obawie o przyszłość dziecka, bolesne oczy matki, przepełnione goryczą niewypłakanych łez, pełne wyrzutu i skruchy kręcenie głową babci i dziadka, niezasłużenie zapomnianych przez wnuka i pozostawionych bez odrobiny uwagi, tak drogiej starszym ludziom. I podczas, gdy młoda latorośl stara się dogonić odchodzący w niebyt dwudziesty wiek, przyswajając sobie wszystkie najgorsze gusta i przyzwyczajenia ludzi biznesu, żyjących bez wiary, nadziei i miłości, w ojcowskim domu cicho: matka znajduje pocieszenie w niewesołej rozmowie z samotną sąsiadką, ubolewającą z powodu własnego syna, ojciec pogrążył się z głową w czytanie technicznego czasopisma, aby tylko na jakiś czas stłumić niepokój, a babcia niedostrzegalnie modli się, od czasu do czasu spoglądając w ciemne okno: gdzież to przepadł siedemnastoletni wnuczek, kiedy już godzina pierwsza w nocy… A ten, zdaje się, i nie czuje, ile niespokojnych myśli i obaw zrodziło bezduszne „nieludzkie” postępowanie; czyż mu do rodziny, kiedy otaczają go nowi ludzie, nowe czasy, nowe perspektywy?

Czyż naprawdę, wykrzyknie czytelnik, ta perspektywa naprawdę jest nieuchronna? Czyż tragicznego konfliktu, niezgody, oddalenia, rzeczywiście uniknąć nie można? Nieszczęśliwi ojcowie, po trzykroć nieszczęśliwe dzieci!

„Nie oszukujcie się: złe towarzystwo niszczy dobre obyczaje” (1 Kor. 15, 33). „Dzieci, słuchajcie swoich rodziców w Panu, albowiem wymaga tego sprawiedliwość. "Czcij ojca twego i matkę", to – pierwsze przykazanie z obietnicą: "Aby dobrze tobie było, i abyś był długowieczny na ziemi". I wy, ojcowie, nie rozdrażniajcie dzieci waszych, ale wychowujcie je w nauczaniu i napominaniu Pańskim” (Ef. 6, 1-4).

Jestem przekonany, że wszyscy moi czytelnicy od razu zrozumieli, skąd wzięte są te pouczenia. Według ducha pokoju i miary, proroczej mądrości i największej miłości jest jasne – tak może pouczać jedynie Apostoł Chrystusa: demaskować nie obrażając; napominając – pocieszać.

Pozostawiwszy do lepszych czasów przedmiot wychowania, wyjaśnimy, z Bożą pomocą, wszystko, co ukrywa się w słowie „czcić”, na ile starczy nam sił, rozumie się.

I przede wszystkim – modlitwa za rodziców. Jak sprawdzić siebie – kochasz człowieka czy nie? Brniesz ścieżką oszustwa, fałszu czy kroczysz drogą bezinteresownej miłości? Jeśli kochasz – to pamiętasz. Prawdziwie i szczerze kochającemu właściwym jest zawsze myśleć o człowieku i mieć go w swoim sercu. A jeśli myśli o bliźnim wypełniają twoje serce, ty nie możesz nie modlić się za niego. Oto dlaczego modlitwa, serdeczna i troskliwa, jest podstawą czci wobec rodziców. Modląc się za nich, prosimy u Wszechmogącego Pana odpuszczenia ich grzechów, mnożenia ich lat w zdrowiu, Bożej pomocy ojcu i matce w ich niedoli i chorobach, pomocy we wszystkich dobrych sprawach. Modlitwa dzieci za rodziców przezwycięża i nawet całkiem usuwa urojony „problem ojców i dzieci”… Bo i jakie mogą być problemy tam, gdzie ma miejsce tylko wzajemne uznanie, czułość, radość kontaktu, z pełnią których porównywalna może być jedynie miłość małżeńska? Małe słowo zdolne jest dokonać wielkich dzieł. Złe słowo może nanieść nieodwracalne szkody, zranić i nawet zabić, ale naprawdę dobre słowo może i powinno leczyć, godzić, uspakajać, pocieszać i ogrzewać. Słowo miłości niesie z sobą światło i życie… Dlatego, nasi młodzi przyjaciele, nie bądźcie skąpi w słowach powitań i pożegnań, wyrażających najszczersze i najserdeczniejsze uczucia do ojca czy matki! Mówiąc szczerze, niektórzy współcześni młodzi ludzie utracili zdolność wypowiadania się po ludzku. Oszczędzając na słowach, taki oszczędza też na uczuciach, nie wykorzystując energii miłości, pozbawia siebie samego daru miłości i staje się człowiekiem w futerale egoizmu i bezduszności. Roztopić grzeszne pancerze hardości, zmiękczyć swoje twarde serce można, jak pamiętamy, wprowadzając do własnej świadomości nowe, dawno zapomniane słowa z języka miłości do Boga i ludzi. Wtedy zamiast naszego urywanego „burkania”, niezdarnego języka wykrzykników przyjdzie słowo, namaszczające i odradzające dusze. Bardzo wiele znaczy w kontaktach z dorosłymi również wyraz twarzy, zewnętrzne normy postępowania. Kiedy wcześnie rano z kwaśnym czy nawet ponurym spojrzeniem przejdziemy obok matki, w najlepszym razie coś tam mruknąwszy w odpowiedzi na jej powitanie, to już zgrzeszyliśmy przeciwko przykazaniu. Jeśli, przeciwnie, życzliwie uśmiechniemy się, z serdeczną uwagą popatrzymy na rodzicielkę, jeśli, jak w dzieciństwie, obejmiemy i pocałujemy, to, nawet nic nie powiedziawszy i nie czyniąc więcej, sami tego nie wiedząc, uczynimy matce święto, które zmusi ją odmłodnieć i poczuć się szczęśliwą…

Na koniec, powiemy o czynnym wyrażeniu miłości. „…Wiara, bez uczynków, martwa sama w sobie” – świadczy Apostoł. Doceniające i wdzięczne serce nie pozwoli nam siedzieć z założonymi rękami wtedy, kiedy rodzice, jak pszczółki, pracują w domu, nie znając zmęczenia. Dobrze postępują te dzieci, które, nie czekając na ponowną prośbę, śpieszą wykonać polecenie rodziców.

Ale prawdziwie podobają się Bogu ci, którzy sami, bez niepotrzebnych przypominań, robią niezbędne, przysłuchując się nakazom sumienia wcześniej, zanim matka powiedziała słowo. Miłość, mówią, wyszukuje słowa, miłość wpaja i zachęca czynić rzeczy, mówiące znacznie głośniej i bardziej przekonująco, niż gołosłowne zapewnienia i uznania. Im starsi i słabsi stają się nasi rodzice, tym większej życzliwości z naszej strony oni potrzebują. Był czas, kiedy ojciec i matka brali na siebie ciężar trosk i opieki nad rodziną, zapominając o sobie, służąc dzieciom; jak dwa wielkie ptaki kręcili się nad gniazdem, karmiąc swoje ciągle głodne pisklęta. Ale lata upłynęły szybko. Dzieci obrosły w piórka, dawno już wyfrunęły spod rodzicielskich skrzydełek i zaczęły prowadzić samodzielne życie, często nie pojmując dobrze, komu zawdzięczają swoją siłę, rozum, umiejętność spotykania pokus, trudności i pokonywania ich. Jestem przekonany: ten, w czyjej duszy żyje Bóg, nigdy nie będzie w stanie i nie zechce jakimś obcym ludziom powierzyć opieki nad swoimi postarzałymi rodzicami! Nie za ciężki, a za święty obowiązek należy uważać wszystkie niezbędne wysiłki związane z utrzymaniem ich życia, kiedy wieczność już będzie stukać do ich serc. Za jedną z najważniejszych spraw należy uważać zaproszenie do ojca i matki kapłana, jeśli pójście do cerkwi z powodu starości albo stanu zdrowia stało się dla nich niemożliwe. Przy czym wcale nie należy doczekiwać się tej chwili, kiedy bliski nam człowiek już stracił zdolność odbierania otaczającego świata. Nierzadko tak zdarza się w niecerkiewnych duchowo rodzinach: batiuszkę zapraszają do chorego, kiedy już nie można go ani spowiadać, ani podać Świętej Eucharystii. Kapłan – to nie czarny anioł śmierci, on nie tylko żegna umierających, ale podaje też świętość dla uzdrowienia duszy i ciała.

Jakże liczne są przypadki, kiedy przyjście pasterza Bożego skutkowało wzmocnieniem zdrowia chorego i nawet uzdrowieniem! I nic w tym dziwnego – przez kapłana cuda czyni Sam Pan, według wiary oczekujących pomocy i wzmocnienia. Prawdziwie troskliwe dzieci i raz, i dwa, i cały niezbędny czas będą starać się przyprowadzać batiuszkę do swego domu dla szczególnego pocieszenia pobożnej matki-staruszki albo postarzałego rodzica.

I, oczywiście, głównym żądaniem wierzącego sumienia jest odprowadzenie do życia wiecznego tych, którzy zrodzili nas do życia ziemskiego. Szanujący synu! Troskliwa mądra córko! Módlcie się, abyście nie byli w kraju dalekim, w godzinę śmierci waszych rodziców! Sumienie nieskończoną ilość razy będzie nagradzać was, jeśli na waszych rękach oni umrą i wam samym będzie sądzone zamknąć ich męczeńskie oczy. A jeśli nasze ostrzeżenie nie przyciągnie do siebie waszej uwagi i będziecie lekkomyślni w najpoważniejszym, ze wszystkiego napisanego w tej książce, to sumienie i tak się przebudzi, kiedy, niestety, będzie już późno. I kto wtedy uspokoi je, uśmierzy dręczenie duszy? Przecież, jak wiadomo, najsurowszym sądem osądzamy siebie sami.

Spokojny, skromny cmentarz. Wiosenny szczebiot ptaszków. Rozłożyste korony drzew, jak nie ręką ludzką uczyniony baldachim, ocieniają pagórki mogił, pokryte całkiem nie smutnymi stokrotkami, radującymi oczy. Obok jednej skromnej, ale czyściutkiej i schludnej mogiły stoi niemłody już człowiek i ledwie słyszalnie rozmawia z syneczkiem-maluszkiem, który przed chwilą z wielką ważnością poprawiał coś dziecięcą łopatką wewnątrz ogrodzenia mogiły. A z pomnika patrzy na nich wygrawerowany w kamieniu wizerunek kobiety ze zmęczonym, ale dobrym i delikatnym wyrazem twarzy. Ona jak gdyby raduje się, widząc przed sobą wnuka, którego nie doczekała się tu na ziemi. Maluch z uwagą słucha tatę i następnie starannie żegna się, szepcząc słowa dobrze już zapamiętanej modlitwy: „Upokoj, Hospodi, duszu babuszki mojej, prosti jej wsie sohrieszenija wolnyje i niewolnyje i daruj jej Niebiesnoje Twoje Carstwo” (Wieczny odpoczynek, daj Panie, duszy babci mojej, wybacz jej wszystkie grzechy wolne i mimowolne i daruj jej Twoje Niebiańskie Carstwo). Zmierzcha się. Ojciec z chłopczykiem odchodzą, cichutko zamykając za sobą bramkę ogrodzenia. A dobre, czułe spojrzenie mamy-babci odprowadza tych, za których ona się pomodli.

 

XII. PO CO JA ŻYJĘ?

Pewnego razu, będąc już kapłanem, prowadziłem lekcję w niedzielnej szkole jednej z moskiewskich cerkwi. Moimi słuchaczami były całkiem maleńkie dzieciaczki cztero, pięcio i sześcioletnie ze swoimi rodzicami. Tak, wielu mamom i tatom ciekawie było posłuchać rozmowę batiuszki z dziećmi, tym bardziej, że w swoim czasie oni nawet pomyśleć nie mogli o podobnym spotkaniu. Przede mną z najpoważniejszym wyglądem siedział maluch, położywszy po uczniowsku ręce na ławce, a za nim usadowili się rodzice, łącząc przyjemne z pożytecznym: na dzieci i tak trzeba czekać, a tu była możliwość i batiuszki posłuchać. Temat do rozmowy wybrany był poważny – sens życia. „Oczywiście, wielu o tym mówiło i pisało – zacząłem rozmowę – wśród nich słynni naukowcy, filozofowie, z nimi się nie zrównamy. Mnie zaś interesuje, w czym wy, drogie dzieci widzicie sens swego własnego, a nie cudzego życia. Czy chce koś z was, zastanowiwszy się, odpowiedzieć na tak poważne pytanie: dlaczego Pan Bóg stworzył właśnie was, jak wy to rozumiecie?” Minutę-drugą wszyscy milczeli. I nic dziwnego – dorośli też byli zaskoczeni. Ale następnie podniosła się jedna ręka, druga, trzecia – i oto już kilku uczniów niedzielnej szkoły gotowych było udzielić odpowiedzi na to, wydawało by się, całkiem niedziecinne pytanie. Pierwszy zgłosił się do odpowiedzi przesympatyczny maluch z blond główką, całkiem jak na obrazie Polenowa „Moskiewski dworek”. On wstał (nie pamiętam jego imienia, niestety) dziarsko i bez zająknięcia powiedział: „Mnie Bóg stworzył, żebym dbał o swego chomika!” Wielu roześmiało się. „Tu nie ma z czego się śmiać – zaprotestowałem – odpowiedź jest bardzo głęboka. Widzicie, chłopczyk jest przekonany, że Pan Bóg powołał go z niebytu po to, żeby wylewać miłość… no niech na początek na chomika. Przecież i w Biblii u mądrego cara Salomona napisane jest: „Prawy troszczy się o potrzeby bydląt swoich…” Rzeczywiście, pokochawszy i udowodniwszy swoją opieką miłość do malutkiego chomika (a i sam chłopczyk na razie wcale nie olbrzym), on potem dorośnie również do miłości do ludzi, którzy wymagają znacznie więcej trudu i samowyrzeczenia”. Wydawało się, mój komentarz zadowolił wszystkich. Ale w tym momencie zechciała odpowiadać mała Katieńka: „A mnie Pan stworzył, żebym ja dbała o swego żółwika”. Już nikt się nie śmiał, ale musiałem zauważyć, że odpowiedź jest nie całkiem samodzielna, chociaż dbać o żółwiki – sprawa też godna. Następny podniósł się malec około sześcioletni krótko ostrzyżony z jeszcze krótszym imieniem Tit. Teraz to już całkiem dorosły młodzieniec. „Ja jestem stworzony przez Boga – rzekł on z głębokim namysłem – żeby nie było nudno”. Zapanowało milczenie. Przyznam się, i ja na minutę poczułem się zakłopotany – tak bardzo nieoczekiwany był tok dziecięcej myśli. Pozwólcie, pozwólcie, żeby nie było nudno… – powtórzyłem wypowiedź, jednocześnie rozmyślając nad nią. – No, oczywiście! Zupełnie jasne świadectwo, całkowicie potwierdzone Pismem Świętym! Po-pierwsze, u cara Salomona w Księdze Przysłów jest wypowiedź o tym, że Boska Mądrość raduje się ze stworzenia rąk Swoich. Bóg z obfitości dobroci stworzył świat, aby rozumne Jego stworzenia, aniołowie i ludzie, poznając Stwórcę i służąc Mu, odnajdywali w tym źródło niewyczerpalnej szczęśliwości. Po-drugie – kontynuowałem nadawanie sensu wypowiedzi mądrego Tita – Pan darował chłopczyka jego mamie, żeby nie było jej smutno, ale żeby, hodując go, ona nieustannie dziękowała Stwórcy. Pamiętacie, jak mówił Pan o narodzeniu dziecka: „Kobieta… kiedy urodzi dziecko, już nie pamięta udręki z powodu radości, dlatego że urodził się człowiek na świat”. Po-trzecie, sam Tit teraz wcale nie nudzi się, bowiem otwartymi oczami patrzy na świat Boży, pełen niezliczonych i najrozmaitszych cudów”. Spoglądając od czasu do czasu na rodziców, widziałem na ich twarzach radosne zdumienie z powodu tak poważnych odpowiedzi ich dzieci. Niektóre mamy zapisywały w notatnikach i zeszytach myśli dzieci i objaśnienia duchownego. Rodzice też czuli się pełnoprawnymi uczniami niedzielnej szkoły. Na koniec, pewna starsza dziewczynka, około dziesięcio-jedenastoletnia, powiedziała: „A mnie Bóg stworzył do dobrych uczynków”. Byłem zdziwiony – do jakiego stopnia jej wyobrażenie o swoim przeznaczeniu pokrywało się ze słowami Świętego Apostoła Pawła o tym, że Bóg przygotował od prawieków dobre uczynki dla każdego chrześcijanina, pragnącego podobać się swemu Odkupicielowi. Najwięcej wrażeń z minionej lekcji o sensie życia otrzymałem ja sam. Dusza moja nie przestawała podziwiać mądrych odpowiedzi dzieci-przedszkolaków, które wydawało się, wcale nie dorosły do rozmyślań na podobne tematy. Zaiste ustami dzieci przemawia prawda. „Kiedyś – postanowiłem sobie – obowiązkowo zapiszę usłyszane, szkoda, jeśli wszystko to przepadnie bez śladu”. I oto, drodzy czytelnicy, przyszedł czas, abym podzielił się z wami wspomnieniami, jak tylko można odpowiednimi do tego rozdziału.

Wielu z nas, codziennie odmawiając modlitwę „Otcze nasz”, powtarza słowa „da swiatitsia imja Twoje” (niech się święci imię Twoje). A czy nie wydaje się wam, że w nich także dana jest odpowiedź na pytanie o sens życia? „Niech się święci imię Twoje…” Ale kiedy i jak się święci, to znaczy wysławiane jest, imię Boże? Wysławiane ono jest w nas i przez nas, kiedy nasze życie składane jest na ołtarzu służenia Panu. Sens naszego życia, według Ewangelii – poznawać wolę Pańską i, wypełniać ją, wysławiać imię Boże na ziemi. Przecież wysławiany jest Bóg nie tyle ustami ludzkimi, ile uczynkami. Najlepsze kazanie o Chrystusie – czyste i nieskazitelne życie chrześcijanina. Tak mówi o tym Zbawiciel: „Niech świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i wysławiali Ojca waszego Niebiańskiego”. Zauważcie, drodzy czytelnicy, nie nas wysławią, a Tego Boga, ku sławie którego staramy się dokonywać dzieł wiary i miłości! Tak więc, Bóg stworzył nas, abyśmy przeżyli krótkie ziemskie życie ku sławie Jego imienia i odziedziczyli wieczne i niezniszczalne Carstwo Niebieskie, nazywane też Carstwem Sławy. „Wysławię wysławiających Mnie” – obiecuje Pan w Piśmie Świętym. I najlepszym świadectwem naszej zgodności z Bożym zamysłem jest dążenie otaczających nas ludzi do poznawania Boga, po tym jak oni zapoznali się z nami i dowiedzieli się, że my jesteśmy – chrześcijanie. Ktoś powie: „Czy nie zbyt to górnolotne? Przecież my nie święci jesteśmy!” Tak, jesteśmy słabi, ale zadanie pomnażania darowanej w sakramencie chrztu łaski i przyswojenia duszy cnót: pokory, czystości, łagodności i miłości – stawia przed nami Sam Bóg. W każdym razie, pamiętajmy sens dawnego łacińskiego powiedzenia „non progredi est regredi” – nie posuwać się do przodu znaczy cofać się wstecz. Niedbali wyznawcy Pana, nie starający się należycie wypełniać przykazania Boże, powoli-pomału wpadają w całkowite osłabienie i popełniają grzechy, gorsze, niż wcale nie chrzczeni ludzie. Czyż nie o takich fałszywych chrześcijanach mówi Pan przez świętego Apostoła Pawła Swoje groźne słowo: „Albowiem z waszej winy… poganie bluźnią imieniu Bożemu”? Według najdokładniejszego określenia wielkiego wśród świętych priepodobnego Serafima Sarowskiego, „prawdziwy zaś cel życia... chrześcijańskiego zawiera się w osiąganiu (innymi słowami, w nabywaniu) Ducha Świętego Bożego. Post zaś i czuwanie, i modlitwa, i jałmużna i wszelkie ze względu na Chrystusa czynione dobra są środkami dla osiągania Świętego Ducha Bożego”. I rzeczywiście, powiemy, wielki i wyniosły, prawdziwie święty jest cel życia! Tak wielki, że wszystkie pozostałe cele i kierunki blakną przed nim, jak światło księżyca znika wraz ze srebrnym małym globem przy wschodzie słońca.

Chrześcijaninie! Ucz się, wszystko co tylko robisz, mówisz, myślisz, poświęcać Bogu. I w wielkim i w małym miej na uwadze najważniejszy cel i sens swego ziemskiego życia – wysławienie imienia Pana przez wypełnienie Jego świętej woli. Tak żyjąc, będziesz nieustannie wzrastać w łasce, która i twoją duszę niewypowiedzianie ozdobi i wzbogaci Chrystusowymi cnotami i innych przekona podążać za Panem drogą Jego przykazań.

Wyobrazimy sobie człowieka wyniosłego, ponurego, który zacząłby wam mówić o Bogu. Jego kazanie miałoby sukces? Bardzo wątpliwe. Ale jeśli w duszy chrześcijanina-kaznodziei zamieszkała prawdziwa łagodność i spokój, radość i życzliwość, mądrość i czystość, głęboka pokora, to wtedy i słowa nie są potrzebne – jednego spojrzenia na jego oblicze wystarczy, żeby uwierzyć w Ewangelię. I, myślę, każdemu z nas długo jeszcze trzeba wnikać w cudowne świadectwo Sarowskiego świętego o zdobywaniu, osiąganiu Ducha Świętego jak o celu chrześcijańskiego życia. Albowiem On, darowany nam przez Cerkiew, ożywia ludzką duszę, ozdabia ją niewypowiedzianie, czyni cnotliwą, jasną i czystą, godną swego Władyki. Jest takie stare przysłowie: „Czyja moneta, tego też carstwo”. W wielu krajach i do dziś na pieniądzach odbijane (drukowane) są podobizny naczelnego władcy.

Spojrzysz na monetę – i zrozumiesz, kto rządzi w tym kraju. Chrystus Zbawiciel, prawdziwy Car niebios i ziemi, na Swoim Strasznym Sądzie będzie ustalać, czy zachowany jest przez nas carski Jego obraz czy zniekształcony przez nasze niegodne chrześcijanina życie. Przecież stworzeni jesteśmy na obraz Boży, ale nie wszyscy chcemy upodobnić się do Chrystusa w Jego cnotach. Kto spośród chrześcijan, tu na ziemi zdobył, zyskał łaskę Bożą, spędziwszy czas na modlitwach, podobających się Panu uczynkach, był miłosierny i dobroserdeczny, troszczył się nie tylko i nie tyle o siebie, ile o innych – u tego dusza i ciało będą świecić niewysłowionym światłem na Sądzie Pana, i Bóg ujrzy w tym chrześcijaninie Swego oddanego ucznia. A kto okaże się obcy Ducha Świętego, zamiast cnót poniesie ze sobą w wieczność same grzechy i wady: pychę, chciwość, gniew, nieczystość, zdradę, brak wiary – będzie ciemny i straszny, i Najświętszy Pan z oburzeniem odwróci się od niewiernego sługi, nie zobaczywszy w nim przeczystego obrazu Swego. Bardziej szczegółowo porozmawiamy o Sądzie Chrystusowym w jednym z końcowych rozdziałów książki, a na razie pozwolimy wam, przyjaciele, sprawdzić własną duszę, abyście znaleźli odpowiedź na pytanie: „Po co ja żyję?”

Żyć po prostu tak, jak wypadnie, jest bardzo niebezpiecznie. Póki będziemy ślizgać się po pochylonej powierzchni, czas, przeznaczony na pokajanie, naprawienie życia i zdobycie łaski Bożej, ucieka bezpowrotnie. A przecież utraconego nie można cofnąć.

 

XIII. MODLITWA

Przypatrzcie się, przyjaciele, twarzom otaczających was ludzi! Dlaczego nie wszystkie one są jasne, radosne, żywe? Ale u jednego – wyraz nieprzemijającego smutku i boleści, u drugiego – niewzruszona maska egoizmu i obojętności, u trzeciego – odcisk grubych zmysłowych namiętności. Mówią, kto komu służy, ten też do tego podobny. I czasem ze współczuciem i wstrząsem przyglądając się twarzy nieszczęsnego alkoholika, mimowolnie myślisz – czyż nie gospodarzy w jego duszy sam diabeł, tak ciemna i nieładna stała się ta twarz, jakby utraciła obraz człowieczy. Co więc wyróżnia, powinno wyróżniać służących Panu, sług Boga Niebieskiego, prawdziwych chrześcijan od synów wieku tego? Przemądry car Salomon mówi, że u pobożnego i oblicze kwitnie. A jego carski ojciec, święty prorok Dawid, dodaje: „Odznacza się na nas światłość oblicza Twego, Panie!” Dar Świętego Ducha, przekazany nam w sakramencie chrztu, odcisnął jasną pieczęć na całą istotę naszą: w godzinę duchowych narodzin w kąpieli chrztu cudownie oświeciła się dusza – jakby odziała się w śnieżnobiałą szatę łaski, wzmocniło się również ciało, darowana nam była błogosławiona jedność ze zmartwychwstałym Chrystusem Zbawicielem. W sercu otworzyło się cudowne źródło, z którego wypływa i szemrze żywa woda łaski Bożej, nasycająca nieśmiertelny duch człowieczy.

Ale nie wszyscy z nas, wielka szkoda, zachowali chrzcielną czystość duszy i ciała. Jedni nie otrzymali wychowania w wierze, drudzy wpadli pod złe wpływy, nie zorientowawszy się, z kim można się przyjaźnić, a z kim nie można, trzeci z powodu oddalenia od sakramentu spowiedzi znów dopuścili do serca złe pomysły i pragnienia, stali się niewolnikami grzechu. Święte źródło łaski znalazło się pod ciężką pokrywą wad i namiętności. I jedyne, co może znów darować nam duchową swobodę i wzbudzić Bożą łaskę, która skryła swoje działanie z powodu naszej niegodności – to głęboka, szczera spowiedź i modlitwa. O ostatniej właśnie porozmawiamy w tym rozdziale dokładniej.

Często modlitwa nazywana jest oddechem życia. Jak naturalny oddech w naszych nozdrzach wskazuje na życie cielesne, tak i modlitewne zwracanie się umysłu i serca do Boga jest świadectwem tego, że łaska Ducha Świętego jeszcze nie całkiem opuściła człowieka. Modlitwa nie ma nic wspólnego z marzycielstwem i fantazją, jak myślą i przekonują niektórzy, wcale nie obeznani z własnego doświadczenia z istotą sprawy. Modlitwa nie jest również rozmową z samym sobą, autohipnozą, medytacją, ale radykalnie różni się od wymienionych rodzajów życia wewnętrznego. Modlitwą, w końcu, nie można nazwać myśli o Bogu, albowiem jedna sprawa – rozmyślanie, a całkiem inna – modlitwa. Modlitwa – to myśl, skierowana do Boga. Ale nie tylko myśl, a jeszcze i serce i wola. Czyż nie o tym pełnym zwróceniu się człowieczej istoty do Boga w modlitwie mówi największe przykazanie Zakonu: „Wozlubi Hospoda Boha twojeho wsiem sierdcem twoim, i wsiej duszoj twojeju, i wsiem razumienijem twoim” (Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem)?

Modlitwa – to trud, któremu równego, być może, nie znajdziesz. Jak tylko staniesz na modlitwę, znajdą się tysiące wielkich i małych spraw, wymagających natychmiastowego rozwiązania. Przystąpisz do samej modlitwy – nie wiadomo skąd, w duszy zrywa się taki wir pomysłów, takie rozproszenie myśli, że mimowolnie przypniesz do siebie początek słynnego poematu Puszkina: „Burza niebo skrywa mgłą, wiry śnieżne kręcąc…” I w ogóle, rozmawiać o modlitwie jest dużo łatwiej, niż ją czynić.

Przede wszystkim ta święta sprawa wymaga wytrwałości. Szturmem nic tu nie zdobędziesz. Niektórzy z zapałem, żarliwie biorą się, przystępują do wysiłku modlitwy, ale bardzo szybko ostygają do niego, zapominając, że w ślad za porywczością po piętach idzie lenistwo. Do przyuczenia siebie do modlitwy, jak bardziej już nie można, pasuje ruskie przysłowie: „Ciszej jedziesz – dalej będziesz”. Łatwo wyobrazić sobie sens sprawy na przykładzie dwóch węgielków. Jeden – do czerwoności rozpalony, buchający żarem – to sama modlitwa; a drugi – czarny, całkiem chłodny – to nasze serce. Jeśli po prostu położyć węgielki obok siebie i zostawić je, to pierwszy ostygnie, a drugi nie zapali się. Tak bardzo mylą się ludzie, myślący, że i modlić się nie trzeba, jeśli się nie chce. „Nie mam dziś nastroju modlić się, to będzie nieszczere” i odkładają modlitewnik na bok, na dzień, na miesiąc, a to i na długie lata. „…Carstwo Niebios siłą się zdobywa, i gwałtownicy je zdobywają” – poucza nas Chrystus Zbawiciel, abyśmy przymuszali sami siebie, do usilnych trudów modlitwy. Sam Pan Bóg obiecuje dać modlitwę modlącej się duszy.

Jeśli chcemy zapalić węgielek, to, połączywszy węgielki razem, trzeba z cierpliwością na nie dmuchać, oczekując zapalenia się. Będziesz dmuchać zbyt mocno, gwałtownie – tylko iskry wylecą z płonącego węgielka i nie będzie żadnego efektu. Przyznajmy się, że modlitwie najbardziej szkodzi niecierpliwość. Niektóry dziś zacznie się modlić, a jutro już chce osiągnąć owoce ducha – uwolnienia od namiętności, osiedlenie w sercu łaski, daru Bożej miłości i omal nie stania się cudotwórcą. Tacy, pozwólcie że tak powiem, „narwańcy” nic dobrego nie osiągną i mogą nawet zachorować pychą albo wpaść w rozpacz. Ale jeśli do cierpliwości dołączymy czas, ze stałością połączymy rozsądność, pozostawiwszy Samemu Panu ukoronowanie naszych małych ale wytrwałych trudów łaską, ona nie zmusi na siebie czekać. Bóg, widząc mężną gorliwość Swego ucznia, nie zniechęcającego się z powodu naturalnych trudności i wątpliwości, wkrótce ogrzeje nasze serce. Chłodny i nie mający życia węgielek pomału-powoli przejmie ciepło i światło od swego płomiennego sąsiada. Tak i serce stale modlącego się człowieka stopniowo oczyszcza się od namiętności ogrzewa się łzami pokajania i w końcu samo zaczyna promieniować blaskiem Ewangelicznej miłości i radości. „Rozgorzało serce moje we mnie, w myślach moich zapłonął ogień; język mój przemówił” – tak opisuje ten stan car Dawid. Wewnętrzne oświecenie, darowane przez modlitwę, radykalnie zmienia człowieka. Umysł i serce od uważnej i stałej modlitwy stają się bardziej wrażliwe na dobro i nieprzejednane wobec zła. Ostatnie rozpoznawane jest już nie tylko w słowach, ale i w uczuciach i myślach. W duszy chrześcijanina budzi się wstręt i nienawiść do grzechu we wszelkich jego przejawach. Odrodzenie duszy, jej rozjaśniony stan udziela się również ciału. Życie modlitewne nie lubi osłabienia członków ciała. Popatrzcie na świecę: jak ona, oddychając światłem i ciepłem, skierowana jest do Boga! Tak i my, modląc się, powinniśmy stać prosto, a nie garbić się, oddawać cześć Stwórcy nie tylko duchem, ale i ciałem – z uwielbieniem ocieniając siebie znakiem krzyża i czyniąc pokłony, do pasa i do ziemi. Chrześcijanina ożywianego tajemną, nieustanną modlitwą, doświadczeni w duchowym życiu szybko rozpoznają. Oblicze jego jest jasne i czyste, oczy spokojne i jednocześnie radosne, ruchy obce próżnej krzątaniny, ale i nie spowolnione. Wsłuchując się sama w siebie, podążając za swoim sercem, modlitewna dusza pełna jest życzliwości i pragnienia posłużyć bliźniemu ku sławie Pana. Ten, kto modli się, nie może być natrętnym, kłótliwym, trudnym w kontaktach człowiekiem. Przeciwnie, on nie lubi upierać się przy swoim, bowiem „łaska nie zmusza”, jak mówili dawniej pobożni ludzie. Kiedy Boży człowiek pojawia się wśród świeckich i dalekich od duchowego życia ludzi, z ich rozmów natychmiast odchodzi duch próżnej gadaniny, a tym bardziej nikt nie pozwoli sobie w jego obecności na nieprzyzwoite i niemoralne dowcipy. Jednocześnie modlitewnie nastrojonemu chrześcijaninowi obce jest pouczanie, on w ogóle nie lubi wystawiać na pokaz pobożności, lecz starannie ukrywa ją przed innymi. Prawdziwa modlitwa uwalnia duszę od drażliwości, niezadowolenia, ale, przeciwnie, pobudza aby za wszystko, i dobre, i bolesne, dziękować Bogu, bowiem nic przypadkowego z nami się nie dzieje; a wszystko, co się dzieje, służy dla naszego dobra. Jak się mówi, co tylko Bóg daje, to i jest dobre. Jak przepiękne bywa wiosną wiśniowe drzewo! Pokryte, dosłownie jak panna młoda, śnieżnobiałą szatą, swoim delikatnym, ledwie wyczuwalnym aromatem przyciąga do siebie pszczoły, zaopatrujące się tu w aromatyczny nektar. Chrześcijanin, który posiadł Ducha Świętego, bywa niezwykle atrakcyjny dla otaczających go ludzi. Nie zdając sobie z tego jasno sprawy, oni dążą do kontaktów z nim, bowiem czują prawdę jego słów, potwierdzaną cnotliwym życiem. Taki może być nauczycielem, nawet jeśli usta jego milczą. Mówią, że zły przykład jest zaraźliwy. Ale dobry przykład osoby, przebywającej w modlitewnej jedności ze Stwórcą, ma niezwyciężoną moc. Posiądź nieustanną modlitwę – i przezroczyste jej wody oroszą twoje serce, a następnie rozleją się po wszechświecie, uspakajając wszystkich, i prawych i grzesznych, pragnących wiary w Chrystusa Odkupiciela.

 

XIV. NAUKA I TRUDY ZIEMSKIE

Mówią, że wypełnienie przez nas woli Bożej można przyrównać do wysiłków człowieka, siedzącego w łodzi i trzymającego w rękach dwa wiosła. Zaczniecie wiosłować jednym wiosłem zamiast dwoma – i natychmiast łódź zacznie obracać się dookoła własnej osi. Dla równomiernego, ruchu do przodu koniecznie trzeba pracować oboma wiosłami i przy tym jednocześnie. Oto dlaczego jeszcze z głębokiej historii dochodzi do nas wezwanie doświadczonych mężów „Ore et labore!”, co w tłumaczeniu z łaciny oznacza „Módl się i pracuj!” Zauważmy, że modlitwą poprzedzane jest wszelkie dobre zajęcie, albowiem, jak sprawiedliwie twierdzi ruskie przysłowie, „Bez Boga nie do proga”. Właśnie On, Bóg, podaje nam wszystkie konieczne siły do osiągnięcia sukcesu, o czym dobrze wie piszący te słowa. Przecież my z wami razem modliliśmy się na samym początku książki o darowanie sił i mądrości do napisania i przeczytania jej.

Ale „pod leżący kamień woda nie podpłynie”. Jakby nie dobra była i pożyteczna sama w sobie modlitwa, ją jedną zadowalać się w żaden sposób nie możemy. Nikt za nas i zamiast nas naszej pracy nie wykona. Dlatego „w Bogu pokładaj nadzieje, sam jednak błędów nie popełniaj”. Módl się i pracuj! Najważniejszą pracą, do której jesteśmy wszyscy powołani w dzieciństwie, wieku dojrzewania i częściowo w młodości – to bezsprzecznie, nauka. O niej to głównie powinniśmy rozmawiać w tym rozdziale.

Przypomnijcie sobie, Pan, podążających za Nim często nazywa uczniami. Szczególnie miło jest słyszeć to tym z nas, którzy codziennie idą przetartą ścieżką do szkoły czy gimnazjum, liceum czy uczelni, gdzie trzeba spędzać (i mamy nadzieję, nie na próżno) większą część dnia.

Pod wieloma względami powiedziane o modlitwie dotyczy również nauczania, bo uwaga i stałość w zajęciu stanowią dobrą połowę sukcesu. Z tych dwóch uczniowskich cnót składa się pilność – właściwość, nieodzowna młodemu chrześcijaninowi.

Jednakże ileż przeszkód staje na drodze sumiennego ucznia! Zwłaszcza silną zawadą mogą okazać się kontakty, często wymuszone, z innymi przyjaciółmi-współtowarzyszami, którzy, niestety, nie przyjaźnią się ani z modlitwą, ani z nauką. Tacy Mitrofanuszki (zdrobnienie od imienia Mitrofan; w powiedzeniu ludowym oznacza nieuka) ani sami nie uczą się, ani innym uczyć się nie dają. A przecież zły przykład jest tak bardzo zaraźliwy! Kiedy obok wyśmiewają to, czemu należy się szacunek, wtedy, z powodu słabości duszy ulegając ogólnej atmosferze niedbalstwa i lekkomyślności, nawet pilny uczeń poczuje zobojętnienie wobec swego najważniejszego obowiązku. Oto dlaczego Chrystus mówi w Ewangelii: „I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją…” Prawicą (prawą ręką) nie jest nazwana tu część ciała, ale bliski tobie człowiek, który, licząc na twoją przyjaźń, nie tylko nie jest przykładem sumiennego stosunku do obowiązków ucznia, ale raczej źródłem pokus dla prawomyślnych (mających dobre zamiary) uczniów. Odciąć prawą rękę w obrazowym (przenośnym) języku Ewangelii oznacza zerwać kontakty z takim albo, przynajmniej, oddalić się od niego. Takie mądre i odważne działanie będzie miało dobroczynne następstwo dla wszystkich. Pilny otrzyma, w końcu, możliwość zdobywania wiedzy, a rozluźniony i leniwy, być może, zawstydzi się i poprawi, widząc, że z powodu swoich wad traci najlepszych przyjaciół.

Chcę jeszcze powiedzieć oto o czym. Jakby dobrze nie uczono nas dyscypliny w szkole, jakich by zalet i godności nie posiadali nasi nauczyciele, bez własnego zapału do nauki, tego czy innego przedmiotu, bez własnego pragnienia rozumienia nowego, nic nie osiągniemy. Tam gdzie wygasł wewnętrzny płomyk dociekliwości, gdzie nie widać przenikliwego umysłu i wytrwałej woli – nie oczekuj prawdziwego sukcesu. Uczyć się czegokolwiek i jakkolwiek – to los nie do pozazdroszczenia. Dawno ułożono przysłowie: „Korzeń nauki jest gorzki, a owoc jej słodki”.

Jak na przykład ma się sprawa z czytaniem? Jeśli na początku, ucząc się czytać, czynimy postępy z największym wysiłkiem i licznymi przeszkodami, to później, jeśli po drodze nie osłabniemy, sprawa idzie znacznie łatwiej. A jeszcze nieco później odczuwanie trudności zanika i wytrwałe dziecko zaczyna tylko się cieszyć, dlatego że otworzył się przed nim nieznany wcześniej, ogromny świat poznania, drzwi do którego – dobra mądra książka, a klucz – umiejętność czytania. Tak, oczywiście, jest również w każdej innej dziedzinie wiedzy, umiejętności czy twórczości, które, też tak samo, wymagają ofiarnego wysiłku w ich opanowaniu.

Nie mogę nie powiedzieć kilku pochwalnych słów odnośnie języków obcych i muzyki. Jakby trudna nie wydawała się nam ta dziedzina, warto brać się za nią w najmłodszych latach. Mówią, że lata dojrzałe już nie są tak dobre dla podobnych zajęć. I umysł już nie tak jasny, i pamięć słabnie. A najważniejsze, uwierzcie mi, drodzy czytelnicy, wtedy całkiem nie będziemy mieli wolnego czasu na samokształcenie!.. Niestety, ta smutna prawda przez większość z nas poznawana jest tylko przez własne gorzkie doświadczenie. Troski o zdobycie codziennego chleba, obowiązki służbowe i domowe zniweczą wszystkie nasze próby nadrobienia przegapionego w dzieciństwie i młodości, których czas, jak się wydaje, przez samo życie przeznaczony jest dla zdobycia wiedzy. Modląc się do Boga i ani na chwilę nie spuszczając uwagi z najważniejszego – poznania Boga i służenia bliźnim w duchu miłości Chrystusowej, upodobnimy się do mądrej pszczoły, która bezustannie zbiera nektar z polnych kwiatów. Nawiasem mówiąc, znajomość ważnych europejskich języków – angielskiego, francuskiego i niemieckiego – uważano w XIX stuleciu dla rosyjskiego wykształconego człowieka za rzecz naturalną. A co powiedzieć o greckim i łacinie, leżących u podstaw całej europejskiej chrześcijańskiej kultury! Jakby to nie było, ale nawet mały wysiłek, włożony w dzieciństwie, nie przepadnie w młodości. Co więcej, stokrotnie się pomnoży. Ważne, aby rozumieć, że gorliwe umysłowe zajęcia wyrabiają bardzo ważne zalety dla życia duchowego. Umiejętność skupiać swoje siły, odrzucać kaprysy i zachcianki dla regularnych zajęć, wreszcie, zdolność zorganizowanego myślenia i trzeźwego rozumowania – wcale nie ostatnie zalety na liście cnót oświeconego chrześcijanina.

Nie mówię jeszcze o tych osiągnięciach, które przyniosą nam głęboką, wszechstronną wiedzę i władanie językiem w kontaktach z ludźmi. Ten, kto poświęci dużo czasu w młode lata na uczenie się, uwierzcie, nic nie straci. W dojrzałym wieku on będzie iść do przodu siedmiomilowymi krokami, wtedy jak mało wiedzący zmuszony będzie wlec się, jak ślimak. Jedyne niebezpieczeństwo, które czai się na bardzo uczonego – to uwiedzenie wiedzą, własną wiedzą, choroba, nazywana „pychą umysłu”. Uniknąć jej można i należy, pojąwszy, że zewnętrzna wiedza to tylko środek, narzędzie do poznania świata. W dodatku wiedza bez miłości jest niczym. Właśnie tak mówi święty Apostoł: „Jeśli ja mówię językiem ludzkim i anielskim, a miłości nie posiadam… jeśli… znam wszystkie tajemnice, i posiadam wszelką wiedzę… a nie posiadam miłości – to jestem niczym”. „Wiedza nadyma – powiedziały te same usta – a miłość mądrze i pobożnie poucza”. Złóż zgromadzoną przez ciebie wiedzę do stóp Chrystusa, Który jest Ojcowską Mądrością, i On pomoże tobie wykorzystać małą wiedzę do wielkich spraw zbawienia twojej własnej duszy i dusz bliźnich. Co zaś dotyczy muzyki, to wielcy nauczyciele mądrości życia duchowego, Optyńscy starcy, błogosławili zajmowanie się muzyką klasyczną. Panowanie nad muzyczną harmonią nastraja duszę do duchowych doznań. Młodzieniec nauczywszy się cenić wspaniałą muzykę, a tym bardziej opanowawszy grę na pianinie Młody człowiek, który nauczył się doceniać piękną muzykę, a nawet więcej, opanował grę na fortepianie, skrzypcach i wiolonczeli, nigdy nie będzie w stanie rozentuzjazmować się niszczycielskimi rytmami ciężkiego rocka, zabijającego w człowieku wszystko co ludzkie.

Przyznaję się, sama znajomość notacji muzycznej, posiadanie głosu, odda nam nieocenioną przysługę, kiedy, umiłowawszy prawosławne nabożeństwa, otrzymamy błogosławieństwo kapłana pierwszy raz stanąć na klirosie (miejscu dla chóru) i według swoich sił uczestniczyć w śpiewie cerkiewnego chóru.

A wyobraźcie sobie (niektórzy bez wysiłku poradzą sobie z tym zadaniem), że życie dawno już przekroczyło połowę – to znaczy przeżyliśmy wiele ponad połowę tego, co nam darowano. Jakby nie był duchowo silny i oświecony człowiek, potrzebuje czasami również ziemskich pocieszeń. Co może być lepsze i szlachetniejsze, niż wyjąć z pokrowca stare skrzypce, wiernego przyjaciela życia, i zagrać ulubioną od dzieciństwa melodię, z którą wiąże się czasem tak wiele! Jakby kto nie odebrał mojej myśli, ale w Świętej Biblii mamy bezpośrednie wskazówki na to, że gra na instrumencie strunowym, dziesięciostrunowej harfie, pomagała prorokowi Dawidowi odpędzać demona przygnębienia i smutku od nieszczęśliwego cara Saula.

W każdym bądź razie, nasi wnukowie (jeśli Bóg ich da) wcale nie będą żałować, że dziadek umie zmusić skrzypce śpiewać prawie ludzkim głosem…

Ogarnąć bezgranicznego nie można. Rozdział zbliżył się do końca, a wiele zostało niedopowiedziane. Przeoczyłem znaczenie rękodzieła i w ogóle umiejętności wykonywania potrzebnych, pożytecznych i wspaniałych rzeczy swoimi rękoma. Przecież tego można uczyć się od najmłodszego dzieciństwa. Pozostaje mieć nadzieję, że większość z naszych czytelników będzie miała „złote ręce” w tym wieku, kiedy nie ma już czasu się uczyć, a trzeba uczyć własne dzieci dobrych nawyków pracy i rękodzieła. Bez wątpienia, profesorski wysiłek jest godny wszelkiego szacunku, ale jeśli przy tym wszystkim czcigodny profesor nie wie, jak wymienić spaloną żarówkę na nową, nie mówiąc o tym, żeby naprawić wyłącznik, to w tym oczywista jest jednak niekonsekwencja (dziwnie to wygląda). Na zakończenie przytoczymy jeszcze jedno świetne i bardzo stare łacińskie przysłowie: „Docendo discimus” – ucząc innych, uczymy się sami. Oto dlaczego wielu rodziców, od nowa studiując ze swymi dziećmi podręcznik języka angielskiego, jednak otrzymuje znów niewielką możliwość w wieku dorosłym ponownie poczuć się uczniami.

 

XV. ŻYCIOWE POWOŁANIE

Jakież wspaniałe słowo – powołanie… Czyste i wysokie. Kiedy mówimy: „on odnalazł swoje powołanie”, to mamy na myśli, że człowiek odnalazł się w ulubionym zajęciu, oddaje się mu całkowicie, bez reszty, pracuje i służy nie dla pieniędzy, nie jak rzemieślnik, a z miłości do twórczości i tworzenia.

Wnikając w znaczenie tego słowa, rozumiemy, że powołanie daje się człowiekowi z góry. Przecież każdego z nas Pana Bóg obdarzył określonymi talentami i zdolnościami. I nie ma człowieka, całkowicie pozbawionego talentów. Dorastając do rozumu i nabierając sił, odczuwamy skłonność do tej albo innej rzeczy, zajęcia. Jeden interesuje się językami, drugi muzyką, a inny we dnie i noce na okrągło siedzi sam na sam z trybami, tłokami, rozebranymi silnikami, i bywa z nimi według słów poety: „Szczęśliwi czasu nie mierzą”. Jak ważne jest przysłuchiwać się własnemu sercu i nie pomylić się w wyborze tego, co powinno stać się nie po prostu naszym zawodem, specjalnością, a właśnie powołaniem. W taki sposób, nie wszystko zależy od Powołującego, ale trochę i od tego, kto jest powołanym.

Z poprzedniego rozdziału pamiętamy, jakie główne zalety właściwe są dla prawdziwego ucznia. A teraz porozmawiamy trochę o innym – o talencie. Nikt nigdy nie będzie w stanie wyjaśnić, dlaczego jeden ma piękny z natury głos, a drugi tak posługuje się słowem, że jego usta aż się proszą, aby nazwać „miododajnymi”. To tajemnica Boża. Talent, dany nam od urodzenia, podobny jest do nieobrobionego diamentu. Dla niego warto było przeszuflować pudy i pudy (1 pud = 16,38 kg) ziemi. Ale bez względu na to jak wspaniały jest diament, brylant różni się od niego jak niebo od ziemi. Brylantem nazywamy wypolerowany diament, którego mistrzowski szlif wymaga żmudnej i najdokładniejszej pracy.

Oto do takiej pracy często nie bywają gotowi utalentowani ludzie, zwłaszcza jeśli otoczenie rozsiewa im bez liku pochwały i komplementy. Porażony słodkością pierwszego sukcesu, przypisawszy go sobie, a nie Bogu, nie umiejąc dziękować Stwórcy za skryte i jawne łaski, obdarzony, ale nie oświecony duchowo człowiek wpada w grzech pychy i zaślepienia (złudnego samooszukiwania się). Poprzestaje on na osiągniętym, traci poczucie braku zadowolenia z siebie, wszystko składa w ofierze własnej próżności, pyszałkowatości. „…Kto nie zbiera ze Mną ten rozprasza (trwoni)” – mówi Chrystus. Zbierać z Chrystusem – znaczy poświęcić swój talent Darowującemu go i oddać na służbę ludziom ku chwale imienia Bożego. Rozpraszać (trwonić) – znaczy starać się tylko o wysławienie swego imienia, działać nie ze względu na ogólny pożytek, a z niskiej chciwości i egoizmu.

Jeśli Bóg rzeczywiście darował tobie talent, nie szczyć się, ale bój się. Bój się, żeby Pan nie odebrał darowanego za niedbałość o niego albo za nieumiejętność zachowania tego, jak należy, albo za nieprawidłowe używanie.

Zdając sobie sprawę z pewnej swojej zdolności czy umiejętności, myśl o odpowiedzialności przed Bogiem, mówiącym: „I od każdego, komu wiele dano, wiele będzie się żądać…” Kto nie otrzymał daru, sądzony będzie pobłażliwiej, niż ten który otrzymał. Surowy i wymagający sąd nad tym, kto otrzymał, ale nie pomnożył talentu dla sławy Pana.

Oto dlaczego utalentowany człowiek powinien być jednocześnie pracowitym. „Innym należy się odpoczynek, ale nie dla mnie” – skromnie mówi taki. I czym więcej się trudzi, szlifuje, poleruje, dodaje blasku i lśnienia drogocennemu kamieniowi swojej duszy – tym bardziej rozwesela Pan sługę Swego radością, wynagradza pokojem i spokojem sumienia. Jeśli nawet chwalą chrześcijanina ludzie, którym uczynił dobro, pogodził, pocieszył, oświecił, ten ma dla nich dawno gotową odpowiedź, która składa się zaledwie z dwóch krótkich, ale wychodzących z duszy słów: „Chwała Bogu!” Wydaje mi się, że zasadą każdego twórczego człowieka powinien stać się wers z psalmu Dawida: „Nie nam, Panie, nie nam, ale imieniu Twemu daj chwałę!”

Na świecie istnieje wiele powołań. I jakiego by nie wybrał sobie chrześcijanin w charakterze służby, powinien on obowiązkowo dążyć do doskonałości – nie dla ambicji i korzyści, a dla sławy Bożej. Często w świecie, w języku frazesów, mistrzowskie opanowanie zawodu nazywane jest profesjonalizmem. Ta cecha ceniona jest przez wszystkich, bowiem mówi sama za siebie. Jeśli ty nazywasz siebie wierzącym, to i wymagania wobec ciebie są podwójne. Przecież twoją robotę, owoce twoich wysiłków ludzie zawsze będą oceniać stronniczo: „Teraz popatrzymy, jak tam u nich, wierzących!” Przypomnijmy sobie: wszystko co robił Chrystus, robił dobrze, tak, że prości ludzie podziwiali i wychwalali Boga. To również dla nas jest przykładem. Wybieraj, albo o tobie z rozczarowaniem powiedzą, sądząc według twojej pracy: „A przecież wierzący!” – albo z uznaniem i szacunkiem zaświadczą: „On nie mógł zrobić źle, przecież jest wierzący”. Daj Boże, żeby u czytelników tej książki w życiu zawsze było tylko ostatnie i żeby każdy z nich był prawdziwym mistrzem, wirtuozem swego zajęcia – czy to w nauce, w sztuce, w służbie ludziom! Dlatego unikajmy, poczynając od szkolnych lat, próżniactwa, lenistwa, bezczynnego spędzania czasu. Bo czyż pora się lenić?! Nie, ale dziarsko, z modlitwą i dobrą nadzieją niech idzie każdy wybraną przez siebie drogą skromnej i ofiarnej pracy, jak mówili w dawnych czasach, „cerkwi na sławę, rodzicom na pociechę, sobie dla zbawienia!”

Na tym można byłoby zakończyć rozdział, ale gdy kurtyna spada, jak zawsze, w sercu piszącego bywa ciasno od myśli, proszących się na papier. Od dawna uważa się, że wśród różnorodnych i szlachetnych służb są trzy najwyższe na ziemi. Nauczycielstwo, leczenie i kapłaństwo. Dlaczego, jak myślicie? Ja myślę dlatego, że u podstaw wszystkich trzech służb leży miłość. A przecież miłość, miłosierdzie – od Boga, i Sam On ma upodobanie nazywać Siebie Miłością. To znaczy, że bez żywego współczucia ludziom, bez szacunku przed nieśmiertelną człowieczą duszą, bez zainteresowania ludzką osobowością nawet nie można myśleć o służbie nauczyciela, lekarza czy duszpasterza. Inaczej spotka was smutny los znanych bohaterów utworów literackich. Obraz lekarza, który stracił miłość do pacjentów, przedstawiony jest w słynnym opowiadaniu Antoniego Czechowa „Jonycz”. Lekarz (ros. wracz), który zdradził swoje powołanie stał się rwaczem*. Dzieło tego samego autora „Człowiek w futerale” ukazuje tragedię nauczyciela, który z tego samego powodu zamienił się na męczyciela swoich uczniów. O duchownym zaś, niegodnym swego dostojeństwa, szczerze mówiąc, nawet i wspominać się nie chce. Być może, dlatego, że większość z dorosłych czytelników tej książki wychowała się w czasach bezbożności na celowo dobranych negatywnych przykładach tego rodzaju i przy tym często odrażająco sfałszowanych na użytek panującego antychrześcijańskiego światopoglądu. Jakby to nie było, ale dla kapłana stracić miłość – to najstraszniejsze, dlatego że kapłaństwo jest przede wszystkim służbą miłości.

Miłość – wysoki dar. Być może jest on największym talentem ze wszystkich wymienionych. Pamiętacie, jak Chrystus Zbawiciel trzykrotnie pytał Apostoła Piotra: „Szymonie synu Jana! Czy miłujesz ty Mnie?” A potem, za każdym razem otrzymując potwierdzającą odpowiedź, nakazywał: „…paś owce Moje”. Znaczy, nie kochając Chrystusa i nie wypełniając Jego przykazania o miłości do ludzi, nikt nie powinien nawet myśleć o stanie duchownym.

Boska miłość Chrystusa, miłość duszpasterska – dar drogocenny. I zachować ten dar należy w czystym, niepokalanym naczyniu. Oto dlaczego święta Cerkiew koniecznie wymaga od przyszłych pasterzy niewinności, czystości duszy i ciała. Inaczej mówiąc, temu, kto zamyślił poświęcić siebie na drogę kapłaństwa, wypada, jak źrenicy oka, chronić swoją niewinność, dziewictwo. To samo odnosi się również do służby matuszki – żony przyszłego duchownego. Do ukoronowania małżeństwa oni wezwani są być jak czyste gołębie, zachować serca w czystości, nie dopuszczając zdeprawowanemu duchowi czasu pogrążyć ich w nieczystość rozpustnego upadku.

W jednym z kolejnych rozdziałów, poświęconych miłości i małżeństwu, dokładniej porozmawiamy o czystości – ważnej cnocie, nieodzownej młodzieży dla zachowania i rozwijania moralnego życia.

A teraz podsumujmy to, co zostało powiedziane.

Prawomyślny młodzieńcze! Dziewczyno –chrześcijanko! Nie znacie jeszcze dokładnie swojej przyszłości. Ale jeśli marzycie o wysokiej służbie i szlachetnej drodze zawodowej, chrońcie swoją niewinność! Bądźcie twardzi i mężni w tym, żeby, napotkawszy pokusy, przezwyciężyć je z Bożą pomocą. Od was zależy, czy zginie nierozwinięty pączek na korzeniu, czy wytrzymawszy południowy upał, otworzy się Bogu i ludziom w czystości i czci prawdziwego powołania!

*Rwacz – człowiek, starający się wszelkimi nieuczciwymi sposobami wyciągnąć (wyrwać) ze swojej pracy jak można najwięcej osobistych korzyści.

 

XVI. ODPOCZYNEK I GODZINY WOLNEGO CZASU

Nie wiem, czy jest w naszej książce miejsce dla opisu spędzania wolnego czasu i na rozważania o odpoczynku, kiedy tyle życiowo ważnych rzeczy okazało się nie wspomnianymi z powodu różnorodności ludzkiego bytu? Jednak, całkiem bez odpoczynku też obejść się nie można. Normalne jest, że człowiek męczy się, czy pisze kto, czyta albo czym innym z pilnością i gorliwością się zajmuje.

I przede wszystkim powiemy w ślad za najmądrzejszym metropolitą XIX stulecia Filaretem Moskiewskim, że najlepszym odpoczynkiem jest zmiana zajęcia. Widzimy, że Pan Bóg według dobroci Swojej darował nam zmianę pór roku dlatego, żebyśmy zawsze cieszyli się z bogactwa Bożego świata i oby on nam nigdy się nie znudził. Zmienia się wszystko wokół nas, zmieniamy się również my sami. Przechodząc kolejno – dziecięcy, młodzieńczy, dojrzały i starczy wiek, czerpiemy od każdego to, co jest mu właściwe i nie męczymy się życiem ze wszystkimi jego zawirowaniami.

Tak więc, nie należy trzymać cięciwy łuku w stałym naprężeniu. Jeśli nie chcemy, żeby ona się porwała, musimy również zwalniać ją czasami. Rozsądny chrześcijanin będzie starać się urozmaicać główne zajęcie swego życia tymi pobocznymi zajęciami i nowymi wrażeniami, które nie grożą żadnymi uszczerbkami dla duszy. Jego Świątobliwość Patriarcha Tichon, na przykład, kierując Cerkwią w najcięższych warunkach radzieckich bezbożnych prześladowań, znosił, prawdopodobnie, nieludzkie napięcie od kontaktów z wrogo usposobionymi państwowymi urzędnikami, co minutę żądającymi audiencji u Patriarchy. I to oprócz częstych nabożeństw, obfitości wierzących ludzi, którzy szukali u bezsilnego ciałem, ale rześkiego duchem błogosławionego starca wsparcia i pocieszenia! Doszły do nas świadectwa naocznych świadków, że troskliwy obrońca wszechrosyjski niedługo przed śmiercią po raz kolejny czytał „Zapiski myśliwego” Iwana Siergiejewicza Turgieniewa, wielkiego mistrza rosyjskiej prozy artystycznej i znawcy rosyjskiej duszy.

A dla świętego sprawiedliwego Ioanna Kronsztadzkiego, którego dzień pracy zaczynał się przed godziną czwartą rano, a kończył się głęboką nocą, odpoczynkiem było samotne przebywanie, choćby krótkie, na łonie natury – czy to w miejskim ogrodzie, czy podczas przejażdżki dyliżansem. Jak zmieniało się oblicze bogobojnego człowieka, jakim promieniało zachwytem, nieziemską radością, kiedy podziwiał on piękno gwieździstego nieba czy ukochaną przez niego przyrodę północnej krainy podczas corocznych podróży do rodzinnej Sury w archangielskiej guberni! Na koniec, przypomina się mi, opowieść o pewnym wybitnym moskiewskim duszpasterzu-spowiedniku sprzed rewolucji. Zmęczony długimi spowiedziami i rozmowami, lubił rozwiązywać zadania matematyczne, od dzieciństwa będąc miłośnikiem tej ścisłej nauki.

Wypada, mówiąc o spędzaniu wolnego czasu przez chrześcijanina, porozmawiać również o stosunku do naszej własnej cielesnej istoty, albo prościej, do ciała. Ciało, jak i dusza, stworzone jest przez Boga i służy jako instrument, narzędzie, przy pomocy którego rozumna człowiecza dusza działa w tym świecie. Zbawczy trud Chrystusa oświęcił i ciało, i duszę człowieczą, uczyniwszy je świątynią Ducha Świętego. Dlatego więc, powinniśmy przejawić rozsądną troskę o ciało, które święci ojcowi nazywają nie wrogiem, a przyjacielem rozumnej duszy. I przede wszystkim dotyczy to zdrowia, które dał nam Bóg. Czasem można zauważyć u młodych chrześcijan całkiem niemądre lekceważenie wobec tego daru Stwórcy. Ale przecież uczyniwszy szkodę ciału poprzez własne niedbalstwo, zaniedbując choroby, które w początkowym stadium można by było łatwo wyleczyć albo wręcz do nich nie dopuścić, popełniamy grzech, za który Pan może ukarać nierozumnych i nierozsądnych Swoich uczniów. Nikt nie ma prawa samowolnie skracać danego mu przez Boga ziemskiego życia. Między innymi, arcybiskup Teofan Zatwornik rekomenduje każdego ranka zajmować się gimnastyką, oczywiście, nie kosztem porannej modlitewnej reguły. I ten, kto pokochał z młodości turystyczne wyprawy albo odbywa regularnie poranne biegi, zajmuje się dla wzmocnienia zdrowia lekkoatletyką (jak ją nazywają – królową sportu), wiosłowaniem, pływaniem, wcale nie grzeszy przeciwko pobożności. Ale to wszystko jest dobre z umiarem. „Co nie w miarę, to od złego ducha” – mawiali szermierze pobożności.

Jeśli do twoich ćwiczeń fizycznych zaczęła wkradać się pycha, a kultura fizyczna przerosła w pogański kult ciała, jeśli środowisko wciąga ciebie w świat tak zwanego wielkiego sportu, który żąda ludzkich ofiar i jest rodzajem bałwochwalstwa – tu, według rady i błogosławieństwa spowiednika, trzeba wykazać stanowczość i ratować się od pokusy chwalebną ucieczką. „Kto czym pasjonuje się, ten tym bywa kuszony” – głosi ludowa mądrość. Wszystko nam można, ale nic nie powinno nami władać. Świat jest chytry i przebiegły, on nawet niewinne przyjemności i pożyteczne same w sobie zajęcia stara się obrócić nam na szkodę, jak tylko zapomnimy o dziękowaniu Stwórcy i poczujemy do czegokolwiek z ziemskich rzeczy grzeszną pasję (nałóg). Szczególnie należy zastrzec, że żadne rodzaje sportu, związane z agresją i demoniczną dumą (na przykład, wschodnie sztuki walki), nigdy nie będą w stanie pogodzić się z chrześcijańską pobożnością. „A czy można szukać rozrywki w tańcach?” – być może, zapytają mnie czytelnicy. Tańce tańcom nierówne i każde zajęcie przystoi swojemu wiekowi, dla nowoczesnych tańców nie znajdę ani jedynego dobrego słowa. W połączeniu z kakofoniczną muzyką są one, wydaje się, wymyślone właśnie po to, żeby zerwać z młodych ludzi ostatnie przykrycia wstydliwości, zaś odnoszenie się do innej płci z respektem i szacunkiem – zastąpić nienasyconą pożądliwością, zmysłowością i lubieżnością. Będąc sztucznie wzbudzone, cielesne namiętności nie uspokoją się, póki nie pogrążą niewolników w rowie nieczystości i grzechu nierządu, od czego niech Miłosierny Pan zachowa czytelników tej książki! Tak zwane klasyczne tańce, odziedziczone w spadku od minionej epoki XIX wieku, wymagały określonych umiejętności, sztuki tańczenia walca, wdzięku, a więc, przygotowania, świadomego wysiłku. Takie muzyczno-plastyczne zajęcia są bardzo pożyteczne w dziecięcym i częściowo młodzieżowym wieku, kiedy kształtuje się postawa i wiele dzieci cierpi na dysharmonię (niezgrabność) ruchów, niekształtność, niezdarność i inne wady. Jednak po fizycznym ukształtowaniu się chrześcijańskim młodzieńcom i dziewczętom wypada prowadzić walkę z panującym w świecie duchem zepsucia i rozpusty. Bliski kontakt z osobami płci przeciwnej (co oznacza taniec) jest bardzo niekorzystny i nawet niebezpieczny. Czy będąc słomą, możesz nie spłonąć, przebywając obok rozpalonego do czerwoności pieca? Co zaś dotyczy różnorodnych życiowych sytuacji i zrodzonych przez nie pytań, trzeba rozwiązywać je ze spowiednikiem-kapłanem poprzez rozmowy podczas spowiedzi, z czym ani jedna, nawet najlepsza książka konkurować, zgodzicie się, nie może.

Bieżący rozdział byłby niekompletny, jeśli byśmy w ogóle nic nie powiedzieli o zgromadzeniach i spotkaniach młodych chrześcijan w kręgu rodziny, przyjaciół czy parafian swojej cerkwi. Tylko obejrzyjcie się dookoła, wszędzie obcy i oddaleni od siebie ludzie! W obecnych czasach wyrachowania, pozbawienia skrupułów i chciwości jakże odzwyczaili się ludzie od czystych, przyjacielskich, bezinteresownych, prawdziwie chrześcijańskich kontaktów! Jedyne, co zostało u wielu, to tylko domowe uczty, zazwyczaj, nasycające ciało, ale nie duszę. O nie niewinnych, nieczystych i nietrzeźwych zgromadzeniach nawet mówić nie będę na stronicach tej książki. Wierzę, że zgromadzenia prawosławnych chrześcijan i w świeckich domach są błogosławione, tylko aby wszystko dokonywało się zgodnie z odpowiednim porządkiem, godnie wobec wzywającego nas Boga. Przypomnijmy sobie z wami, przyjaciele, obietnicę Zbawiciela: „Bo, gdzie dwaj albo trzej zgromadzeni w imię Moje, tam jestem pośród nich”. Czy zauważaliście, jakie uczucie duchowej pełni, radości wzajemnych kontaktów odwiedza duszę za każdym razem, kiedy duchowo jednomyślni ludzie, członkowie jednej parafialnej rodziny urządzają wspólnie to albo inne święto? Zwłaszcza jeśli na nim obecny jest batiuszka, dobrze znający wszystkich zgromadzonych? Wtedy łaska Boża weseli serca ludzi, bowiem poprzez kontakty rozsławiany jest Sam Chrystus. I jak dobrze jest naszej młodzieży jak najczęściej przebywać razem! Chociaż, należy powiedzieć, miłości Boskiej człowiek w każdym wieku jest pokorny. Wiek i liczba przeżytych lat mało znaczy tam, gdzie promienieje jedność wiary i wspólne dążenie służyć Bogu poprzez wypełnianie jego przykazań. Ruskie prawosławne serce jest zdumiewająco głębokie. Ono czasem znajduje wyjście swoim pogodnym uczuciom w ludowej pieśni, jednoczącej wszystkich w jednolity chór, a czasem w skrytej modlitwie, która, wcale nie przeszkadzając atmosferze przyjaźni i zaufania, sprowadza na zgromadzonych łaskę ciszy i spokoju. Rzeczywiście, czasami chce się razem również pomilczeć, dlatego nie wszystko dane jest nam wyrazić słowami.

 

XVII. PRZYJAŹŃ, MIŁOŚĆ, MAŁŻEŃSTWO

Przystępuję do tego tematu i mam wątpliwości, jak zwięźle i krótko wyjaśnić obszerne i trudne do określenia. Jednakże, z wami, pilni moi czytelnicy, nie tak potrzebujemy określeń, jak moralnych wskazówek i dobrych życiowych rad.

Życie, być może, dlatego jest tak piękne, że jest w nim miejsce na przyjaźń. Przyjaźń prawdziwa i sprawdzona przez czas – niewątpliwie dar Boży. I ten kto nie ma prawdziwych przyjaciół, powinien modlić się o ich darowanie. Niełatwo jest powiedzieć, co czyni ludzi przyjaciółmi, ale, myślę, tylko ten przyjacielski związek będzie mocny, który oparty jest na duchowej jednomyślności. Jeśli dwóch lub trzech ma całkiem odmienne pojęcie o życiu, jeden wierzy w Boga i niezmienność Jego przykazań, a drugi samo słowo „Bóg” pisze z małej litery, trzeciemu zaś wszystko jest obojętne, to czy nie upodobnią się oni do łabędzia, raka i szczupaka z baśni pod takim tytułem Iwana Kryłowa?

Przypomnijmy sobie, kogo Chrystus Zbawiciel zechciał nazwać Swoimi przyjaciółmi: „Wy jesteście przyjaciółmi Moimi, jeśli wypełniacie to, co Ja wam polecam”, a następnie dodaje: „To polecam wam, abyście się kochali nawzajem”. Znaczy chrześcijańska przyjaźń i siła przyjaźni – od Boga, przez zbawienną Jego łaskę rozpoczyna się i wzmacnia. Oto dlaczego biskup Ignatij Brianczanianow, wielki szermierz pobożności i duchowy pisarz XIX stulecia, odnosił się z wielkim szacunkiem wobec daru przyjaźni i wzywał, aby uważano za wielkie szczęście, jeśli w życiu uda się nam spotkać jednego czy dwóch przyjaciół, prawdziwie miłujących Boga i z całą gorliwością wypełniających Jego przykazania. Niestety, tak wysokie rozumienie przyjaźni jako związku jednomyślnych istot, wspierających siebie nawzajem na życiowej drodze wspólnym wysiłkiem modlitwy, spotkasz teraz rzadko, może jedynie w osobach koronowanych (podczas ślubu cerkiewnego) prawosławnych małżonków, o których jeszcze będziemy rozmawiać. Ale teraz wróćmy do rozmyślań o przyjaźni i przyjaciołach. Wydaje się, że przyjaźń nie może zaistnieć bez wzajemnej otwartości i zaufania. I znowu myśl moja zwraca się do Pana Boga, prawdziwego Nauczyciela naszego życia. „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego: ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca Mego.” Przed przyjacielem nie będziesz ukrywać nic, dlatego właśnie nazywa się on przyjacielem, że dzieląc twoje myśli i miłując ciebie w Chrystusie, gotów jest być twoim powiernikiem (wspólnikiem sekretów). I jeszcze jeden fundament przyjaźni znajdujemy w Ewangelii – ofiarna gotowość służenia bliskim według ducha ludziom. „Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Oto wysokość, do której nam przykazano dążyć na ziemi i którą powinniśmy sprawdzać samych siebie w stosunkach wzajemnych z przyjaciółmi: jednomyślność, zaufanie i ofiarna miłość.

A teraz chcę przestrzec naszych młodych czytelników przed zbyt bliskimi, jak mówią, zażyłymi, poufnymi, ale, niestety, jakże często lekkomyślnymi znajomościami, z powodu niedostatecznego zrozumienia mylnie nazywanymi przyjaźnią. „Trzeba z człowiekiem pud soli zjeść i poznać go, jak swoje pięć palców, zanim odkryć przed nim duszę” – mawiali wcześniej dobrzy ludzie. „Nie każdego człowieka wprowadzaj do domu twego” – ostrzega nas starotestamentowy mędrzec, pragnąc zapobiec pokusie, której poddawani są młodzi z powodu braku doświadczenia życiowego i prostoduszności. Prawdziwa przyjaźń, dodajmy, możliwa jest w przypadku pełnej i wzajemnej bezinteresowności. I jeśli choćby jedna życiowa myśl rani wyciągającego rękę przyjaźni, wtedy spełnia się ordynarna i smutna formuła Lermontowa, mówiąca, że w wielu przypadkach z dwóch przyjaciół jeden jest durny a drugi podły.

Poglądową ilustracją takiego wątpliwego związku jest znany wszystkim epizod z „Córki kapitana” A. Puszkina, kiedy jeden z „przyjaciół”, oszukany Pietrusza Griniew, był zmuszony piać pod stołem bilardowym, a drugi – bezwstydny rotmistrz Zurin stał nad nim pijany i cieszył się z nieoczekiwanego powodzenia – ograł na grubą kwotę żółtodziobego młodzika! Nie daj Boże komukolwiek z naszych czytelników znaleźć się w położeniu ostatniego! „Nie miej stu rubli, a miej stu przyjaciół” – głosi ruskie przysłowie. Ale, jak widać, wybierać przyjaciół też należy z namysłem, bowiem „przyjaciół poznajemy w biedzie”. I bywa, że tylko życiowe ciężkie doświadczenia i zmartwienia, spadające na nas, dają nam możliwość oddzielić pszenicę od plew, jeszcze raz sprawdzić samych siebie i przekonać się w przyjaźni tych nielicznych, którzy zdecydowali się, wielkodusznie znieść z nami wszystkie napaści, nieszczęścia.

Zresztą, o zmartwieniach i chorobach oraz ich dobroczynnym znaczeniu dla moralnego życia człowieka jeszcze będziemy mieli okazję porozmyślać.

Zauważmy, jednak, że przyjaźń wtedy bywa długotrwała, kiedy staramy się rozwijać w sobie wrażliwość i delikatność w stosunku do bliskiego nam człowieka. Jeśli tylko ktoś zacznie przejawiać nieumiarkowany upór, jeśli nie natręctwo, będzie wymagać od swego przyjaciela we wszystkim sprawozdania, jakoby on – był jego własnością, będzie zazdrosny, względem ludzi, względem jego własnych osobistych zajęć i spraw, których u każdego z nas niemało, względem życia ogólnie – koniec przyjaźni! Niech więc nasza szczera przychylność i miłości do przyjaciół niczym nie martwi ich i nie dostarcza im niepokoju – i wtedy oni zawsze będą odpłacać nam wzajemnością.

Każdy wie, że przyjaźń między młodzieńcem i dziewczyną, wysoka i szlachetna, często przekształca się w miłość. Będziemy mieć to na względzie i przestrzegać największej ostrożności we wzajemnych stosunkach. Nie do pozazdroszczenia i niewdzięczna jest sprawa – ranić cudze serca i zostawiać w nich krwawiące rany. Przyjaźń dziewcząt między sobą, podobnie i braterskie wzajemne relacje młodzieńców zawsze pozostaną najpewniejszą przystanią dla ludzkiego serca, szukającego spokoju, pokoju i ciszy.

Miłość powiązana jest jak z wielkimi tajemnicami, tak i z pokusami, które chrześcijaninowi należy zwyciężać w imię samej małżeńskiej miłości, danej przez Boga. I główna pokusa – we wzajemnym przyciąganiu się płci, które znajduje swoje uświęcenie w sakramencie koronowania (ślubu cerkiewnego) i spełnieniu biblijnego nakazu: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się i napełniajcie ziemię”. Pan Bóg i jego wieczny Zakon wymaga, aby przyszli małżonkowie zachowali dziewictwo, czystość duszy i ciała do wstąpienia w związek. Bo takie ostrożne wzajemne relacje – to rękojmia szczęśliwego i spokojnego życia małżeńskiego, w całej pełni odkrywającego się w pojawieniu dzieci – błogosławionego przez Boga potomstwa. Oto dlaczego w dawnych czasach starali się wydać dziewicę za mąż wcześniej i wszelkimi sposobami chronili ją od bliskich kontaktów z kawalerem, uważając, wszelką swobodę między nimi za niedozwoloną. I słusznie, przecież od małego do wielkiego upadku – jeden krok. Teraz inne czasy: wielka część ludności, odstąpiwszy od Boga, wbrew sumieniu legalizuje bezprawie, przyjmując rozpustę, rozwiązłe współżycie i cudzołóstwo za rzecz nie tylko naturalną, ale i konieczną – swoisty sprawdzian przyszłego życia małżeńskiego. „O tempora, o mores! O czasy, o obyczaje!” – wykrzyknąłby z nieudawanym przerażeniem Cyceron, gdyby znalazł się w XX wieku siedząc przed telewizorem gdzieś w moskiewskim mieszkaniu.

Ta książka została napisana nie dla tych, o których wyraźnie mówi nasze przysłowie: „Świnia znajdzie swój brud”. Tak więc, moi przyjaciele w Chrystusie, jeśli dziś nie ma nikogo, aby pilnował naszej moralności, bądźmy stróżami sami sobie i strzeżmy swego prawdziwego ziemskiego szczęścia, które wielu z nas odnajdzie w legalnym koronowanym małżeństwie. Młodzi ludzie-chrześcijanie powinni pielęgnować w sobie rycerski stosunek do kobiety. Młodzieńcze! Wykazując wielki szacunek swojej matce, jak ty możesz w myślach bezcześcić tę, która sama w przyszłości zostanie matką?! Jeśli nazywasz dziewczynę swoją narzeczoną i myślisz o niej jak o towarzyszce całego swego życia, bój się nawet palcem dotknąć jej, chyba że tylko podając jej rękę, kiedy ona stąpa na ziemię i szuka wsparcia, wychodząc z „dyliżansu”.

Czy zna nasz młody, ale mężny czytelnik trochę przemyślną „formułę miłości”, zaczerpniętą z listów świętego Apostoła Pawła? Zwracając się do drogiej dla siebie istoty, każdy chrześcijanin powinien by umieć powiedzieć: „...Szukam nie twego, a ciebie”. I rzeczywiście, czyste i głębokie przywiązanie wzbudza szacunek do człowieka. Ordynarne pożądanie, niczym nie powstrzymywana cielesna lubieżność – często mają miejsce tam, gdzie nawet mowy nie ma o wzajemnym szacunku, duchowej jednomyślności i prawdziwej miłości.

Śliczne czytelniczki nasze! Mądra nasza Matka Cerkiew, nakazuje strzec niewinności jak drogocennego daru, aby przynieść ją niesplamioną pod koronę. Inaczej, idąc na smyczy u niepohamowanego zalotnika, my nigdy(!) nie potrafimy ocenić walorów jego duszy i, po prostu mówiąc, zrozumieć go, poznać jako człowieka. Podobna rozpusta przed ślubem daleko nie najlepiej charakteryzuje osobiste cechy małżonków. Miłość, myślą niektórzy, przedstawia sobą całokształt jedności ducha, duszy i ciała kochających. I jeśli nad nami panuje ciało i pożądanie, wszystko czyni się na użytek namiętności, szczęścia nie oczekuj! Dlatego nie należy bać się być „białym łabędziem”, albo, jak mawiano dawniej, „krasną dziewicą” (skromną, piękną dziewczyną). Przeciwnie, tym większy szacunek wywołacie u otaczających ludzi, im więcej dyscypliny i czystości wykażecie wobec młodych ludzi ubiegających się o waszą uwagę.

Przepiękny, jak przyjęto uważać, jest czas zakochania. On i niezgrabnych czyni eleganckimi, niechlujnych zmusza dbać samych o siebie i nawet czasem wydobywa rymy z całkiem niepoetycznych serc. Ale zakochanie może stać się również stanem bolesnym, chorobą. Zdarza się to wtedy, kiedy pokochawszy, zapominamy: że tylko Bóg jest Przyczyną bytu, Światłością, Oddechem i Życiem człowieczego serca. „Nie uczyń sobie bożka” – głosi Święta Biblia. Często ubóstwiając i kłaniając się przed swoją wybranką, duchowo niedoświadczony młody człowiek bardzo szkodzi samemu sobie, i swojej przyszłej połowie. Prawdziwy chrześcijanin zawsze postara się trzeźwo oceniać życie wokół siebie. Miłość, być może, w tym właśnie się wyraża, żeby, widząc i znając słabości i wady kochanego człowieka, znosić je z nadzieją naprawienia później własną czułością i zrozumieniem. Tylko modlitwa do Boga daje siłę i mądrość, pokorę i prawdziwą miłość, uzbroiwszy się w które, zwycięsko poniesiemy i doniesiemy dobrowolnie wzięty krzyż Małżeństwa.

A jak bardzo potrzebna jest prawidłowa samoocena w sprawach małżeńskich! Widziałem kobiety, gorzko płaczące, narzekające na swój żałosny los w małżeństwie. Ich mężowie nie trzeźwiejąc pili. „A czy nie zauważałyście u nich tego nałogu przed zamążpójściem?” – jako duchowny zadawałem im to pytanie. „Tak, batiuszka – odpowiadały niektóre – ale wydawało mi się, że jestem silna, poradzę sobie, wychowam go”. Jeśli twój narzeczony nie może zrezygnować dla ciebie z butelki, namiętności-żmii, to pozwolę sobie powiedzieć z pewnością, nigdy nie przyjmuj jego oświadczyn! Albo alkohol – albo ty!

Udzielając praktycznych rad, zaczerpniętych z duszpasterskiej praktyki, a w większości z narodowej mądrości, dodam jeszcze coś: „Jabłko od jabłonki pada niedaleko”. Jeśli chcecie więcej dowiedzieć się o waszej przyszłej połowie, nie lekceważcie znajomości z jej rodzicami. W małżeństwie jest bardzo ważnym, do jakich kręgów należą młodzi mąż i żona. Jeśli są ludźmi z całkiem różnych stylów życia, on syn leśnika, a ona księżniczka – to, jak się domyślacie, problemów (modne słowo!) pojawia się niemało. Księżniczka, załóżmy, przywykła codziennie brać kąpiele piniowe (sosnowe), a jej wybraniec nawet nie wiedział o istnieniu umywalki, myjąc się wodą z płynącego w pobliżu strumyka.

Ważnym i niezbędnym warunkiem małżeństwa dla prawosławnej osoby jest jedność wiary kawalera i narzeczonej. Kanony Cerkwi zabraniają dokonywania ślubu cerkiewnego prawosławnego z innosławną albo innowierczą, jeśli tylko ostatnie nie życzy przyjąć prawej wiary. Bo małżeństwo jest przede wszystkim jednością dwóch w Chrystusie i w Cerkwi Chrystusowej, a ta jedność niemożliwa jest poza wiarą prawosławną.

Młodzieńcy, nie dajcie się zwieść pięknej twarzyczce dziewczyny, a lepiej popatrzcie na jej relacje z rodzoną matką. Jeśli szybko zobaczycie, że córka jest uczynna, uprzejma, szanująca rodziców – przed wami wybranka niebios! Ale jeśli zauważycie brak szacunku, niezadowolenie w tonie, arogancję i nawet chamstwo wobec matki, uciekajcie precz z tego domu, jakby to była chatka na kurzej łapce, a wy Iwankiem-duraczkiem-prostaczkiem. Niektóre chcą szybciej wyjść za mąż tylko dlatego, żeby uwolnić się od rodzicielskiej opieki albo poprawić warunki mieszkaniowe.

Niech one wychodzą za mąż za kogo chcą: Otellę, Robinsona, D’Artaniana, byle tylko nie za was! „Szukaj żony nie w korowodzie, a w ogrodzie” – poucza nas ruski lud. Bieda mężowi, jeśli jego żona okazuje się rozpieszczoną lalusią, która ciągle dąży dokądś wyfrunąć z domu: to do teatru, to do przyjaciół. Nie umiejąc porządnie ani gotować, ani szyć, ani nic innego zrobić, godna pożałowania kobieta i męża swego uczyni nieszczęśliwym człowiekiem co godzinę od niego coś wymagając i ciągle pozostając niezadowoloną.

Zawiłą ale zbawienną sprawą jest małżeństwo, jeśli zawierają je młodzi ludzie nie z wyrachowania, nie z namiętności, a z uświęconej wiarą i modlitwą miłości. Świece, które trzymają w rękach nowożeńcy podczas koronowania – są symbolem ich gotowości oddawać sobie nawzajem światło i ciepło, a samym uniżać się aby zachować pokój i jednomyślność. „Ten kto mądrzejszy, ten niech pierwszy ustępuje” – powiedział kiedyś pewien współczesny moskiewski batiuszka małżeństwu, któremu dopiero co udzielił ślubu. Koronowany ślub (cerkiewny) tym właśnie różni się od ślubu cywilnego, że on, będąc sakramentem Cerkwi, sprowadza na zawierających związek Boże błogosławieństwo i stawia ich na służbę małżeństwu. Ten dar otrzymujemy od Boga nie bez przysięgania i obietnic z naszej strony. Pan Jezus Chrystus poprzez kapłana przyjmuje obietnice kawalera i narzeczonej zachować wzajemną wierność, nigdy nie bezcześcić małżeńskiego łoża zdradą i nieść krzyż małżeństwa do śmierci. Sama śmierć nie rozłącza oddanych sobie nawzajem męża i żony. I jak tu na ziemi, tak i przed Tronem Bożym, w Carstwie Niebieskim, będą stać ramię w ramię, otrzymawszy koronę zbawienia w nagrodę za wiarę, wierność i miłość!

Nie udało się mi, o cierpliwi moi czytelnicy, wyczerpująco powiedzieć o tym, czego nie wyczerpuje życie. Nie powiedziałem wam o najważniejszym sekrecie małżeńskiego szczęścia, zawierającego się w tym, żeby mąż obchodził się z żoną zawsze tak troskliwie i z taką miłością, jak w dniu ślubu. Nie wspomniałem o tym, że dziewczynie, obarczonej mnóstwem słabości i dolegliwości, chorowitej i wątłej, należy zawczasu otrzymać pełne wyobrażenie o trudach zamążpójścia, dlatego że ciąża, powicie dzieci, jak pamiętacie z pierwszego rozdziału naszej książki – to prawdziwy czyn bohaterski, wymagający niemałych sił fizycznych. Nie powiedziałem, że chrześcijańskie małżeństwo, czyste i święte, nie zna żadnych szkodliwych działań antykoncepcyjnych i przeciwko najmłodszym płodowym dzieciom, zabijanie których stanowi główną zbrodnię naszych czasów, wołającą do nieba o pomstę za nią. Nie poradziłem chrześcijańskiej pannie, zanim zdecyduje się w myślach na zamążpójście, żeby chociaż na tydzień pojechała do monasteru, aby nie ukryła się przed nią anielska droga – stan zakonny – droga najdoskonalsza, o której jeszcze usłyszycie w tej książce.

 

XVIII. WYCHOWANIE DZIECI

Czy wszyscy wiedzą, co powiedziała święta pramatka Ewa, kiedy po raz pierwszy uwolniła się od ciąży (powiła) dziecko swoje? „…Otrzymałam człowieka od Pana!” – Wyrzekła wtedy pierwsza matka na ziemi. I jeśli maleństwo, dziecko – od Boga, to i pielęgnowanie, trud wychowania bez Bożej pomocy w żaden sposób obejść się nie może. Jest to szczególnie widoczne w naszych czasach, być może, znacznie trudniejszych dla wychowania podrastającego pokolenia, niż poprzednie. I niech nasi czytelnicy nie dziwią się, że do książki włączony jest taki rozdział. Co może być bardziej interesujące, niż ten temat, dla tych, którzy jeszcze nie wyszli z młodego wieku i są „obiektem wychowania”? Porozmawialiśmy już o tylu dorosłych sprawach, że odwrotu, jak mówią, nie ma. I przede wszystkim chce się powiedzieć o poświęceniu naszych dzieci Bogu „od łona matki i od niemowlęcych pieluch”. Wszystkie dzieci, oczywiście, kochane są przez Swego Stwórcę, według słów Biblii – „Ty Panie, chronisz niemowlęta”. I jeszcze: „Ty bowiem utworzyłeś moje wnętrzności, i utkałeś mnie w łonie mej matki… Godne podziwu są dzieła Twoje”. Ale, jakby to nie było zaskakujące, w głównej mierze od samych rodziców zależy, w jakim stopniu łaska Boża osłania ich dziecko.

Już wiecie, jakie znaczenie w życiu człowieka mają Sakramenty chrztu i priczaszczenija. O konieczności oświecania niemowląt światłem chrztu Zbawiciel świadczy jasno: „...puścicie dzieci przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im, bo takich jest Carstwo Boże”. Bo czy można nawet pomyśleć, aby dziecko prawosławnych rodziców pozostawało bez opieki Ducha Świętego?! Oto dlaczego według zwyczaju czterdziestego dnia, a w razie konieczności nawet wcześniej, noworodek dostępuje godności niebiańskich narodzin przez wodę i Ducha. Priczaszczając maleństwo w niedziele, w święta – im częściej, tym lepiej, pozwalamy Panu i Jego życiotwórczej łasce stale przebywać z naszym małym dzieckiem.

Ale i od serc rodziców zależy niemało. Bywa, że matka uważa siebie za wszechwładną gospodynię, decydującą o losie własnego dziecka. „Moje dziecko, urodziłam je dla siebie! I tylko dla siebie!” Kąpiąc dziecko w potokach egoistycznej miłości, pielęgnując je na swój obraz i podobieństwo, nieoświecona wiarą rodzicielka uczyni syna czy córkę nieszczęśliwymi. Nie uznając woli dziecka, nie widząc w nim stworzonej przez Boga osobowości, ona wcześniej czy później przerazi się owocem niemądrych swoich wysiłków. Dzieci takich rodziców, kiedy wydorośleją, nie tylko nie doświadczają wdzięczności, ale powstają przeciwko nim, za nic nie mają ich autorytetu i zrywają z nimi kontakty, bezlitośnie przecinając wszystkie więzi rodzinnej miłości, która, niestety, nie była uświęcona chrześcijańską mądrością.

Druga matka, chrześcijanka, jeszcze nosząc swoje dziecko w łonie, w myślach poświęca je Stwórcy, na podobieństwo dawnych świętych kobiet, które podarowały światu wielkich świętych. Takimi były święta Sara, żona patriarchy Abrahama, sprawiedliwa Jelizawieta, matka Największego ze zrodzonych przez kobiety Proroka i Chrzciciela Pańskiego Jana, sprawiedliwa Anna, która dostąpiła zaszczytu zostać matką Błogosławionej Dziewicy Marii. Wszystko, co powierzamy albo wręczamy Bogu, jest uświęcane jako Jego własność i mienie. Słowo „święty” w języku starohebrajskim oznacza: ”wzięty przez Boga w Jego dobra”. „Panie – tak może pomodlić się pobożna matka – Tobie poświęcam swoje dziecko. Niech będzie łaska Twoja na nim od łona mego. Przyjmij to dziecko w darze od nas grzesznych, postaw je na służbę Sobie i niech rozsławi się przez nie na ziemi imię Święte Twoje”. Sami czujecie, przyjaciele, jak poważne i odpowiedzialne są to słowa! Serce podpowiada nam, że Bóg będzie miał pieczę nad tym dzieckiem i w szczególny sposób będzie kierować jego życiem, uświęcając je Swoją łaską. Rozumie się, rodzice powinni dokładać wszelkich sił, aby pielęgnować w dziecku duchowe wartości i cnoty, godne jego przyszłego wysokiego powołania. Wielu dorosłych rozumie, że dzieci tylko w drugiej kolejności należą do nich, a w pierwszej – do Wszechmiłosiernego, Wszechmądrego Pana!

Ale zejdźmy na ziemię i zajrzyjmy w myślach do tej lub innej rodziny: co tam się dzieje? Niestety, nie zawsze pojawi się pocieszający obraz. Widzimy dziecko, które, nie patrząc na swój młody wiek, czuje się gospodarzem sytuacji. Z byle powodu – wszczyna histerie, rzuca zabawki, przewraca się na podłogę, miota nogami i rękoma, krzyczy do wyczerpania sił, jakby je rżnięto. Co za skandal! A to rozpieszczone, zepsute dziecko samolubnie czegoś się domaga, w niesłychany sposób łącząc mokre łzy i suche wyrachowanie! „Czym by tylko dziecko się nie cieszyło, aby tylko nie płakało”. Zbiegają się mamki, nianie, gdera babcia biegając niespokojnie wokół „wodza czerwonoskórych”, jakbyśmy nazwali to miłe dziecko. Mam nadzieję, nikt z naszych czytelników nie rozpoznał w opisanej scenie kartki ze swojej własnej biografii! Dlaczego tak wychodzi? Widocznie dlatego, że w rodzinie, ledwie tylko długo oczekiwane dziecko pojawiło się, natychmiast uczyniono je centrum powszechnej roztkliwionej uwagi. Co więc dziwnego w tym, że maluch, kiedy podrósł, odczuł wygodę swego położenia i wyciągnął z tego odpowiednie wnioski, oczywiście, nie drogą rozmyślań, a można powiedzieć, przez olśnienie, według podpowiedzi swoich zachcianek i kaprysów?

Przyszli rodzice! Miłość do dziecka powinna być mądra i widząca. We wszystkim schlebiając i przytakując mu, niszczymy w nim poczucie moralności, zepsujemy jego serce, skażemy w przyszłości na samotność i wyobcowanie od ludzi; i Pan który przydzielił nas do dziecka jak ogrodników do wspaniałej roślinki, oczywiście, rozliczy nas za to, że ona uschła, nie pokazawszy światu ani kwiatów, ani owoców. Znaczy, wychowywać trzeba tak, żeby dziecko, czując się silnym i odważnym, uczyło się kochać swoich rodziców i przejawiać, na ile jest to możliwe, uwagę i troskę o wszystkich otaczających je ludzi. Pięknie powiedziane, ale jak to uczynić? Niech dziecko przyzwyczai się, że nie jest najważniejsze w rodzinie. Niech, osiągnąwszy wiek około siedmiu lat, poczuje się pomocnikiem mamy. Z wielką przyjemnością będzie ono wypełniać powierzone mu zadania, czując się już dorosłym. Czy to sprzątanie mieszkania, przygotowanie posiłku, pranie i prasowanie – w każdym zajęciu znajdziemy dla dziecka pracę, w pełni odpowiednią dla jego niewielkiej siły i dziecięcego umysłu.

Jeśli zwrócimy się do odchodzącego ruskiego chłopskiego życia czy doświadczenia współczesnych wielodzietnych rodzin (a one, z zasady, są prawosławne), to tam sprawa wychowania ma się najlepiej. Starsze dzieci pomagają młodszym, przyzwyczajając się do czynnej miłości i uwagi. U dzieci wszystko jest wspólne, zawistnicy zaś, chciwcy, cwaniacy, donosiciele mają najmniej szacunku! Jak byłoby dobrze, gdybyśmy i my, i nasze dzieci nie znali słów: „Chce mi się, ja chcę, ja nie chcę!..”

Mądrzy i kochający rodzice z surowością odpowiedzą maleństwu, jak tylko zacznie ono przejawiać samowolę i upór: „Bogu to się nie podoba! Rób lepiej to, co ci kazano, i będzie dobrze”.

Między innymi, całkiem nieźle jest zapoznawać podrastające pokolenie z pojęciem poszczenia i okresami postu. Mam nadzieję, że większość naszych czytelników wie, dlaczego środa i piątek – to dni święte, wymagające powstrzymania się od niepostnego jedzenia. W środę Pan Bóg Jezus Chrystus został sprzedany przez Judasza, a w piątek ukrzyżowany na Krzyżu. Od prawieków chrześcijanie w te dni, jak i w cztery wielodniowe posty (przed świętem Bożego Narodzenia, Paschy, dniem świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz Uspieniejem – błogosławionym Zaśnięciem Przenajświętszej Bogarodzicy), powstrzymują się od mięsnych i mlecznych produktów. Być może małym dzieciom trudno jest przestrzegać postu w całej surowości, ale uczyć się powstrzymywać się od wszystkiego tego, co one nazywają „smaczniutkim, pysznym” – jest bardziej niż pożyteczne! A już nie oglądać w te dni telewizji (skoro rodzice całkiem jej się nie pozbyli) Sam Bóg nakazuje! Znam rodziny, w których dzieci poszczą na równi z dorosłymi, pragnąc tego według własnego sumienia. Dorośli wiedzą, jak źle jest być niewolnikiem żołądka. Od młodych lat zapoznając się ze znaną wstrzemięźliwością, uczymy się panować nad ciałem, darując duszy upragnioną wolność.

Całkiem niesprawiedliwym byłoby pozbawić nasze dzieci szczęścia modlenia się i słuchania Pisma Świętego! Prawidłowo postępują te mamy, które karmiąc dziecko piersią, pośpiewują w tym czasie Archanielskie pozdrowienie Matki Bożej, pochodzące z ust Niebianina (mieszkańca niebios): „Bohorodice Diewo, radujsia, Błahodatnaja Marije, Hospod’ s Toboju; błahosłowiennna ty w żenach i błahosłowien płod czrewa Twojeho, jako Spasa rodiła jesi dusz naszych!” Oto co znaczy, według starodawnego dobrego powiedzenia, „wsysać pobożność z mlekiem matki”! I rzeczywiście, słowa cudownej modlitwy uświęcają dziecko, i pokój Boży spoczywa na nim. Mówią, że o wiele lepiej jest poczytać nad dzieckiem, które nie może zasnąć, rozdział z Ewangelii albo wybrane modlitwy, niż godzinami trząść łóżeczko. Bardzo mądrze jest w pokoiku dziecka umieścić wielką ikonę Chrystusa i Matki Bożej, żeby oczka dziecka przyzwyczajały się do świętości i ono czuło na sobie spojrzenie Tej, która jest nam bliższa, niż rodzona mama. Przecież najważniejsze – wychować w naszych dzieciach odczucie, że Bóg jest wszędzie, wie wszystko i wszystko może. Ten święty stan nazywa się, jak pamiętamy, strachem Bożym.

Pewnego razu, będąc już kapłanem, poznałem pewną starszą pobożną kobietę, która przeżyła sprawiedliwe życie. Zgodzicie się, w naszych czasach – to rzadkość. „A jakże to tak wyszło, że grzechy ominęły was bokiem?” – zapytałem z zainteresowaniem. „A wiecie, batiuszka, ja zawsze bałam się Boga” – z jasnym uśmiechem przyznała się kobieta. „A jak to – bać się Boga?” – zadałem jej pytanie z żywym zainteresowaniem. „A oto tak, byłam całkiem malutka, miałam cztery-pięć lat. Leżałam na piecu, a mama nisko czymś jako gospodyni się zajmowała. U nas w domu zawsze płonęła łampadka przed ikoną Zbawiciela. I ja pytam mamusię: „A dlaczego mi Bozia paluszkiem grozi?” Przecież wy, batiuszka, wiecie, jak Pan prawą ręką na ikonach błogosławi? Mamusia odpowiada: „Bozia wszystko widzi i tobie grzeszyć zabrania”. Ja pomyślałam, jak to Bozia może wszystko widzieć? Dawaj schowam się pod koc, a potem przez małą szpareczkę popatrzę – a Bozia w tym czasie może odwróci się! Powiedziane – zrobione. Schowałam się pod koc, zrobiłam dziureczkę, patrzę przez nią… A Bozia jednak na mnie patrzy, i paluszkiem ciągle grozi: „Mania, nie grzesz!” I od tej pory boję się Pana, modlę się do Niego, a grzechów unikam” – zakończyła swoje szczere opowiadanie rozmówczyni.

Wielki wychowawca ruskiego narodu prepodobny Amwrosij Optyński mówił, że bez strachu Bożego, odczuwania wszechobecności Niebiańskiego Ojca nie można wychować moralnej osobowości, zaszczepić w sercu cnót Chrystusowych. Ten, kto przyzwyczaił się wszystko czynić przed obliczem Bożym, nigdy nie śmie zasmucić Stwórcy nawet złymi myślami.

Daj Boże, i nam, i naszym dzieciom mieć bojaźń przed Tobą, chronić siebie od zła, według wielkiego Twego miłosierdzia!

 

XIX. MONASTYCYZM

Wypełnimy więc obietnicę, przyjaciele, i opowiemy wam, z pomocą Bożą, o tej najdoskonalszej drodze, którą święty Jan Złotousty nazywa wyższą wszelkich pochwał. „Wiedz, umiłowany – mówi on – że małżeństwo jest cnotą, godną podziwu, ale dla dziewictwa, stanu mnisiego, nie wiem czy znajdę słowa, bowiem to anielski rodzaj życia”.

Ciekawe, że przy słowie „monaster” u niecerkiewnego człowieka pojawiają się najbardziej dziwaczne wyobrażenia, najmniej odpowiadające prawdziwemu stanowi rzeczy. Tłumaczone to jest pojęciami narzuconymi nam przez świecką literaturę piękną. Często jej autorzy, bardzo powierzchownie obeznani z życiem duchowym, a już z monastycznym tym bardziej, opisują monaster w ogólnych zarysach, przedstawiając go jako przystań rozczarowanych pałacowym życiem kurtyzanek albo zarażonych wszelkimi śmiertelnymi grzechami podstępnych osobowości w sutannach i kapturach, biorących najbardziej niestosowny udział w intrygach i przygodach głównych bohaterów tych utworów. Sprawiedliwie należy powiedzieć, że nie dotyczy to większości klasycznych ruskich pisarzy. Do pióra Dostojewskiego i Leskowa należą obrazy mnichów, w pewnym stopniu podobne do oryginałów, które weszły do skarbnicy światowej literatury.

Zresztą, zostawmy z boku literackie analizy i wróćmy do życia, które jedynie jest przedmiotem tej książki.

Powiedzmy od razu, szukać monastycyzmu wypada z miłości do Pana naszego Jezusa Chrystusa i z pragnienia bez przeszkód służyć Mu, co nie jest całkiem wygodne człowiekowi, żyjącemu w świecie i obarczonemu mnóstwem codziennych trosk życiowych.

Za fundamentalne dla monastycyzmu uważane są Ewangeliczne słowa Chrystusa Zbawiciela powiedziane pewnemu bogatemu młodzieńcowi: „…pójdź, wszystko, co masz, sprzedaj i rozdaj ubogim, i będziesz mieć skarb na niebie; i przychodź, podążaj za Mną…” zbawienie duszy osiąga się, z Bożą pomocą, również pośród szumnego świata, ale duchową doskonałość, zdobywanie Ducha Świętego w możliwej dla człowieka pełni, najściślejsze zjednoczenie z Odkupicielem poprzez nieustanną modlitwę i przyozdobienie duszy Chrystusowymi cnotami – osiąga się głównie w odosobnieniu od świeckich mieszkań, za błogosławionymi murami monasterów, a lepiej powiedzieć, w monastycyzmie.

Pamiętam, jak, tylko-tylko, stanąwszy na drodze wiary, jako jeszcze nieuświadomiony w duchowych sprawach młodzieniec, odwiedziłem znany każdemu ruskiemu prawosławnemu chrześcijaninowi Piuchticki monaster pod wezwaniem Uspienija Matki Bożej. Wszystko było porażające w tej nieznanej mi dotychczas przepięknej krainie. Cudowna przyroda (ten monaster znajduje się w Estonii), pokryte zielenią wzgórza, brzozowe zagajniki, świeże i przepojone aromatami ziół, świeżo wykoszonego siana powietrze, co nazywa się po słowiańsku „błahorastworienijem wozduchow” (dosł. dobrym wymieszaniem powietrza). Ogromny sobór, lśniący czystością tak, że krępującym było stąpać po wyskrobanej i wymytej kamiennej podłodze. Wspaniały śpiew, składający się z czystych żeńskich głosów, zadziwiających jasnością i przenikliwością dźwięku. Wszystkiego nie opiszesz. Ale prawdziwym objawieniem dla mnie były twarze, nie wiem, nowicjuszek czy mniszek, to nie jest tak ważne. Od tego czasu minęło już, chyba, ponad piętnaście lat, a serce do tej pory zachowuje pamięć o tym nie dającym się opowiedzieć słowami wrażeniu.

Powitała nas monasterska siostra, której powierzono nakarmić w refektarzu dopiero co przybyłych pielgrzymów. Nagle zrozumiałem, że nigdy wcześniej nie widziałem tak jasnego, jakby od wewnątrz przenikniętego światłością oblicza. To była nie dyżurna uprzejmość kelnerki czy stewardessy, ale coś zupełnie innego. Skromny uśmiech tchnął taką prostotą i czystością, że od razu chciało się opuścić oczy. Tak bywa, kiedy patrzysz na słońce i mimowolnie się odwracasz. Jej zachowanie, naprawdę przyjazne i serdeczne, było jednocześnie, jak teraz rozumiem, bardziej niż czyste. Krótko mówiąc, ta siostra wydała mi się istotą z innego świata, człowiekiem, do którego nie może przykleić się żaden życiowy brud, próżność czy fałsz. Dziękuję aż do dziś Matce Bożej, że Ona pokazała mi prawdziwe piękno życia w Chrystusie!

Teraz jest mi całkowicie jasnym, że monastycyzm – to zjawisko nie z powodu uszczerbku, nie z biedy, jak myślą ci, którzy nic nie widzieli na własne oczy i sądzą o wszystkim ze słyszenia. Nie! Życie monastyczne jest przejawem łaski i harmonii, ukazującym, jaką szlachetnością i pięknem Stwórca uhonorował naszą bogopodobną naturę!

Odczuwającego pociąg do życia anielskiego oczekuje długie wypróbowanie siebie: na początku żyjąc jeszcze w świecie, ale nie po świecku, a później w trudzie posłuszeństwa (nowicjatu) już w murach monasteru. Wypełniając włożone na niego obowiązki, systematycznie uczęszczając na nabożeństwa, czytając monasterską modlitewną regułę, nowicjusz zapoznaje się z porządkiem monastycznego życia i prosi Pana oraz Matkę Bożą o wzmocnienie jego sił i zdecydowania służyć Im w czystości, wyrzeczeniu się wszelkich dóbr materialnych i całkowitym posłuszeństwie. Te trzy obietnice składane są podczas postrzyżyn mnisich, przy czym przyjmujący postrzyżyny wraz z mnisimi szatami przyjmuje również nowe imię, jakby się narodził po raz drugi! Wielu mówi o tym zadziwiającym przeobrażeniu, które dokonuje się z człowiekiem podczas postrzyżyn! Przed wami już nie stary wasz znajomy (tak opowiadają znający mnicha przed wstąpieniem do klasztoru), a anioł! W długiej czarnej szacie, z płonącą świecą w jednej ręce, z drewnianym krzyżem w drugiej, w kłobuku, specjalnym nakryciu głowy, i spływającej falami mantii – to już całkiem inna istota! Pierwszych kilka dni nowopostrzyżony spędza w ołtarzu, codziennie przyjmując Święte Dary Chrystusowe, na znak duchowego związku z Oblubieńcem duszy – Chrystusem Odkupicielem. Od teraz najważniejsza życiowa sprawa mnicha – nieustanna pokajanna modlitwa Jezusowa, ta sama modlitwa, której nieśpieszne i uważne odmawianie powoli-pomału doprowadza do oczyszczenia od namiętności i zamieszkania łaski Bożej w sercu szermierza Bożego. Czy modli się mnich podczas nabożeństwa w cerkwi, czy wypełnia pracę posłuszeństwa, czy idzie na posiłek, czy wraca z niego – z jego ust nie powinno znikać dziecięce, szczere, bogobojne wzywanie najsłodszego imienia Odkupiciela: „Hospodi Iisusie Christie, Synie Bożij, pomiłuj mia (mienia) hresznaho!” Dużo smutków oczekuje mężnego ucznia Chrystusowego, bied i wypróbowań, czasem męcząca będzie walka z grzechem, gnieżdżącym się w głębiach naszego serca, nie od razu, nie natychmiast darowane mu będzie prawdziwe oczyszczenie i przeobrażenie duszy, ale z pomocą Swoich Niebiańskich Rodziców – Pana i Jego Przeczystej Matki – on wejdzie ciernistą, za to błogosławioną ścieżką do duchowej doskonałości! I prawdopodobnie, takiemu mnichowi nie będzie błogosławione napisać książkę, uczestniczyć w wielkich społecznych wydarzeniach czy w inny jakiś sposób utrwalić swoje imię na stronicach historii, bo i nie dlatego przyjmował on stan mnisi…

Może zdarzyć się, że pewnego pięknego dnia jakiś młody człowiek, czy to poszukujący wiary, czy męczony wątpliwościami, znajdzie się w monasterze i przypadkowo spojrzy na pokornego sługę Chrystusowego, wypełniającego, jak zawsze sumiennie i modlitewnie, swoje powszednie posłuszeństwo – i olśniony światłem Bożej łaski, spoczywającej na szermierzu pokajania, młody człowiek nagle zrozumie Ewangeliczne słowa: „Wy – jesteście światłością świata… I, zapaliwszy świecę, nie stawiają jej pod korcem, ale na świeczniku, i świeci wszystkim w domu. Tak niech świeci światłość wasza przed ludźmi, żeby widzieli oni wasze dobre uczynki i wysławiali Ojca waszego Niebieskiego”.

Jeśli byście zapytali mnie: „A do jakiego monasteru najlepiej nam pojechać, żeby na własne oczy przekonać się o powiedzianym i otrzymać wyobrażenie o życiu mnisim już nie na podstawie cudzego świadectwa, a z własnego doświadczenia?” – przypomniałbym stare rosyjskie pobożne powiedzenie: „Jeśli nie chcesz być uparty, płyń na Wałaam, a nie chcesz być surowy, wybieraj się do Sarowa. Chcesz być doświadczony – jedź do Optiny”. Dużo, według miłosierdzia Bożego, odrodziło się teraz na Rusi sławnych monasterów. Co zaś dotyczy mnie, planuję po napisaniu naszej książki (a przeciwległy brzeg już widać!) odwiedzić Sierafimo-Diwiejewski żeński monaster, znajdujący się niedaleko od Sarowa i Arzamasa, w ostatnim, czwartym, na ziemi przybytku Matki Bożej. Według świadectwa prepodobnego Sierafima, Caryca Niebieska Sama każdego Bożego dnia obchodzi Swoje posiadłości i obiecuje wszystkim, którzy z wiarą odwiedzają to miejsce, wielką łaskę Swoją…

 

XX. CHOROBY I ZMARTWIENIA

Nasi uważni czytelnicy pamiętają, jakie pytanie zadaliśmy im, opowiadając o pierwszych niewinnych łzach noworodka. Niewątpliwie, że złączona jest z nimi tajemnica ludzkiego bytu na ziemi. Z jakiego powodu płacze dziecko, które wyszło z łona matki, co ono stara się wyrazić swoim usilnym stękaniem? Czy nie przeczuwa ono tych chorób i zmartwień, które stały się nieodłączne człowieczeństwu od tej pory, jak nasz wspólny praojciec Adam, zgrzeszywszy, stracił rajską błogość, a ziarno grzechu przeniknęło w serca wszystkich potomków i uczyniło ich śmiertelnymi? A być może, dziecko, które tylko co pojawiło się na świat Boży, wyraża swoimi łzami potrzebę Odkupiciela, Pana Jezusa Chrystusa, który po to wcielił się, żeby wytrzeć wszelką łzę z oczu sług Swoich i, zwyciężywszy grzech i śmierć, przywrócić im błogosławioną nieśmiertelność? Wreszcie, czy nie pragnie noworodek powiedzieć wszystkim, że jedyną drogą do Niebiańskiej Ojczyzny jest pokajanie? „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni pocieszeni będą” – potwierdza słuszność tych proroczych łez Słowo Boże.

Jakby to nie było, ale zmartwienia – nieodłączny towarzysz wszystkich, kogo matka zrodziła na ziemię – według przemądrej Opatrzności Bożej zamienione są przez Chrystusa w zbawienny lek, leczący dolegliwości grzesznego człowieczego serca.

Wiele z Ewangelicznych wydarzeń ma odniesienie do nas wszystkich. Wiecie, że Chrystus Zbawiciel był ukrzyżowany na górze Golgocie, w pobliżu Jerozolimy. A po obu stronach Pana cierpieli męki na swoich krzyżach dwaj rozbójnicy, skazani za bezprawia. Mówi się, że ci dwaj symbolizują cały rodzaj ludzki. Jeden, ukrzyżowany z lewej, złorzeczył i bluźnił Chrystusowi wraz ze stojącymi u podnóża Krzyża oślepionymi złością uczonymi w Piśmie i faryzeuszami. A drugi (nazywają go błahorazumnym, czyli rozsądnym), ukrzyżowany po prawej stronie, porażony Boskim majestatem i łagodnością Męczennika, zrozumiał, że nie był to podobny do nich grzesznik, ale Sam Zbawiciel, Mesjasz, i zawołał z wielką wiarą: „Wspomnij mnie, Panie, kiedy przyjdziesz do Carstwa Twego!” On stał się godnym obietnicy Chrystusa: „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”. Wkrótce rzymscy wojownicy obu rozbójnikom przebili golenie (połamali nogi), i oni wyzionęli ducha. Jeden wściekły bluźnierca Pana, zamienił czasowe męki na wieczne, a drugi, roztropny rozbójnik, jako pierwszy ze wszystkich ludzi wszedł do raju i został obywatelem Niebieskiego Jeruzalem w nagrodę za wiarę i głębokie pokajanie w swoich grzechach.

Nie ma na ziemi człowieka, który by całkiem nie cierpiał. Bóg, z miłości do ginących stworzeń, stał się człowiekiem i, niewinny, wszedł na Krzyż, złożył Siebie w ofierze za grzechy ludzi, wypił kielich cierpień, który powinien by wypić każdy z nas. Odkupienie dokonało się! Teraz zmartwychwstały Chrystus poprzez wiarę, pokajanie i chrzest każdemu daje życiotwórczą łaskę Świętego Ducha. Te cierpienia, które wcześniej były nieodwracalne, bowiem kończyły się śmiercią i zejściem wszystkich ludzi do piekła, teraz, po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystus, który wziął na Siebie wszystkie nasze słabości, choroby oraz zmartwienia, stały się środkiem do wiecznego zbawienia. Uczynione lżejszymi przez Chrystusa, złagodzone łaską Ducha Świętego, służą one na ziemi jako wypróbowanie naszej wiary i wierności Ojcu Niebiańskiemu. Bóg – nie jest sprawcą naszych cierpień, ale my własnymi rękami tworzymy ten życiowy krzyż, który każdemu z nas wypada nieść z wielką cierpliwością i wdzięcznością Bogu za Jego stałą pomoc.

Nie ma chyba, na ziemi doli straszniejszej, niż narzekanie, podobne do bluźnierstwa rozbójnika, ukrzyżowanego po lewej stronie Pana. Ukarany sprawiedliwie, mając na sumieniu grzechy, w których się nie pokajał, on złościł się, i od tego męki jego stały się nie do zniesienia. Zamiast tego, żeby zwrócić się w błaganiach do Niebiańskiego Boga z pokajaniem, rozbójnik popełnił jeszcze jeden straszny grzech – zbluźnił niewinnego Stwórcę! Po tym dusza jego kompletnie pociemniała i dobrowolnie stała się więźniem piekła. Niech wybawi nas Miłosierny Bóg od takiego końca.

Oto dlaczego, drodzy, czcigodni i pobożni czytelnicy, nigdy, w żadnych okolicznościach, nawet w najtragiczniejszych, nie dopuszczajmy nawet cienia niezadowolenia i narzekania na Opatrzność Wszechmiłosiernego Boga. Jakby nam czasami nie było ciężko, trudno i boleśnie – nie traćmy nadziei. Ale skierujmy duchowy wzrok na ukrzyżowanego za nas Odkupiciela z dziecięcym błaganiem: „Panie, należne przyjmuję za grzechy swoje, ale wybacz, pomóż i wspomnij mnie w Carstwie Swoim!” Z głęboką wiarą i mocną nadzieją wypowiedzmy te słowa – i wejdzie w serce spokój i radość. Sam Pan łagodzi smutki swoją zbawienną łaską. Utwierdźmy się w modlitwie: ”Hospodi Iisusie Christie, Synie Bożij, pomiłuj mia (mienia) hresznaho!” – i odczucie beznadziejności rozwieje się, jak dym, dane nam będzie odczuć bliskość Chrystusa i zrozumieć sens znoszonych cierpień. Przybiegnijmy do niewyczerpanego źródła mądrości i prawdziwego poznania Boga, naszych ruskich przysłów i powiedzeń. „Im większe cierpienie, tym bliżej do Boga”. Rzeczywiście, zdarza się, że zatwardziałe ludzkie serce upodabnia się do przeschniętej i popękanej gleby, która nie może już wchłonąć w siebie deszczowej wilgoci. W takich przypadkach potrzebny jest kilof czy motyka, aby ich silnymi uderzeniami rolnik potrafi rozdrobnić i zmiękczyć ziemię, która zamieniła się w kamień. I Niebiański nasz Lekarz, „nie pragnący śmierci grzesznika, tylko aby ten nawrócił się i był żywy”, używa czasem takiego Boskiego szpadla, który nazywamy na ziemi cierpieniem. Nasz naród nazywał dawniej choroby „Bożymi odwiedzinami”. Kiedy złamała ciebie słabość i niespodziewanie zachorowałeś, straciłeś normalną zdolność do życia, nie narzekaj: „Za co i dlaczego tak ze Mną się stało?” Nie wymagaj przyjacielu, sprawozdania od Boga, a lepiej ukorz się pod jego mocną ręką. Znajdź w sobie mądrość i męstwo podziękować Stwórcy w tej godzinie, i On nie pozostawi ciebie bez pomocy. Ten zaś, kto analizuje głębiny swego sumienia, to znajduje ukrytą przyczynę tego, co z nim się dzieje.

My, duchowni, wiemy, jak stanowcza i jednocześnie pożyteczna przemiana dokonuje się z chorym! Jeszcze wczoraj on nie chciał nawet myśleć o Bogu, pokajanie uważał za coś niepoważnego, a o swoich grzechach tylko żartował. A dziś i kaja się, i modli się, i pości, stara się podobać Swemu Władyce, uświadomiwszy w jednej chwili, że w Jego rękach – nasze życie i wyzdrowienie!

Tak więc, cierpienia powodują, że ludzka pycha głęboko pokornieje, wyrywają z nas samozadowolenie, arogancję i przywracają nam błogosławiony, radosny, dziecięcy stan duszy – świadomość własnej niemocy, a jednocześnie również odważną wiarę, że Wszechmiłujący Ojciec nie pozostanie nieugiętym i w odpowiedzi na nasze pokajanie, spowiedź oraz pokorną modlitwę daruje w swoim czasie również odciążenie, ulgę.

Wielkie i małe nieprzyjemności, smutne okoliczności naszego życia dopuszczane są przez Boga również dla naszego wypróbowania. Pan wypróbowuje każdego, i prawego (sprawiedliwego), i grzesznego – jednego, żeby utwierdzić w dobrym usposobieniu duszy i ukoronować koroną cierpienia, drugiego – dla opamiętania i uświadomienia swoich grzechów.

„Panie, dziękuję Tobie za wszystko, co u mnie jest, i po trzykroć – za to czego nie mam”. Zaiste przemądra modlitwa! Dziękowanie i za dobre, i za smutne w naszym życiu jest wielką cnotą. Jeśli nie chcesz chorować – sam nie szkodź sobie z powodu swojej lekkomyślności czy nieostrożności i więcej dziękuj Panu za bezcenny dar zdrowia. Ci z naszych czytelników, którzy już stali się godni szacownego wieku, zgodzą się ze mną: zaczynamy przypominać sobie o zdrowiu przeważnie wtedy, kiedy je tracimy. „Co mamy – nie szanujemy, utraciwszy – płaczemy”. Dlatego nie przepuść ani jednego dnia, żeby podziękować Bogu za Jego wielkie dary: młodości, siły, zdrowia. I On, widząc wdzięczną i pełną czci duszę, doda tobie ze Swoich szczodrych łask, wzmocni i duszę i ciało, wskazując jak lepiej rozporządzić wszystkimi tymi bogactwami ku sławie Bożej i z pożytkiem dla ludzi.

Jeśli zaś choroba nie opuszcza, nie wpadaj w przygnębienie, ale częściej powtarzaj taką modlitwę: „Hospodi pomiłuj, Hospodi prosti, pomohi mnie, Boże, krest moj doniesti!” (Panie zmiłuj się, Panie wybacz, pomóż mi, Boże, donieść mój krzyż). Nauczeni przez Ducha Świętego wielcy nauczyciele pobożności świadczą, że w naszych trudnych czasach chrześcijanie przeważnie zbawiają się poprzez pogodzenie, cierpienie smutków i dziękczynienie. Choroba, znoszona z dziękczynieniem, jest zaliczana do męczeństwa i oręduje (prosi) o wieczne zbawienie cierpiącego na niebiosach.

„Który wycierpi do końca, ten zbawiony będzie” – błogosławi nas Zbawiciel na cierpienie i wielkoduszność. Ostatnie polega na tym, żeby widzieć we wszystkich, nawet bolesnych okolicznościach, jasną stronę i pocieszać siebie tym, że nic nie dzieje się z nami bez woli Bożej. Biskup Ignatij Branczaninow, święty XIX wieku, mówił: obfitość zmartwień dla chrześcijanina – niewątpliwy znak, że jest wybrańcem Bożym i łaska Boża na tym człowieku.

Bardzo mądrze urządzone jest przez Boga, że życie nasze nie bywa utkane tylko z radości czy wyłącznie z cierpień. Ale radość zastępuje cierpienie, a w ślad za smutkiem przychodzi pocieszenie. Jakby to nie było, uczmy się wszystko przyjmować z wdzięcznością, pamiętając, że bez woli Bożej ani jeden włos nie spadnie z głowy naszej.

O znoszeniu nieszczęść, prowadzących do oczyszczenia duszy, napisane są, moi przyjaciele, całe książki. I nie mam możliwości wyczerpać wszystkiego, co dotyczy tego tematu. Przewidując niektóre wasze pytania, postaram się w kilu krótkich zdaniach odpowiedzieć na nie. Przytaczam te odpowiedzi nie od siebie, nie od swego rozumu znaczy, a dostosowując się do Pisma Świętego i wypowiedzi świętych ojców.

Nie wystawiaj na próbę Pana Boga twego i chroń swoje zdrowie dla służby Bogu i bliźnim.

Lekarza nie unikaj, ale zanim leczyć się, pomódl się do Boga, aby On pobłogosławił rozum i ręce jego na pomyślne leczenie.

Czasem choroby dzieci służą do zdemaskowania i napomnienia, grzesznych rodziców. Rodzicielskie pokajanie i poprawa życia – to rękojmia pomyślności ich dzieci.

Bywa, że Bóg zabiera z ziemskiego życia niewinne dzieci, wybawiając je od grzechów młodości i darując im ufne stanie przed Tronem Bożym.

Wiele tajemnic u Pana – i odpowiedź na niektóre pytania nasze uzyskamy dopiero w dniu Strasznego Sądu. „Co Bóg czyni, nikomu nie mówi”. „Mądrość Najwyższego Stwórcy nie dla nas rozpatrywać i mierzyć, pokornym sercem wierzmy i cierpliwie oczekujmy końca”.

Jak topnieje (ubywa) płonąca świeca na świeczniku, tak też zbliża się do swego końca nasze ziemskie życie. I im bliżej do starości, tym więcej niemocy i dolegliwości podkrada się do nas. Dobrze o tym wiedząc, mądry w Bogu car Dawid modlił się do Żywego Boga: „Nie odtrącaj mnie w czasie starości; gdy siły ustaną, nie opuszczaj mnie!”

Życzmy więc sobie i innym, o czytelnicy nasi, starości czcigodnej, jeśli Pan da dożyć nam do sędziwych lat. Niech wtedy siwizna nasza będzie świadectwem nie tylko podeszłego wieku, ale i mądrości nabytej od łaski Ducha Świętego.

Pomóż nam Miłosierny Stwórco, tak mądrze rozporządzić krótkimi dniami naszego życia, żeby pokajaniem i modlitwą pokonać złe namiętności, powstające przeciwko nam, wejść w wiek Chrystusowy i osiągnąć błogosławioną beznamiętność. Nie dopuść, Panie, starczym niemocom wtedy tak zapanować nad nami, żeby stały się one przeszkodą w służbie Tobie. Zachowaj nam jasność umysłu i rześkość serca, wzmocnij członki naszego ciała, abyśmy pracowali (służyli) Tobie do dni ostatnich w pokajaniu i wierze, radości i miłości, i wspomnij nas, kiedy przyjdziesz do Carstwa Twego. Amiń.

 

XXI. ŚPIESZCIE SIĘ CZYNIĆ DOBRO!

Utrwaliło się w mojej pamięci pewne spotkanie, o którym koniecznie chcę wam opowiedzieć. Jako jeszcze całkiem młody batiuszka miałem okazję odwiedzić dom starców, jakich w stolicy niemało. Dostawszy się na potrzebne mi piętro, szedłem korytarzem, szukając ciężko chorej leżącej starszej kobiety, która chciała przyjąć Świętą Eucharystię. Ona była jeszcze świadoma i, ze łzami wyspowiadawszy się, przyjęła Święte Dary. Twarz jej rozjaśniła się i potulna chrześcijanka opadła na poduszkę z widoczną ulgą. Ona wierzyła, że Sam Pan odwiedził ją. Drobno żegnając się, „priczastnica” powtarzała: „Chwała Tobie Panie!” I taką ją zostawiłem, pocieszywszy słowami o łasce Stwórcy wobec nas.

Ale od razu wyjść z przybytku smutku nie udało mi się. Po prostu niemożliwym było przechodzić mimo pokojów, z głębi których na kapłana patrzyły mieszkanki domu starców: która ze zrozumieniem i szacunkiem, która z dziecięcą radością i widocznym pragnieniem natychmiast wyspowiadać się i przyjąć priczastije, a która z wewnętrznym chłodem i nawet obcością (choć takich było niewielu). Rozmawiając z babciami (według wieku byłem ich prawnukiem) i wypytując je o przeżyte życie, uświadamiałem sobie, jak niepojęty jest ludzki los, znajdujący się wyłącznie w rękach Bożych. A jeszcze porażało mnie duchowe bogactwo serc, które otwierały się na spowiedzi. Złapałem się wtedy na myśli, że, chyba, teraz nie spotkasz u młodzieży takiego strachu przed grzechem, odrazy do wszelkiego nieprawego, niedobrego postępku. „Tak, byli ludzie w naszych czasach, nie to, co obecne pokolenie: bohaterowie – nie wy!”

Wielki to dar – być kapłanem i mieć możliwość ot tak rozmawiać z ludźmi, którzy, analizując po kolei główne etapy swego bardzo trudnego życia, zwracają się nie do ciebie, a do Boga, stojącego obok ciebie, niegodnym jego sługą! I tylko po około półtorej godziny, doświadczając wewnętrznej satysfakcji i radości z uświadomienia ważności wypełnionego zdania, w końcu spakowałem swoją kapłańską walizeczkę i zamierzałem już skierować się do windy. (Oto zbliżyłem się do najważniejszego w moim opowiadaniu.) Na spotkanie mi korytarzem toczył się nieduży wózek, na którym zwykle rozwożone są do sal posiłki. Była akurat pora obiadowa. Wózek popychała bardzo stara kobieta, jak mi się wydało, około osiemdziesięcioletnia, a być może, i starsza. Poruszała się powoli i z wielkim trudem, co chwila zatrzymując się, ciężko i nierówno oddychając. Sądząc po podomce, zresztą schludnej i czyściutkiej, zrozumiałem, że to jedna z mieszkanek domu starców. Niewielkiego wzrostu, średniej tężyzny, jakaś cała okrąglutka, przypominałaby panienkę, gdyby nie całkiem siwe włosy. Twarz była bardzo pogodna. Przywitaliśmy się. Zdążyłem zauważyć wyraz łagodności, spokoju i skupienia jednocześnie. Starczą niemoc zdradzało lekkie drżenie głowy i rąk. „A pani nie chciałaby wyspowiadać się i przyjąć priczastija?” – zapytałem od razu, poczuwszy w niej prawosławna dobrą duszę. – „Ach, bardzo bym chciała, ale nie mam czasu – muszę pokarmić moich”. – „A kim są ci pani?” – „A leżący, ich tu sześć osób, a jeszcze dwie piętro niżej” – odpowiedziała z pełnym spokojem i pokorą. „Cóż to, nie ma komu ich pokarmić?” – kontynuuję ze zdziwieniem. „Któż ma karmić, miły batiuszka, personel postawi talerz i pójdzie, a one, biedniutkie, nawet rąk spod kołdry nie mogą wyjąć bez pomocy z zewnątrz. Więc ja podjęłam się ich obiadem nakarmić. Oto jaką karetę mi powierzyli” – powiedziała z delikatnym i miłym uśmiechem, pokazując na wózek z talerzami. „A jak pani sama się czuje?” – „Chwała Tobie, Panie, oto tylko duszę się trochę; coś ostatnie dwa tygodnie całkiem ciężko: metr-półtora przewiozę obiady – i już odpocząć muszę, inaczej nóżki nie pójdą. Proszę już wybaczyć, batiuszka, one na mnie czekają. Daj wam Boże zdrowie, dziękuję, że nie zapominacie o nas grzesznych, już następnym razem obowiązkowo muszę przyjąć priczastije”.

Poczuwszy jaka przede mną dusza, nie mogłem pozwolić jej odejść bez życiotwórczych Świętości. Wprost na korytarzu, dobrze, że oprócz nas nikogo tam nie było, odmówiłem krótko modlitwy, wyspowiadałem Bożego człowieka (niestety, imienia już nie pamiętam) i udzieliłem Świętej Eucharystii. Ukłoniwszy się, ona ruszyła z wózkiem dalej, niosąc Chrystusa w swoim sercu.

Wracając do domu, dziękowałem Bogu, że On uczynił mnie godnym spotkania ze Swoją skrytą służebnicą. W prostocie i czystości chrześcijańskiego sumienia ona codziennie dokonywała czynu bohaterskiego, wcale nie zastanawiając się nad wielkością sprawy, której się podjęła. Pychy i próżności u niej wcale nie było. W słowach prawiednicy (żyjącej zgodnie z prawem Boskim) nie zauważyłem nawet napomknienia na osądzenie porządków w instytucji, bezduszności sióstr i temu podobnego, cisnącego się na usta każdemu zwykłemu człowiekowi. I robiła ona wszystko z modlitwą, zdając się tylko na pomoc Bożą, u Chrystusa prosząc sił na swoje dobrowolne posłuszeństwo – karmić te, które leżały w tej bezludnej pustyni, oczekując śmierci. Widać było, że Pan przedłużał dni życia służebnicy Swojej, która zapomniała i o sobie, i o swoich własnych niedomaganiach ze względu na pragnienie pokrzepienia pokarmem sił tych, które nazywała ona „swoimi”. „Takie jest przykazanie Moje, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem. Nie ma większej miłości nad tę, jak gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich”. „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami Moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie”. Teraz rozumiem, dlaczego zwróciłem na nią uwagę. Dusza pasterza natychmiast rozpoznała uczennicę Chrystusa Boga, którego imię – Miłość. Czy żyje ona jeszcze, ta maleńka staruszka? Jestem pewien, że żyje. Miłość jest mocniejsza od śmierci. U Boga nie ma martwych – u Niego wszyscy żywi. „Ja jestem zmartwychwstanie i żywot; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”. „Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił: spożywający ten chleb będzie żyć na wieki”.

Wielu wiele szuka w tym ziemskim szybko upływającym życiu. Jednych nęci sława i ludzkie uznanie, drugich – pieniądze i władza nad ludźmi, trzeci upojeni są pięknem własnego ciała i karmią nim nienasyconą dumę swego serca. Ale chcemy tego czy nie, dni życia ziemskiego bardzo szybko się skończą (wyschną), jak woda, która przepłynęła miedzy palcami. Jak znika wspomnienie o stopniałym śniegu i jak nie zatrzymuje się w uszach szum opadłych liści, uniesionych przez jesienny wiatr, tak dusza, zbliżająca się do końca, nie znajdzie ani wsparcia, ani pocieszenia w tym, co było i co minęło. Strasznie jest, przyjaciele moi, stanąć przed obliczem Wieczności z pustką w sercu, kiedy wszystkie ziemskie przynęty i przyjemności okażą się ziejącą ciemną dziurą, ciągnącą w swoje bezdenne wnętrze duszę, która stłumiła w sobie za życia na ziemi pragnienie prawdy i głos świętego współczucia! Za co wtedy się zaczepić, gdzie znaleźć punkt oparcia? „A kto napoi jednego z tych malutkich kubkiem zimnej wody, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie straci nagrody swojej”.

Uczynki miłości, dokonywane w imię Pana Jezusa Chrystusa, stanowią właśnie prawdziwy pokarm duszy, już tu, przed śmiercią, darując jej łaskę Bożą. Kiedy będziemy umierać, jedyne czego będziemy żałować, to tego, że mało kochaliśmy, nie byliśmy tak szczodrzy w miłości, jak podpowiadało nam sumienie. Dlatego, drodzy, po prostu nie mamy czasu dawać się skusić pysze czy przygnębieniu! Teraz został czas tylko na modlitwę i dzieła Chrystusowego miłosierdzia.

Nie marzmy o tym, czego nie ma, a podziękujmy Panu za to, co mamy. A mamy niemało: darował nam Bóg pomnażać w tym świecie miłość, czerpiąc siły u Źródła miłości – Chrystusa Zbawiciela. I nie o wielkich dziełach należy myśleć, a o najmniejszych i, na pierwszy rzut oka, nieznaczących. Jeden uśmiech, dobre życzliwe spojrzenie, małe słowo otuchy i pocieszenia – już dzieło przed Panem! Powstrzymaj się od rozdrażnienia, pokonaj lenistwo, usłuż bliskiemu człowiekowi, nie odpowiedz chłodną odmową na jego prośbę, ale spełnij ją, powiedziawszy w odpowiedzi na wdzięczność: „Dzięki Bogu”. Budowla zbawienia duszy wznoszona jest z małych cegiełek czynienia dobra w imię Chrystusa. Czym jest dla kwiatka słoneczne światło, a dla ryby – woda, tym dla nas współczucie i uczynki miłosierdzia. Anglicy mają takie przysłowie: „Charity begins at home”. Po polsku: „Miłosierdzie zaczyna się w domu”. Czasem szukamy okazji do dobrych uczynków obok, przejawiamy serdeczność i współczucie do tych, kogo widzimy pierwszy raz. To jest dobre. Ale za lakmusowy papierek, według którego można od razu określić jakość czynionego dobra, służą nasze stosunki do domowników. Jak trudno, okazuje się, jest stale czynić dobro tym, kto żyje z nami ramię w ramię!

Naucz się żyć w domu tak, żeby u nikogo z domowników nie pojawiał się ani żal, ani uraza do ciebie. To właśnie jest dobro! Bądź dla nich jak miękki wosk, na którym odciskają się wszystkie ich rozsądne polecenia, prośby i życzenia. To jest dobro! Bądź jak słoneczko, żeby każdego ogrzać, zmiękczyć, pokrzepić, uskrzydlić. To właśnie jest dobro! Poczuwszy smak do czynienia małego dobra, pomału zaczniemy zapominać o swoim złym nastroju, o osobistych problemach, staniemy się prostsi i czyściejsi, spokojniejsi i radośniejsi. I być może, wtedy Pan Bóg wskaże nam drogę (dziedzinę), trudząc się na której, staniemy się godni pełni zamieszkania w nas prawdziwego Słońca prawdy i miłości, Chrystusa.

„Kto ma przykazania Moje i przestrzega ich, ten miłuje Mnie; a kto miłuje Mnie, tego też będzie miłować Ojciec Mój; i Ja miłować go będę i objawię się mu Sam. …kto miłuje Mnie, ten słowa Mojego przestrzegać będzie; i Ojciec Mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego i zamieszkamy u niego”. Póki godzina jeszcze nie wybiła, czas nam jest dany, wolna wola nie zabrana, pole działania przed nami, pomoc z góry gotowa – pośpieszmy na drogę pokajania i czynienia dobra. Dzisiejszy dzień jest nam darowany. Czy będzie jutrzejszy? O tym wie tylko Bóg.

 

XXII. ŚMIERĆ

Czytając książkę, niezauważalnie przeżyliśmy z wami całe życie. Ile wydarzeń za nami! I narodziny na świat Boży, i pierwsze kroki w nauce; wybór powołania, małżeństwo (a niektórym – stan mnisi); trudy w zdobywaniu chleba powszedniego, trudy wychowania dzieci; radości i smutki, niepowodzenia i pomyślność, kochana cerkiew, spowiednik, Święta Eucharystia – pascha chrześcijańskiej duszy, i modlitwa, zawsze i wszędzie nam towarzysząca; pierwsza siwizna i w końcu dolegliwości podeszłych lat, zwiastun zbliżającej się śmierci!

Czy pisać mi, czy rozmyślać wam razem ze mną o śmierci? Bez wątpienia! Czyż nie potrzebuje uświadomienia to, czego nikt nie uniknie? Czy nie należy nam znać tego, co przyjdzie niezależnie od naszych życzeń? Wyobraźcie sobie, drodzy moi czytelnicy, młodego człowieka, który ma zdawać najważniejszy egzamin, decydujący o przyszłości absolwenta. Znając i surowość egzaminatorów, i zawiłość studiowanego przedmiotu, on mimo wszystko nie śpieszy się zacząć przygotowania i zajmuje się innymi sprawami. Od czasu do czasu troskliwi krewni i przyjaciele przypominają studentowi o tym, że musi jednak wziąć się za książki, ale ich napomnienia wywołują tylko niezadowolenie i rozdrażnienie. I oto pozostaje ostatni tydzień. Wydaje się, wszystko jeszcze można naprawić. Potrzebne jest tylko opanowanie, wytrzymałość, umiejętność odgrodzenia się od wszystkiego, co rozprasza umysł i osłabia wolę, wielka pracowitość i modlitwa z nadzieją na pomoc Bożą. Miłosierny Pan, jak wiecie, nikogo nie odtrąci: tych, którzy przyszli pracować do winnicy i z rana, i w południe, i w drugiej połowie dnia, znojnego i dusznego, i pod sam wieczór. Ale zamiast tego żeby usilnie pracować, biedny student odrzuca od siebie książki, obejmuje rękoma głowę i leży w rozpaczy i złości, przybity myślą o zbliżającym się nieuniknionym niepowodzeniu. Czy jest to mądre i czy takie postępowanie godne jest człowieka?! Abyśmy nie znaleźli się w takiej sytuacji nie do pozazdroszczenia, co dla prawdziwego chrześcijanina jednoznaczne jest z dezercją żołnierza, dawajcie wnikniemy w istotę tego ostatniego i decydującego egzaminu, który musi zdawać każdy i który na imię ma – śmierć, a lepiej odejście, albo koniec.

Komu, jak nie kapłanowi, wypada mówić o tym? Bowiem on powołany jest przez Boga nie tylko kierować nami na drodze ziemskiego życia, ale i pożegnać (odprawić w drogę pożegnalnym słowem) swoje duchowe dziecko w trudną godzinę przejścia za granicę ziemskiego bytu, na sąd Boży.

Porażająca rzecz: im wyraźniej powaga choroby uprzedza człowieka o bliskości ostatniej godziny, tym bardziej jest on przekonany o przeciwnym, o swoim szybkim wyzdrowieniu. Niektórym podobne spostrzeżenie może wydać się dziwnym, jednakże pozostaje ono prawdziwe dla większości ludzi, zwłaszcza tych, którzy nigdy nie myśleli o Wieczności, nie modlili się do Pana Boga i, znaczy, nie czuli się chrześcijanami. Tłumaczy się ten stan naturalnym przywiązaniem do życia ziemskiego, a być może, i tym, że śmierć, rozdzielenie duszy i ciała, dla człowieka – sprawa nienaturalna. Przypomnijmy, gdyby nie zgrzeszył Adam nieposłuszeństwem woli Bożej, to nikt z jego potomków nie musiałby umierać (jeśli, oczywiście, oni nie zgrzeszyliby podobnie do swego praojca). Dlatego wielu umierających, utwierdzanych przez swoich krewnych w myśli, że wkrótce im się poprawi, żyć na ziemi będą długo i szczęśliwie, chętnie wpada w zaślepienie. Po-ludzku domowników można zrozumieć: rzeczywiście trudno jest zdecydować się powiedzieć bliskiemu człowiekowi to, o czym on nie jest gotów usłyszeć. Ale jak żałosny jest struś, w obliczu niebezpieczeństwa chowający głowę w piasek, tak smutny i bezsensowny jest koniec niewierzącego. Bo czy rzeczywiście, właściwa jest beztroska wtedy, kiedy koniecznie trzeba przygotować się do spotkania oczekującego wszystkich nas egzaminu, tej próby, która, zresztą, jest dużo złagodzona i zmiękczona przez odkupicielskie męki i zmartwychwstanie naszego Wodza – Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Ale o wszystkim po kolei.

Co dotyczy mnie osobiście, to ja w żadnym wypadku nie chciałbym być wprowadzonym w błąd odnośnie mojej własnej śmierci. Zachowaj Boże od nieziszczalnych marzeń i fałszywych nadziei! Czyż można spać, kiedy trzeba czuwać? Rozbrajać się, zamiast tego żeby doprowadzić siebie do stanu pełnej gotowości bojowej?! Dobry wojownik, który oddaje się rozkoszy na godzinę przed natarciem nieprzyjaciela! A przecież i nam, drodzy współwojownicy, w tej godzinie trzeba będzie uzbroić się w pełnię chrześcijańskiej zbroi: oblec się w pancerz miłości i prawdy, osłonić czoło hełmem nadziei na łaskę Chrystusa, ścisnąć w ręce obosieczny miecz modlitwy i rozsądności, drugą podnieść – zbawienną tarczę wiary, aby odgrodzić się od wszystkich rozpalonych (ognistych) strzał wroga. Na biodrach przygotowujący się do odejścia uczeń Chrystusa utwierdza pas wstrzemięźliwości od wszystkiego, co może zgasić w jego umyśle i sercu niegasnącą łampadę modlitwy Jezusowej: „Hospodi Iisusie Christie, Synie Bożij, pomiłuj mja (mienia) hresznaho!”

Czasem od ludzi niedoświadczonych i nie znających istoty sprawy, można usłyszeć wyznanie w rodzaju: „Jak dobrze umarł Iwan Iwanowicz, całkiem nieoczekiwanie! Wyobraźcie sobie: siedział przy stole i jadł drugie danie. Nagle jęknął – i zmarł, całkiem się nie męczył. Wszystkim by takiej śmierci!” Ani wam, przyjaciele, ani sobie niczego podobnego nie życzę! Bez przygotowania, bez pokajania zostać wziętym na Sąd Boży! Całkiem jak w Ewangelicznej przypowieści o bogaczu, który, widząc obfity urodzaj na swoim polu, nie miał pojęcia, dokąd by zebrać wszystkie plony. „I powiedział: oto co uczynię: zburzę spichrze moje i zbuduję większe, i zbiorę tam wszystko swoje zboże i wszystkie dobra moje. I powiem duszy mojej: duszo! dużo dobra leży u ciebie na wiele lat: odpoczywaj, jedz, pij, wesel się. Ale Bóg powiedział mu: głupcze, tej nocy duszę twoją wezmą od ciebie; komu więc dostanie się to, co zgromadziłeś? Tak bywa z tym, kto gromadzi skarby dla siebie, a nie w Boga się wzbogaca”. Straszny jest koniec bez przygotowania, który przychodzi nieoczekiwanie-niespodziewanie. Oto dlaczego Matka Cerkiew podczas każdego nabożeństwa prosi o darowanie każdemu z dzieci swoich „chrześcijańskiego końca, niebolesnego, niewstydliwego (bez zarzutu) i spokojnego, i dobrej odpowiedzi na Sądzie Chrystusowym”.

Święci ojcowie wraz z prorokiem Dawidem uczą nas modlić się w ciągu życia takimi słowami: „Powiedz mi, Panie, koniec mój i liczbę dni moich, jaka ona, abym wiedział, jaki jest wiek mój”. A wiek nasz jest drogą pokajania, która to jedynie stawia nas przed obliczem Bożym.

Niektórzy chorzy, czując ciężar przedśmiertelnego krzyża, rozmyślają o samobójstwie – jak o wyjściu z sytuacji: i rodzinę uwolnię, i sam przestanę się męczyć. Takie czarne i podstępne myśli może podpowiadać tylko zabójca człowieka – diabeł – on przecież doskonale wie, że samobójcy jako spełniający samowolę i odstępcy pozbawiają siebie miłosierdzia Bożego, podobnie jak rozbójnik-bluźnierca, ukrzyżowany po lewej stronie Krzyża Chrystusowego. Na „oświeconym Zachodzie” coraz bardziej i bardziej rozpowszechnia się metoda tak zwanej eutanazji. Pod tym pseudonaukowym słowem ukrywa się zalegalizowane samobójstwo, kiedy na prośbę chorego specjalny aparat wprowadza w niego truciznę i on umiera. Oto co może wymyślić oślepiony niewiarą rozum! Własnymi rękoma – do piekła! Jakie bluźnierstwo na Chrystusa, który zwyciężył śmierć, i na Jego zbawienną łaskę! Nie, nasza droga jest inna – modlitwy, cierpienia, dziękowania Bogu, który przychodzi z pomocą prawdziwym sługom Swoim w ostatnią godzinę, według słów Ewangelii: „Kto ma przykazania Moje i przestrzega ich, ten miłuje Mnie; a kto miłuje Mnie, tego też będzie miłować Ojciec Mój; i Ja miłować go będę i objawię się mu Sam”. „Kto słucha słowa Mego i wierzy Posyłającemu Mnie, ma żywot wieczny, i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł z śmierci do żywota”.

Opowiem wam na zakończenie o tym, jak odchodzi dusza prawosławnego chrześcijanina do Boga i jakie pokusy musi znieść na tym ostatnim egzaminie.

Nikt nigdy nie będzie w stanie wyjaśnić, jak dusza łączy się z ciałem – to tajemnica najwyższej mądrości Bożej. Ale jednak przychodzi czas naszemu ciału rozpaść się i obrócić się w proch – do czasu powszechnego zmartwychwstania na Strasznym Sądzie Bożym. Przychodzi godzina, kiedy dusza czuje, że Sam Pan wzywa ją do Siebie. Związany zostaje niemotą język, chłodnieją członki ciała, ślepną oczy. Jak ważne jest, żeby w te minuty domownicy nie krzątali się po próżności, a modlili się o ulgę w przedśmiertelnym napięciu i o bezbolesne odejście duszy cierpiącego. Otaczającym łoże śmierci wydaje się, jakoby życie w bliskiej osobie zamarło, a w rzeczywistości nieśmiertelna dusza i myśli, i widzi, i słyszy, posiada świadomość! Tylko nie może już posłużyć się swoim zwykłym narzędziem – ciałem, opuszczanym na czas do jego zmartwychwstania. Jeśli chory zawczasu został wyspowiadany i otrzymał od kapłana Świętą Eucharystię, to Pan w cudowny sposób zmiękcza przedśmiertne cierpienia i chrześcijańska dusza, lśniąc blaskiem łaski, łagodnie rozstaje się z ciałem. O takiej śmierci mówią: lekki, błogosławiony zgon.

Zwykle duchowy stan człowieka odbija się w jakiś sposób w fizycznych rysach twarzy. Mnie, duchownemu, przypadało widzieć takie jasne i piękne oblicza tylko co zmarłych prawosławnych chrześcijan. Te oblicza były spowite takim nieziemskim pięknem i radością, że moje serce wraz ze smutkiem przepełniało się cichą i błogosławioną radością.

A teraz wymienię, choćby w skrócie, główne duchowe pokusy, związane ze śmiercią. Myślę, nikomu ze zdrowo myślących czytelników nie zaszkodzi o tym się dowiedzieć.

Najczęściej umierający kuszeni są przez ducha przygnębienia i rozpaczy z powodu świadomości ciężkości i mnogości swoich grzechów. Diabeł, upadły anioł, szczególnie stara się pomniejszyć w umyśle chrześcijanina bezgraniczne miłosierdzie Pana do jego kajających się uczniów. Poddawać się temu fałszywemu (kłamliwemu) duchowi nie można. „Panie, jestem bezsilny i słaby. Ale zawsze kajałem się w swoich grzechach i według sił starałem się poprawić. Twoim miłosierdziem i łaską grzechy moje są odpuszczone w sakramencie spowiedzi. Twardo wierzę, że Ty, Stwórco mój, mnie oczyścisz, zmiłujesz się i zbawisz!” tak myślmy, tak wierzmy, tak módlmy się – i pokusa odstąpi od nas…

Niektórzy ulegają duchowi samochwalstwa. Zamiast tego, żeby się kajać, wyliczają w myślach i na głos swoje dobre uczynki, zwracają na to uwagę rodziny. Nierozsądnie i nawet niebezpiecznie jest robić na ziemi dobre uczynki na oczach ludzi. Namiętność samochwalstwa (pychy) podobnie do jadowitej żmii zatruwa swoim jadem zamiary starających się przypodobać ludziom. Jakież będzie zdumienie i przerażenia na Strasznym Sądzie, kiedy odkryje się, że wszystkie uczynki miłosierdzia zniweczone są piekielnym ogniem z powodu ducha samochwalstwa i samowywyższenia, którymi były one przesiąknięte. Zachowaj nas, Panie, od zgubnego zaślepienia. Przecież nikt z nas nie usprawiedliwi się przed Tobą uczynkami – a jedynie wiarą i łaską, darowaną za wiarę! Dobrych uczynków zaś my nie posiadamy. A co było – to przecież Twój dar, Panie!

Na koniec, może nastąpić pokusa od samego ducha zła, któremu niegdyś dopuszczone było zjawiać się w złudnym obrazie mieszkańca niebios albo we własnej straszliwej postaci. W żadnym wypadku nie można przejawiać jakiegokolwiek zainteresowania podobnymi widzeniami, ani nawiązywać rozmowy ze zjawą, jeśli nie chcemy być oszukani przez szatana. Ale ze spuszczonymi oczami, należy pokornie i spokojnie się modlić, wzywając na pomoc Chrystusa Zbawiciela, Przeczystą Matkę Bożą, Anioła Stróża i świętych Bożych, dopóki złudzenie nie zniknie. Nie zawiedzie Bóg, który nie pozwoli wrogowi naszego zbawienia oczarować (oszukać) nas, jeśli wykażemy prawidłową wiarę, męstwo i rozsądek! Zaś ostatni nasz oddech, przepełniony miłością i nadzieją na Boga, przekazany (był na pouczenie) wszystkim uczniom przez ich Dobrego Nauczyciela z Krzyża: „Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha Mego! Amiń”.

 

XXIII. DUSZA PO ŚMIERCI

Różnie mówimy o tym, kto wczoraj jeszcze był z nami… „Odszedł, zmarł, skończył, przemieścił się, przeszedł do innego świata, spoczął w Bogu”. Ale jakby nie powiedzieć, za tym, co się wydarzyło, tkwi tajemnica. Nie wiem, czy ktokolwiek z moich czytelników, kiedykolwiek był obecny przy śmierci bliskiej osoby. Ale kiedy ona się dokonuje i dusza przechodzi za delikatną granicę bytu ziemskiego do świata duchowego, przychodzi nagle wielki spokój. Z tyłu została przedśmiertelna męka, zmagania umęczonej duszy z rozpadającym się układem ciała. Jak ptak miotający się w ciasnej klatce, w końcu wyrywa się z niej, tak dusza, wymęczona cierpieniami, nagle uzyskuje wolność – i z ulgą wzdycha. Dokonało się! I jeśli zmarł prawdziwy chrześcijanin, z nadzieją na Pana i wiarą w życie wieczne, obecnym przy odejściu bogobojnej duszy Bóg daje Swoją łaskę. W następującej modlitewnej ciszy nikt nie wypowie ani jednego zbędnego słowa. Bliscy i krewni, odprowadzający nowo zmarłego, odczuwają spokój Chrystusowy w swoich sercach. Wydaje się, że więzy miłości ze zmarłym stały się jeszcze ciaśniejsze, jeszcze mocniejsze. Wierzący jakby czują obok siebie obecność duszy, jasnej, triumfującej, świętującej dzień swego duchowego narodzenia. Tak-tak, duchowego narodzenia, w stosunku do którego całe ziemskie życie było tylko przygotowaniem! I jeśli niemowlę, wychodząc z łona matki płacze, to miłująca Boga dusza-chrześcijanka raduje się, triumfuje, będąc przekonana o łasce Pana, któremu do ostatniego oddechu służyła w ciele – wiarą, nadzieją i miłością.

Trzy dni według nauczania Cerkwi dane jest duszy przebywać obok swego ciała. I jak nie byłaby ona oświecona znajomością Zakonu (Prawa) Bożego, bez względu na to, jak twarde i wyraźne pojęcia o Wieczności przyswoiłaby z ust Matki Cerkwi, wyszedłszy z ciała, zdumiewa się zdziwieniem wielkim z tego, co ukazuje się jej oczom. Gdyby pozwolono jej znów wejść do swego ciała i opowiedzieć o wszystkim, co ona widziała i słyszała tam, nie znalazłaby na to słów, które mogłyby przekazać tajemnicę tamtego świata. „…Nie widziało tego oko, nie słyszało ucho, nie przychodziło to na serce człowiekowi, co przygotował Bóg miłującym Go”.

I pierwsze co poraża duszę – jej swoboda w stosunku do ciała! Jak to tak? Ja leżę, i ja stoję?! Jestem martwa, i jestem żywa?! (Nie od razu przyzwyczaja się ona do swego nowego bytu.) Oto stłoczyli się przy moim łóżku krewni, ktoś z nich ledwie powstrzymuje szlochanie, na umęczonych twarzach – pieczęć smutku. A mi, wykrzykuje kochająca Boga uczennica Chrystusowa, tak dobrze, tak lekko! Ona próbuje coś im powiedzieć, dotknąć – ale żyjący w ciele nie zważają i nie odczuwają tego. Rozdzielenie między dwoma światami ustalone jest przez Samego Boga! I tylko wiara przenika tajemnice życia pozagrobowego. Mówią, że do cerkiewnego otpiewanija (nabożeństwa pogrzebowego) pobożne dusze nowo zmarłych dążą do przebywania w tych miejscach, gdzie przeważnie w czasie ziemskiego życia przepajały się łaską Bożą. Dane jest im swobodnie pokonywać ziemskie przestworza, żadne materialne przeszkody już nie mają dla nich znaczenia. W cudownym blasku ukazuje się przed nimi macierzysta parafialna cerkiew! Dusza doznaje niewypowiedzianej błogości podczas dźwięków pieśni i, słuchając modlitw, oświeca się łaską Ducha w takim stopniu, że przypomina sobą słońce. „Jak mogą niektórzy przyszedłszy do cerkwi trwać w takim zaślepieniu?” – zadaje sobie pytanie dusza i przeraża się mrocznym duchowym stanem niektórych ludzi, bez strachu rozmawiających ze sobą podczas nabożeństwa. Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, Bóg dał duszy widzieć również to, co zwykle skryte jest przed nami, dopóki przebywamy w ciele.

Ale oto dokonuje się otpiewanije (nabożeństwo pogrzebowe). W pieśniach pogrzebowych Cerkiew wstawia się przed Bogiem o przebaczenie grzechów nowo zmarłemu słudze Bożemu i darowanie mu łaski u Wszechmocnego Sędzi. Nie dane mi, z powodu prostoty umysłu i serca, pojąć i wyrazić słowami, jak wspaniały jest nasz Anioł Stróż, który w ciągu całego ziemskiego życia chrześcijanina poucza i oświeca go poznaniem woli Bożej, a po śmierci bierze duszę pod swoją bezpośrednią opiekę.

Święci Boży opisują go jako cudownego świetlistego młodzieńca w długich śnieżnobiałych szatach, opasanego na piersiach nawskrzyż diakońską szarfą – orarionem, i z dwoma mocnymi skrzydłami za plecami.

Mówią, że nikt nie może, przebywając w ciele, oglądać swego Anioła, taką Bożą sławą i majestatem przepełnieni są mieszkańcy niebios. Jednakże, Cerkiew dała wspaniały środek kontaktu z naszym niebiańskim opiekunem – modlitewny kanon do Anioła Stróża. (ten modlitewny porządek można znaleźć w prawosławnym modlitewniku, gdzie zwykle umieszczane są oprócz porannych i wieczornych modlitw kanony do Zbawiciela, Matki Bożej, Anioła Stróża i prawiło (reguła) przed Świętym Priczaszczenijem.) Pobożni chrześcijanie, za każdym razem przygotowując się do Świętego Priczaszczenija czytają ten kanon, prosząc świętego Anioła, aby przybliżył się do nich, osłonił ich umysł, uspokoił serce i odpędził złe duchy, nieustannie knujące przeciwko dzieciom Bożym.

Jeśli dusza ma łaskę przed Panem, to Anioł Stróż honoruje ją rozmową, bardzo oświeca poznaniem tajemnic świata pozagrobowego, a najważniejsze, swoim świetlistym mieczem broni ją przed siłami ciemności, demonami, które nie tracą jeszcze nadziei zawładnąć duszą, jeśli przyłapią ją na grzechach w których się nie pokajała.

Po otpiewaniju i pogrzebaniu ciała zmarłego według prawosławnej tradycji Anioł Stróż poleca duszy rozpocząć wznoszenie się do Tronu Bożego. Całe czterdzieści dni według ziemskiej rachuby czasu trwa tajemnicza i straszna wędrówka, której żadnemu z chrześcijan nie udałoby się przejść pomyślnie, gdyby nie okrywająca i broniąca ich łaska Boża, przyswojona przez wojowników Chrystusowych poprzez wysiłki pokajania, priczaszczenija, modlitwy i pobożne uczynki. „Błogosławieni umarli – powiedziano w księdze Objawienia – umierający w Panu… uczynki ich idą w ślad za nimi!”

O tych zaś, którzy podczas ziemskiego życia przejawili lekceważenie w wypełnianiu przykazań i przyćmili duszę i ciało grzechami, w których się nie pokajali, powiedziano inaczej: „Śmierć grzeszników okrutna, bowiem strasznie jest wpaść w ręce Boga Żywego!”

Anioł Stróż pokazuje godnej duszy, niebiańskie przybytki i zapoznaje z niebiańską sławą świętych Bożych. Jeśli dusza na ziemi szczególnie czciła kogoś ze świętych, modliła się do nich, odwiedzała ich groby (relikwie), dana jej bywa wielka pociecha spotkać się z nimi twarzą w twarz. Mam nadzieję, znacie i czcicie swiatitiela Nikołaja Cudotwórcę, prepodobnego Siergija Radonieżskiego, świętego wielkomęczennika i uzdrowiciela Panteleimona? Wszyscy oni pomagają duszy swoimi modlitwami, żeby ona, wznosząc się na Sąd Boży, szczęśliwie omijała powietrzne bramy, gdzie spotykają ją odrażające z wyglądu demony z zamiarem wyszukać w sumieniu nowo zmarłego jakieś niewyspowiadane grzechy albo oskarżyć we wciąż utrzymujących się namiętnościach i wadach. Teraz rozumiecie, przyjaciele, dlaczego Pan w Ewangelii poleca szybciej pogodzić się z rywalem, póki jeszcze jesteśmy w drodze do końca? Rywalem nazywa On nieprzekupne sumienie, to demaskujące nas za grzechy i złe postępki, to usprawiedliwiające, kiedy kajamy się i naprawiamy nasze życie i czynimy dobro. Uważaj, ostrzega każdego z nas Pan, żeby „rywal nie oddał ciebie sędziemu, a sędzia nie oddał ciebie słudze, i nie wtrąciliby ciebie do więzienia; zaprawdę mówię tobie: nie wyjdziesz stamtąd, póki nie oddasz do ostatniego grosza”. Nie pozwól, o Miłosierny Boże, świetlistym Twoim aniołom ani na chwilę wtedy opuścić nas, aby złe i nieczyste duchy nie zatriumfowały zwycięstwa swego nad nami! Wygląd ich jest tak straszny, że dusza gotowa byłaby raczej umrzeć (co niemożliwe), aby tylko nie oglądać ich okropnych bestialskich twarzy. Powiem wam, że Sama Przeczysta Panna Maria, która podczas życia nie uczyniła żadnego grzechu, niedługo przed błogosławionym końcem Swoim błagała Pana, aby On uwolnił Ją od widzenia złych duchów. Oto dlaczego tak wielkie znaczenie ma cerkiewna i domowa modlitwa za nowo zmarłych.

W cerkwiach gorliwi krewni i przyjaciele zmarłego zwykle proszą o służenie panichidy, zazwyczaj, w dziewiątym i czterdziestym dniu, a w domu czytają Święty Psałterz, natchnione przez Boga psalmy cara Dawida, których wiele chrześcijanie znają na pamięć. Istnieje również pobożny zwyczaj rozdawać jałmużnę za spokój duszy zmarłego chrześcijanina. A najważniejszym sposobem wspominania zmarłego jest soborowa (wspólna) modlitwa na Boskiej Liturgii, głównym cerkiewnym nabożeństwie, podczas której kapłan opuszcza do Świętej Czaszy ze Świętymi Darami dla odpuszczenia wszystkich grzechów zmarłego cząstki, wyjęte z prosfor za pokój duszy.

Pokazywane są duszy również mroczne lochy piekła, ona przekonuje się w rozpaczliwości stanu ludzkich dusz, które odeszły bez wiary z ciężarem śmiertelnych grzechów, leżących na sumieniu. Jedynie dusza chroniona przykryciem anielskich skrzydeł może przejść te straszne miejsca.

Zapytacie: „A dlaczego właśnie w dziewiątym i czterdziestym dniu po śmierci służone są w cerkwiach panichidy po nowo zmarłych?” W odpowiedzi Cerkiew odsłoni wam tajemnicę: w dziewiątym dniu pobożnej chrześcijańskiej duszy darowane bywa oddać pokłon Władyce Chrystusowi, Carowi nieba i ziemi. O tych zaś, którzy nie pokajali się i związanych śmiertelnymi grzechami ludziach w tym kontekście jasno mówi biblijny prorok Izajasz: „…bezbożnik… nie będzie spoglądać na majestat Pana”. A czterdziestego dnia (według ziemskiej rachuby czasu) Pan wyrzeka Swoje sprawiedliwe orzeczenie o przebywaniu duszy do złączenia się jej z ciałem na Strasznym i ostatecznym Sądzie Bożym: albo będzie ona znajdować się w radosnym przedsmaku rajskiej szczęśliwości, współpanowania z Chrystusem, albo, opanowana przez demony będzie męczyć się, narzekać i wzdychać z powodu niegodziwie spędzonego życia, gryziona przez próżne (daremne) pokajanie w ciemnicy niewiedzy Boga, oczekując strasznej, ale sprawiedliwej doli po zmartwychwstaniu grzesznego ciała – wiecznego wspólnego przebywania z duchami ciemności w odtrąceniu od Boga, Źródła życia i miłości.

Wszystko opisane i opowiedziane przeze mnie, przyjaciele, jest nauką Cerkwi o tajemnicach pozagrobowego bytu. W duszy uważnych czytelników pojawiło się wiele pytań. Z Bożą pomocą odpowiem tylko na niektóre z nich.

Czy dane jest duszy prawosławnego chrześcijanina również po czterdziestym dniu widzieć Pana Jezusa Chrystusa w oczekiwaniu na Straszy Sąd? Tym zaszczytem, według świadectwa Pisma Świętego, rozkoszują się tylko święci męczennicy, którzy przelali krew swoją za wyznawanie wiary Chrystusowej.

Czy ustaje za grobem duchowe wzrastanie osobowości, która otrzymała od Pana łaskę, czy dusza wzrasta w poznawaniu Boga? Podobnie jak święci Aniołowie, którzy nie mogą nasycić się oglądaniem sławy Bożej i nieustannie wzrastają w poznawaniu Boga, dusza otrzymuje coraz większą doskonałość poznania Boga i tajemnic Jego Opatrzności, znaczy, ona zmienia się siłą łaski Bożej, nieustannie wznosząc się ku duchowej doskonałości.

Za kogo z umarłych prawosławnych chrześcijan głównie modli się Święta Cerkiew podczas Boskiej Liturgii? Za tych z nich, którzy za życia kajali się w swoich grzechach, ale mimo to nie weszli w stan świętości i duchowej doskonałości. Miłosierny Pan przyjmuje modlitwy Cerkwi za dzieci Swoje i według nieskończonej dobroci i umiłowania człowieka oświeca dusze zmarłych, darując im zmianę ku lepszemu, wprowadzając do miejsc spoczynku w pokoju.

Dlaczego Cerkiew nie modli się za samobójców, którzy świadomie popełnili samobójstwo? Dlatego że, ze względu na siłę swojej zaciętości i złości, oni nie mogą i nie chcą przyjąć za siebie przebłagalnej (oczyszczającej) ofiary.

O Wszechmiłosierny Boże i Panie nasz, Jezusie Chrystusie! Niech nie będzie nam na osądzenie poznanie tajemnic Twoich, ale wyposaż nas, dzieci Cerkwi Twojej, w duchową doskonałość, abyśmy bez przeszkód przeszedłszy powietrznych dręczycieli, znaleźli łaskę u Ciebie, Sprawiedliwego Sędzi naszego, modlitwami Przeczystej Matki Twojej i świętych Aniołów Stróżów naszych i wszystkich świętych, którzy od wieków dobrze posłużyli Tobie! Amiń.

 

XXIV. STRASZNY SĄD CHRYSTUSOWY

Jestem przekonany, nie ma wśród nas nikogo, kto nic nie wiedziałby o drugim sławnym przyjściu Pana Jezusa Chrystusa. Zbawiciel nasz, pozostawiwszy wszystkim ludziom wolność wejścia do Świętej, Soborowej i Apostolskiej Cerkwi, w znanym Mu czasie ukaże się oczom wszystkich już nie jako Odkupiciel, a jako groźny i bezstronny Sędzia. Pismo Święte świadczy, że przed końcem istnienia świata niewielu będzie na ziemi prawdziwie wierzących chrześcijan. Pokusy i bezprawie osiągną swój graniczny rozwój. Uwiedzeni złem ludzie wybiorą sobie jedynego światowego władcę, którego apostołowie nazywają synem bezprawia, albo antychrystem. Geniusz i nikczemność w nim znajdą niepojęte połączenie. Nosząc na początku maskę duchowości i przyjaźni, później odkryje on w pełni swoje prawdziwie bestialskie cechy: szatańską pychę, podstęp, nienawiść i okrucieństwo. Świat pogrąży się w chaosie i niepokoju. „…Powstanie naród przeciw narodowi, i królestwo przeciw królestwu, i będą głody, i mory a miejscami trzęsienia ziemi”. Antychryst, podając się za Żywego Boga, zacznie prześladować Cerkiew Chrystusową. Wyznawców Pana znienawidzą wszyscy bezbożni i narody które odstąpiły od wiary. Chrześcijan dosięgnie prześladowanie, wielu w te dni dostąpi zaszczytu przyjęcia korony męczeństwa. Ewangelia do tego czasu będzie głoszona już we wszystkich zakątkach świata – dla świadectwa i zdemaskowania żyjących bezprawnie i niezgodnie z przykazaniami Bożymi. Oto wtedy przyjdzie koniec. Kto z naszych czytelników pragnie znaleźć szczegółowe informacje o końcu świata, niech weźmie w ręce Nowy Testament i z bojaźnią zacznie studiować go – od Ewangelii Mateusza do księgi Objawienia, nazywanej Apokalipsą. A teraz przytoczymy z Pisma najważniejsze.

„I będą znaki na słońcu, księżycu i na gwiazdach, a na ziemi przygnębienie narodów i zdumienie; i morze zaszumi i wzburzy się; ludzie będą mdleć ze strachu i oczekiwania nieszczęść, nadciągających na wszechświat, bo moce niebios poruszą się”.

„…Po udręce tych dni, słońce się zaćmi, księżyc nie zajaśnieje swoim blaskiem… Wtedy pojawi się znak Syna Człowieczego na niebie; i wtedy rozpłaczą się wszystkie plemiona ziemi”. (Tu Pismo Święte mówi o pojawieniu się na niebiosach świetlistego krzyża, który doprowadzi do przerażenia wszystkich sprzeciwiających się Bogu i jego przykazaniom. Dla chrześcijan zaś będzie to wielkim pokrzepieniem i świadectwem bliskości drugiego przyjścia Pana.)

„Gdy zaś zacznie się to spełniać, wtedy wyprostujcie się i podnieście wasze głowy, dlatego że zbliża się zbawienie wasze”. (Tymi słowami Zbawiciel pociesza swoich wyznawców, w nagrodę za pobożność chronionych łaską Bożą przed pokusami czasów antychrysta.)

„…I ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebiańskich z mocą i chwałą wielką”. „…Jak błyskawica pojawia się od wschodu i jaśnieje aż na zachód, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego”. (Nie będzie nikogo, przed kim ukryłoby się drugie przyjście Pana.)

„I pośle (Pan) Aniołów Swoich z trąbą donośną, i zgromadzą wybranych Jego z czterech stron świata, z jednego krańca nieba aż po drugi”. (Ewangelista zaświadcza o zgromadzeniu przed Tronem Pańskim i żywych i martwych, wskrzeszonych mocą Ducha Świętego.)

„Wtedy dwóch będzie na polu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony; dwie mleć będą na żarnach: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona”. (Ludzie z duszą, skalaną grzechami i występkami, pozostaną trwać w strachu i przerażeniu na dole, a pobożni zostaną siłą Bożą, jak uskrzydlone orły, podniesieni na spotkanie Pana, idącego z Aniołami Swoimi.)

„Niebo i ziemia przeminą, ale słowa Moje nie przeminą. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe objedzeniem i pijaństwem, i troskami życia i aby ów dzień was nie zaskoczył, bo jak sieć spadnie na wszystkich, żyjących na całej powierzchni ziemi; czuwajcie więc i módlcie się zawsze, abyście byli godni uniknąć wszystkich tych, przyszłych katastrof (nieszczęść) i stanąć przed Synem Człowieczym”. (Pan grozi nieznającym umiaru bliskością i nagłością Swego Sądu, ale i pokrzepia nas, mówiąc, że nawet włos z głowy uczniów nie spadnie bez woli Bożej. Którzy modlą się nieustannie i przecierpią wszystko do końca, będą ochronieni przed złem i zbawieni łaską Bożą.)

Przed Strasznym Sądem nastanie też kataklizm kosmiczny, kiedy wszechmocą Bożą odnowione będzie niebo i ziemia. Oto jak mówi o tym Słowo Boże: „Przyjdzie zaś dzień Pański, jak złodziej nocą, i wtedy niebo ze świstem przeminie, gwiazdy zaś, w ogniu się rozsypią, ziemia i wszystkie dzieła na niej spłoną… My, według obietnicy Jego, oczekujemy nowego nieba i nowej ziemi, na których mieszka sprawiedliwość”.

A teraz opowieść świętego Jana Ewangelisty o samym Sądzie Pańskim: „I ujrzałem wielki biały tron i Zasiadającego na nim, od oblicza Którego uciekło niebo i ziemia, i nie znalazło się im miejsca. I ujrzałem umarłych, małych i wielkich, stojących przed Bogiem, i księgi otwarto, i inną księgę otwarto, która jest księgą życia; i sądzono zmarłych według zapisanego w księgach, zgodnie z ich uczynkami. Wtedy oddało morze zmarłych, będących w nim, i śmierć i otchłań oddały martwych, co w nich byli; i osądzony został każdy według uczynków swoich”. (Święty Apostoł Jan Teolog odsłania nam tajemnicę zmartwychwstania zmarłych i sądu nad wszystkimi ludźmi, poczynając od Adama i kończąc na ostatnim żyjącym na ziemi.)

Jeśli zaś ktoś chce się dowiedzieć jak właśnie dokona się wskrzeszenie zmarłych, to w Biblii znajdziemy proroctwo Ezechiela, starożytnego wieszczego proroka Izraela, któremu w głębokiej starożytności Bóg odkrył tę niezgłębioną tajemnicę ożywienia naszych ciał. „Była na mnie ręka Pana, i Pan wyprowadził mnie w duchu na zewnątrz, i postawił pośród pola, i pełne było ono kości – i oprowadził mnie dokoła nich, i oto bardzo wiele ich na powierzchni pola, i bardzo wyschłe one. I powiedział mi: synu człowieczy! czy ożyją te kości? Ja powiedziałem: Panie Boże! Ty to wiesz. I powiedział mi: wyrzeknij proroctwo na kości te i powiedz im: „kości suche! słuchajcie słowa Pana!” Tak mówi Pan Bóg kościom tym: oto, Ja wprowadzę ducha w was, i ożyjecie. I obłożę was ścięgnami i sprawię abyście obrosły ciałem, i pokryję was skórą i wprowadzę w was ducha – i ożyjecie, i poznacie, że Ja jestem Panem. Wyrzekłem proroctwo, jak było mi polecone; i kiedy prorokowałem, powstał szum, i oto ruch, i zaczęły zbliżać się kości, kość z kością swoją. I widziałem, i oto, ścięgna na nich, i ciało wyrosło, i skóra pokryła je z wierzchu, a ducha w nich nie było. Wtedy powiedział On mi: wypowiedz proroctwo duchowi, wypowiedz proroctwo, synu człowieczy, i powiedz duchowi: tak mówi Pan Bóg: z czterech wiatrów przybądź duchu, i tchnij na tych ubitych, i ożyją oni. I wyrzekłem proroctwo, jak On mi polecił, i wstąpił w nich duch – i oni ożyli, i stanęli na nogach swoich – bardzo, bardzo wielka armia… Wyrzeknij proroctwo i powiedz im: tak mówi Pan Bóg: oto, Ja otworzę groby wasze i wyprowadzę was, narodzie Mój, z grobów waszych… I włożę w was ducha Mego, i ożyjecie… i poznacie, że Ja jestem Panem, i powiedział to – i uczynił…”

A prorok Izajasz, przewidując cud zmartwychwstania, dokonany mocą Pana Wszechmogącego, wykrzyknął: „Śmierci! gdzie twoje żądło! piekło! gdzie twoje zwycięstwo?”

Znaczy, wszystkie dusze człowiecze, przebywające w skarbcach Bożych, połączą się ze swoimi wskrzeszonymi ciałami. Wspaniałe i straszne wydarzenie. Sprawiedliwi, na słowo Pana, zajaśnieją, jak słońce. Same ich ciała będą uduchowione, lekkie i świetliste! Jak piękni będą pobożni chrześcijanie, tak straszni i obrzydliwi będą ci, którzy całe ziemskie życie spędzili w grzechach, całkiem przyćmiwszy namiętnościami złości, pychy i nierządu iskrę Bożej łaski, danej w świętym chrzcie. Ciała grzeszników, którzy nie pokajali się podobne będą do ciemnych i cuchnących trumien. Dusze ich za nic nie weszłyby do tych skalanych grzechem naczyń ciał, jeśliby nie siła Boża, która zmusi każdego połączyć się ze swoim ciałem. O, jakież przerażenie ogarnie wtedy grzeszne dusze! Wszystkie ich bezprawia, popełnione na ziemi pod przykryciem nocy, wszystkie tajemne ich uczynki okażą się wystawionymi na widoku wszechświata! Zapragną ukryć się wtedy grzesznicy i nie będą mogli i powiedzą górom i kamieniom: „padnijcie na nas i skryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed gniewem Baranka; bowiem przyszedł wielki dzień gniewu Jego, i kto może wystać?”

I jeśli boimy się tego losu, to powinniśmy na ziemi nauczyć się chodzić przed Bogiem, to znaczy wszystko robić jak przed obliczem Chrystusa, myśląc, że Jego wszechwidzące oczy widzą nawet tajne pragnienia i zamiary nasze.

Święty Ewangelista Mateusz zaświadcza o tym, jak właśnie będzie dokonywał się ostatni Sąd Boży, dokładnie oddając sens przypowieści Pana o Sądzie Jego: „Kiedy zaś przyjdzie Syn Człowieczy w chwale Swojej i wszyscy święci Aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na tronie chwały Swojej, i zgromadzą się przed Nim wszystkie narody; i oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów; i postawi owce po prawej Swojej stronie, a kozłów – po lewej. Wtedy powie Car tym, którzy po prawej stronie Jego: przyjdźcie, błogosławieni Ojca Mego, posiądźcie Carstwo, przygotowane wam od stworzenia świata: albowiem głodny byłem, i daliście Mi jeść; pragnąłem, i napoiliście Mnie; byłem przybyszem i przyjęliście Mnie; byłem nagi, i odzialiście Mnie; byłem chory, i odwiedziliście Mnie; w więzieniu byłem, i przyszliście do Mnie. Wtedy sprawiedliwi powiedzą Mu w odpowiedzi: Panie! kiedy widzieliśmy Ciebie głodnym, i nakarmiliśmy? albo nagim, i odzialiśmy? Kiedy widzieliśmy Ciebie chorego, albo w więzieniu, i przyszliśmy do Ciebie? I Car powie im w odpowiedzi: zaprawdę mówię wam: ponieważ uczyniliście to jednemu z tych braci Moich mniejszych, to Mnie uczyniliście. Wtedy powie i tym, którzy po lewej stronie: odejdźcie ode Mnie , przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i aniołom jego: bowiem głodny byłem, i nie daliście Mi jeść; pragnąłem, i nie napoiliście Mnie; przybyszem byłem, i nie przyjęliście Mnie; nagi byłem, i nie odzialiście Mnie; chory i w więzieniu, i nie odwiedziliście Mnie. Wtedy również oni powiedzą Mu w odpowiedzi: Panie! kiedy widzieliśmy Ciebie głodnego, czy spragnionego, albo przybyszem, albo nagiego, albo chorego czy w więzieniu, i nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy powie im w odpowiedzi: zaprawdę powiadam wam: ponieważ nie uczyniliście tego jednemu z tych mniejszych, to nie uczyniliście dla Mnie. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi do życia wiecznego”.

Tę opowieść powinniśmy, przyjaciele, na zawsze zachować w pamięci. Od tego, czy zapomnimy ją zaraz po przeczytaniu czy zaczniemy sprawdzać według niej każde słowo, każdy postępek, dokonywany na ziemi, zależy nasz los w wieczności.

Zadrżyj, człowieku, wyobrażając sobie, że oto ci ludzie posyłani są na wieczną mękę nie za to, że są cudzołożnikami, mordercami, czy chciwcami, nie za to, że popełnili jakieś inne złoczyństwo, a za to, że nie uczynili żadnego dobra. Jeśli będziemy bezczynni, podczas gdy sumienie skłania nas współczuć bliźniemu i czynić dzieła miłosierdzia – na Strasznym Sądzie zobaczymy gniewne oblicze Baranka, Któremu nie daliśmy jedzenia i wody, Którego nie przyjęliśmy do domu i nie odwiedziliśmy w szpitalu.

Jak pokorni są prawdziwi sprawiedliwi – oni nawet nie pamiętają uczynionych przez siebie dobrych uczynków, tym bardziej ze skromności nie uznają siebie za karmiących Pana!

Zauważmy, że Bóg nie dla ludzi przygotował ogniste męki i nie dla nas przygotował kary, a dla diabła, lecz my sami siebie czynimy godnymi kar. Ponieważ demony są bezwzględne i nastawione do nas wrogo, to odpowiednio zasługują na karę również ci ludzie, którzy mają podobne cechy i za uczynki swoje wpadli pod przekleństwo.

Panie Jezusie Chrystusie, Synu Boży, Zbawicielu nasz i Sędzio! Ty powiedziałeś przeczystymi Swoimi ustami: „Po tym poznają wszyscy, że jesteście Moimi uczniami, jeśli miłość będziecie mieć między sobą”. Oblecz nas w miłość Twoją, abyśmy na ziemi z całą gorliwością starali się podobać Tobie, miłosierdziem służąc bliźnim swoim, mniejszym braciom Twoim. Niemiłosierny jest sąd nad tymi, którzy nie uczynili miłosierdzia, miłość zaś ratuje przed śmiercią i przykrywa mnóstwo grzechów.

Nie osądź nas, grzesznych, ale przez wstawiennictwo Przeczystej Matki Twojej postaw i nas na Sądzie Strasznym po prawicy Swojej, abyśmy ze wszystkimi świętymi usłyszeli święty głos Twój w owej godzinie: „Przyjdźcie, błogosławieni Ojca Mego, posiądźcie Carstwo, przygotowane wam od stworzenia świata!” Amiń.

 

XXV. ŻYCIE WIECZNE

Może zdarzyło się wam, czytelnicy, spotykać ludzi, którzy na pytanie o życie wieczne i zapłatę (nagrodę), przygotowaną przez Boga sprawiedliwym, wzruszali ramionami, jakby mówili: „Jak to można wiedzieć? Czy był kto tam? I mówić i myśleć o tym nie warto!” O pycha człowiecza, o ubolewania godna niewiedza! Spełnia się na takich ruskie przysłowie: „Na stosie złota siedzieć będziesz – i z głodu zginiesz”. My z wami rzeczywiście nigdy nie przekraczaliśmy granicy ziemskiego bytu i nie byliśmy godni odkrycia wielkich tajemnic. Ale za to mamy Pismo Święte, prawdziwego i niefałszywego świadka tego, co było i będzie. Wszystko co powinniśmy wiedzieć dla naszego zbawienia, znajduje się na stronach Starego i Nowego Testamentu. Na jakie osądzenie więc zasługujemy, jeśli, mając pod ręką Księgę życia, pozostajemy w mroku niewiedzy! Zaprawdę nie Pan jest temu winien! Przeciwnie, On Duchem Świętym polecił apostołom zapisać wszystko potrzebne dla nas w Boskich księgach. Jakimi słowami zaczyna się święta Apokalipsa? „Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał Mu Bóg, aby pokazać sługom Swoim, co ma wkrótce nastąpić. I On pokazał, posławszy owo przez Anioła Swego, słudze Swemu Janowi… Błogosławiony czytający i słuchający słów proroctwa tego i przestrzegający co napisane w nim; bowiem czas jest bliski”.

A co napisane w zakończeniu tej proroczej Księgi? Święty Jan Teolog otrzymuje polecenie: „…Nie zamykaj słów proroctwa tej księgi; bowiem czas jest bliski”; „Oto, idę szybko: szczęśliwy przestrzegający słowa proroctwa tej księgi”.

Dlatego, my wszyscy powinniśmy nie tylko pilnie zagłębiać się w treść tej tajemniczej Księgi, ale również wypełniać napisane w niej ze względu na nasze zbawienie. A ponieważ czas jest krótki, to, pomodliwszy się serdecznie, przystąpmy do przedstawienia spraw, odnoszących się do szczęśliwego i wiecznego przebywania z Panem Bogiem ułaskawionych i zbawionych narodów po Strasznym Sądzie.

Objawienie o ostatecznych losach ludzkości zapisane jest, jak zrozumieliście, przez ulubionego ucznia Pana, świętego Apostoła i Ewangelistę Jana Teologa.

Niech nikt nie zastanawia się nad kłopotliwym pytaniem, gdzie to rozmieści Bóg wszystkich którzy dostąpili zbawienia. „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię – zaświadcza święty Jan – bowiem poprzednie niebo i poprzednia ziemia minęły, i morza już nie ma”. Jakimż więc ukaże się oczom sprawiedliwych ich nowe miejsce przebywania? Żadne ludzkie pojmowanie nie może ogarnąć tej chwały i wspaniałości Carstwa Niebieskiego, które ukryte są w następujących słowach: „I ja, Jan, zobaczyłem święte miasto Jeruzalem, nowe, zstępujące od Boga z nieba, przygotowane jak oblubienica, przystrojona klejnotami dla męża swego. I usłyszałem ja donośny głos z nieba, mówiący: oto przybytek* (namiot, komnata) Boga z ludźmi, i On będzie przebywać z nimi; oni będą narodem Jego, i Sam Bóg z nimi będzie Bogiem ich; i otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci nie będzie już; ani płaczu, ani krzyku, ani chorób już nie będzie, bowiem poprzednie przeszło. I powiedział Siedzący na tronie: oto, wszystko nowe czynię… I powiedział mi: dokonało się!”

Jakby nie był szczęśliwy człowiek na ziemi, jaką by pełnią życia się nie rozkoszował, nie może on w żaden sposób skosztować prawdziwego szczęścia tam, gdzie wszystko jest nietrwałe i niestałe, gdzie niekończące się wypróbowania i pokusy, gdzie otaczają nas choroby i nieszczęścia, gdzie, w końcu, śmierć jeszcze zbiera swoje owoce. A tam zmiany na gorsze już nie będzie. Tam obawiać się złego węża już nie trzeba! Tam już nie będzie miejsca cierpieniom i śmierci, bowiem diabeł i śmierć, i wszystkie pokusy znajdą swoje miejsce w ognistym jeziorze. Zbawione narody będą chodzić w światłości Baranka Chrystusa, „i królowie ziemi przyniosą do niego chwałę i cześć swoją”. Święty Jan kontynuuje swoje odkryte przez Boga świadectwo: „I wzniósł (Baranek) mnie w duchu na wielką i wysoką górę i pokazał mi wielkie miasto, święte Jeruzalem, które zstępowało z nieba od Boga”. Co zaś było centrum tego cudownego miasta? Być może, ulice jego, podobne do czystego złota, przejrzystego szkła, prowadziły do wielkiej świątyni? „Lecz świątyni w nim nie widziałem; albowiem Pan Bóg Wszechmogący – jest świątynią jego, oraz Baranek (Syn Boży, Pan Jezus Chrystus).

Jeśli całe miasto podobne do czystego złota, a mur miasta wzniesiony z drogocennego kamienia jaspisu, to ileż w nim światła w jasny dzień! Ale jak jest oświetlane miasto w nocy? „…Miasto nie potrzebuje ani słońca, ani księżyca aby mu świeciły; bowiem chwała Boża oświetla je, i lampą jego – Baranek” podobny do drogocennego kamienia, jakby jaspisu lśniącego jak kryształ”. „Bramy jego nie będą zamykane w dzień, a nocy tam nie będzie”. „I nie będą (słudzy Baranka) potrzebować ani lampy, ani światła słonecznego, bowiem Pan Bóg świeci im (oświeca ich)”.

Czy dużo jest bram w wielkim i wysokim murze miasta? „Od wschodu trzy bramy, od północy trzy bramy, od południa trzy bramy, od zachodu trzy bramy”. Na tych dwunastu bramach stoi dwanaście Aniołów, każda brama była z jednej perły: dwanaście bram – dwanaście pereł.

Przyjaciele, pomyślmy, jakimi trzeba być, żeby odważyć się przejść przez perłową bramę do niebiańskiego miasta! Co mówi o tym Objawienie?

„I nie wejdzie do niego nic nieczystego, i nikt oddany obrzydliwości i kłamstwu, a tylko ci, którzy zapisani są w księdze żywota Baranka”. Błogosławieni ci, którzy przestrzegają przykazania Jego, żeby mieć prawo do drzewa życia i wejść przez bramy do miasta. A na zewnątrz – psy i czarownicy, i rozpustnicy i zabójcy i bałwochwalcy i wszyscy miłujący i czyniący nieprawdę.”

Co znaczy przebywanie na zewnątrz świętego miasta kogokolwiek z ludzi? „I nie będzie już nic przeklętego (w świętym mieście)”. „Bojaźliwych zaś i niewiernych, i skalanych i zabójców, i cudzołożników i czarowników, i bałwochwalców i wszystkich kłamców – los w jeziorze, płonącym ogniem i siarką”.

Straszne, ale i zbawienne jest wszystko, odkrywane nam w Piśmie. Niewiernymi nazywa ono ludzi, którzy nie zechcieli przyjąć świętego chrztu w łonie Świętej, Soborowej i Apostolskiej Cerkwi, do czego wzywa nas wiara w Zbawiciela świata Jezusa Chrystusa. Oczywiście, godni kary są również wszyscy ci, którzy, przyjąwszy chrzest, odstąpili od wierności Chrystusowi i splamili siebie wymienionymi wadami, nie oczyściwszy nigdy sumienia pokajaniem. Nic nieczyste nie wejdzie, bowiem i nie może wejść do świętego miasta! Jakąż więc czystość umysłu i serca musimy zachować, żeby być godnymi ułaskawienia na Sądzie Pańskim i mieć udział w Niebiańskim Jeruzalem! Zaprawdę bez pokajania, sakramentu spowiedzi i priczaszczenija dla odpuszczenia grzechów –zbawić się nie może nikt! Jakie jeszcze właściwości ma to zadziwiające miasto? „Miasto jest czworokątne, i długość jego taka sama, jak i szerokość”. Złotą laską Anioł zmierzył miasto i okazało się, „że długość i szerokość i wysokość jego są równe”. We wszystkim daje się zauważyć Boska miara. Tak i my, chrześcijanie, we wszystkim powinniśmy przestrzegać miarę i przejawiać rozsądek. „To co nie w miarę, to od złego” – powiedzieli święci ojcowie.

„Mur miast ma dwanaście kamieni węgielnych, i na nich imiona dwunastu Apostołów Baranka”. Rozumiecie teraz, dlaczego nazywamy Cerkiew Chrystusową – Miasto wielkiego Cara – Apostolską?

„Fundamenty miast ozdobione wszelkimi drogocennymi kamieniami”. Dalej święty Jan wymienia nazwy tych kamieni, z których na każdym wyryte jest imię jednego z dwunastu Apostołów. Wśród kamieni – jaspis, szafir, topaz, hiacynt, ametyst… bylibyście w stanie porozmyślać, na jakim kamieniu imię którego Apostoła wyryte? W interpretacji Apokalipsy przez świętego męża starożytności Andrzeja z Cezarei jest o tym wspomniane. Najdociekliwsi z naszych czytelników znajdą tę cudowną książkę.

A co można dowiedzieć się o wspomnianym przez świętego Jana drzewie życia? „I pokazał (Baranek) mi czystą rzekę wody życia, jasną, jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Na środku ulicy jego (miasta) i po obu stronach rzeki, drzewo życia, dwanaście razy wydające owoce, dające każdego miesiąca owoce swoje; i liście drzewa – do leczenia narodów. I nic już nie będzie przeklętego; lecz tron Boga i Baranka będzie w nim (w mieście), i słudzy Jego będą mu służyć. I będą oglądać oblicze Jego, i imię Jego będzie na ich czołach”.

Jeśli ktokolwiek z nas zapragnie dotknąć cudownego drzewa życia, na ziemi powinien z miłością czcić i nosić na sobie małe podobieństwo tego drzewa – krzyżyk. I nie tylko nosić go, ale też mieć w sercu swoim krzyż Pański, który daje nam moc zwyciężać grzechy i burzyć wszystkie knowania (intrygi) złego.

Ośmielmy się zadać widzącemu tajemnice Janowi jeszcze jedno pytanie: czy będzie dozwolone sługom Bożym skosztować z tej jasnej, jak kryształ, rzeki? „Spragniony niech przychodzi, i kto chce niech bierze wodę życia darmo”.

Oto jakie jest miłosierdzie i miłość naszego Władyki! Bowiem nam, dzieciom Jego niepokalanej Oblubienicy, Cerkwi Chrystusowej, powiedziane jest to. I każdy z czytelników niech użyje wszelkich wysiłków wiary, żeby jeszcze tu na ziemi nasycić swoją nieśmiertelną duszę wodą żywą – łaską Ducha Świętego. Słyszycie! Chrystus podaje ją nam za darmo – każdemu, kto wierzy w Niego i czyni dzieła prawdy: przyjąwszy chrzest święty, kaja się, modli się, przystępuje do Eucharystii i w prostocie serca miłuje tych, kogo miłuje Bóg – ludzi, stworzonych na obraz Jego i podobieństwo.

Przychylmy więc ucha, aby jeszcze raz usłyszeć groźny głos Zbawiciela i Sędzi naszego: „Ja jestem Alfa i Omega, początek i koniec, pierwszy i ostatni”. „Nieprawy niech nadal czyni nieprawość; nieczysty niech nadal się brudzi; sprawiedliwy niech czyni sprawiedliwość jeszcze, i święty niech jeszcze się uświęca. Oto, przyjdę wkrótce, i zapłata Moja ze Mną, aby oddać każdemu według uczynków jego”.

 

XXVI. PANIE, CHWAŁA TOBIE!

Skończona nasza książka… Niemało wysiłku ona wymagała od swego słabego autora. Nie mniej, a być może, nawet więcej wysiłku poświęcili gorliwi i pobożni jej czytelnicy. Chcę wierzyć, że wszystko w niej napisane posłuży wam na pożytek. Ośmielę się mieć nadzieję, że kogoś powiedziane w niej uchroni od błędów i upadków. A kogoś wyprowadzi z krętych ścieżek na prostą i jasną drogę życia, po której powołani są iść wszyscy pragnący służyć Bogu i ludziom. Jak by to nie było, ja otrzymałem wielką korzyść i radość z naszego wspólnego wysiłku i nie chcę pozostać niewdzięcznym. Bowiem niedociągnięcia, uchybienia książki – ode mnie samego, a wszystko dobre w niej – od Pana Boga, o błogosławieństwo Którego prosiliśmy, jak pamiętacie, na początku. Pójdźmy więc, czytelniku, do Niego, naszego Stwórcy, i połóżmy u przeczystych stóp Chrystusa ten mały trud, jak i przystało kończyć każde dobre dzieło niegodnym sługom Jego.

Niech odważny w miłości święty Ewangelista Jan Teolog, pomoże nam, grzesznym, stanąć przed obliczem Władyki: „Ja byłem w duchu (w zachwycie) w dniu Pańskim i słyszałem za sobą głos potężny, jakby trąby, który mówił: Ja jestem Alfa i Omega, pierwszy i ostatni… Obróciłem się, żeby zobaczyć, czyj to głos, mówiący do mnie; i obróciwszy się, zobaczyłem siedem złotych świeczników i, pośród siedmiu świeczników, podobnego do Syna Człowieczego, obleczonego w podir* i prze pierś przepasanego złotym pasem: głowa Jego i włosy białe, jak biała wełna, jak śnieg; i oczy Jego – jak płomień ognisty; …i głos Jego – jak szum wód wielu; … z ust Jego wychodził obosieczny ostry miecz; i oblicze Jego – jak słońce, lśniące w mocy swojej. I kiedy ujrzałem Go, to upadłem do nóg Jego, jakby umarły. I On położył na mnie prawicę Swoją i powiedział mi: nie bój się; Ja jestem pierwszy i ostatni i żyjący; i byłem umarły, i oto, żyję na wieki wieków, amiń”.

Władyko Panie, Jezusie Chrystusie, Synu Boży! Jak Ty niegdyś przyjąłeś z życzliwością dwie lepty wdowy, przyjmij tę małą ofiarę naszą, ku chwale najświętszego imienia Twego złożoną! Nie opuść grzesznych sług Twoich, ale zawsze współprzebywaj z nami według wiernej obietnicy Twojej: „Ja z wami we wszystkie dni aż do skończenia świata!” Amiń.

 

*Podir – długa do stóp szata Izraelskich arcykapłanów i carów.

* Przybytek – namiot, służący za obraz świątyni Bożej.

Tłumaczenie Eliasz Marczuk

eliasz.marczuk@wp.pl

.