Warto przeczytać przeczytaj Prawosławne wychowanie dzieci cz. 3

Prawosławne wychowanie dzieci cz. 3

Na podstawie https://azbyka.ru/deti/ tłumaczenie Eliasz Marczuk


Prawosławne wychowanie dzieci

Siedmioletni wiek

Aktualne problemy prawosławnego wychowania

Jak nie wychować dziecka na ateistę?

Jak wychować dzieci wierzącymi?


Siedmioletni wiek

Przystąpienie do Cerkiewnych Sakramentów – nieodłączna część życia prawosławnego człowieka. W jednym z siedmiu Sakramentów – spowiedzi, człowiek, otwiera swoją duszę, przyznaje się przed Bogiem z popełnionych przez siebie grzechów, kaja się, pokładając nadzieje na Boże miłosierdzie.

Udział w Sakramencie spowiedzi wymaga określonej duchowej i psychologicznej dojrzałości, ponieważ pokajanie powinno być świadome i powinna towarzyszyć mu decyzja unikania od tej pory grzechu. Z tego powodu dzieci do określonego wieku, zwykle siedmiu lat, nie spowiadają się. Ponieważ każde dziecko rozwija się we własnym tempie, określony wiek nie jest kategoryczny, ale jest jednak pewnym, ustanowionym w Cerkiewnej praktyce, punktem odniesienia.

Z psychologicznego punktu widzenia wiek siedmiu lat, jako zakładany wiek pierwszej spowiedzi, wybrany jest nieprzypadkowo. Przeważnie w tym właśnie okresie następują poważne przemiany w osobowości dziecka, co znacząco odbija się na jego zachowaniu. Tak, jeśli we wcześniejszych etapach rozwoju dziecko przebywa „we władzy afektu” w tym czasie pojawia się zdolność do działań, opartych na świadomych zamiarach – postępowaniu według woli. Pojawia się umiejętność przewidywania efektów swoich postępków, myśl zaczyna poprzedzać działanie. Zewnętrznie towarzyszy temu utrata „dziecięcej bezpośredniości”, można powiedzieć, że dusza dziecka „zamyka się” przed innymi ludźmi.

W tym też okresie rozwija się mało zbadane we współczesnej psychologii, ale bardzo znaczące psychologiczne zjawisko – sumienie, choć, trzeba zauważyć, że jego rozwój następuje w ciągu całego życia człowieka. W odróżnieniu od moralnych norm, utrwalonych w doświadczeniu wielu pokoleń, sumienie – pojęcie indywidualne. Sumienie przejawia się i jako uświadomienie moralności dokonywanego postępku (komponent racjonalny), i jako emocjonalno-moralne przeżywanie (tak zwane wyrzuty sumienia).

Kształtowanie sumienia i stawianie moralnych ideałów następuje przy bezpośrednim udziale znaczącej osoby dorosłej. Początkowo dziecko opiera się w swoich działaniach na rodzicach, występujących w charakterze wzorca idealnego postępowania; jego postępowania regulowane są zewnętrznymi zakazami i zachętami. Na pierwszych etapach przyswajania moralnych norm wymagane przestrzeganie zasad jest postrzegane przez dziecko jako warunek konieczny do uzyskania uznania rodziców, a zatem do potwierdzenia, że je kochają. Pod koniec wieku przedszkolnego na bazie przyswojonych norm, formuje się pierwsza etyczna instytucja, prezentowana nie tylko jako wiedza o należnym, ale i jako przeżywanie konieczności postępowania w należyty sposób. Moralne wskazówki, idące wcześniej z zewnątrz, przechodzą w wewnętrzne plany, w ideale – stają się częścią osobowości samego dziecka.

Wraz z rozwojem idei moralnych, w wieku siedmiu lat rozwijają się uczucia społeczne, takie jak czułość, wrażliwość, współczucie. Ważne jest rozumieć, że złożone społeczne emocje daleko nie zawsze kształtują się same po sobie, niezależnie od udziału dorosłego. Rozwojem dziecka trzeba kierować. Przy tym nie należy oczekiwać jakiejś „szczególnej” okazji do tego, aby pokazać dziecku przykład współprzeżywania (współczucia). Praktyka pokazuje, że dzieci wchłaniają w siebie akurat to, co dzieje się w życiu powszednim. Jeśli waszą reguła jest dawać jałmużnę, wielkie jest prawdopodobieństwo, że wydoroślawszy, dziecko będzie postępować tak samo.

Sumienie jako moralne przeżywanie może objawiać się na dwa sposoby – uczucia wstydu i winy. Uczucie wstydu jest uciążliwe i zawsze związane ze stosunkiem ważnych dla człowieka ludzi. Jest ono bardziej prymitywne w porównaniu z poczuciem winy. Wspieranie przez rodziców nadmiernej (właśnie nadmiernej) wstydliwości dziecka blokuje jego twórcze przejawy, prowokuje niepożądaną zależność od opinii innych, co przejawia się nawet na poziomie cielesnym: dziecko staje się skrępowane i czuje się niezręcznie, łatwo się rumieni. Z punktu widzenia moralnego rozwoju poczucie winy jest bardziej konstruktywne: jeśli sytuację wstydliwą i związane z nią emocje człowiek stara się w najlepszym przypadku zapomnieć, to wina popycha człowieka do naprawienia sytuacji w drodze pojednania z tym, komu uczyniona została krzywda.

Jednak negatywne emocje nie wyczerpują przejawów sumienia: ono może też być źródłem radości. Postępek zgodny z sumieniem wywołuje głębokie wewnętrzne zadowolenie, nawet jeśli jest sprzeczny z własnymi potrzebami. Właśnie na pozytywnym aspekcie należy ustawiać formowanie instancji (poglądów) etycznych: poprzez wspieranie pożądanych zachowań dziecka, popierania (zachęcania do) dobrych postępków, ustanowienie silnego związku między dokonaniem dobrych uczynków i pozytywnymi emocjami.

Należy wziąć pod uwagę, że szczególny wpływ na zachowanie się dziecka mają środki masowej informacji. Znaczne negatywne oddziaływanie może okazać niekontrolowane oglądanie telewizji, dostępnej w każdym domu. Udowodniono, że demonstrowane na niektórych kanałach sceny gwałtu wyraźnie podnoszą agresywność nawet u dorosłego człowieka, tworzą wyobrażenie o tym, że agresja jest czymś normalnym. Jednak nie należy wpadać w skrajność i całkowicie zakazywać dziecku oglądać telewizję. Lepiej ten proces kontrolować, wybierając do oglądania programy, przekazujące takie wartości jak przyjaźń, współczucie, miłość.

Tak więc rozwój moralny przebiega w dwóch liniach: przyswajanie norm moralnych i kształtowanie uczuć społecznych. Po to, aby sumienność stała się wartością wewnętrzną, konieczne jest stawianie dziecka w sytuacjach etycznego wyboru, w przystępnym języku wyjaśniając jego przyczyny i następstwa. Według badań zagranicznego psychologa L. Kolberga do świadomego moralnego postępowania dziecko musi intelektualnie „dojrzeć”. Jednak kierować je na drogi moralnego rozwoju należy wyprzedzając trochę wiek dziecka. Zadaniem dorosłego jest kształtowanie etycznego zachowania, które nie jest ukierunkowane na zewnętrzne zakazy, ale wewnętrzne poczucie moralności oparte na emocjonalnym współprzeżywaniu (empatii) z drugą osobą, przezwyciężaniu egoistycznych pobudek, braniu odpowiedzialności za siebie i swoje czyny. Oprócz rodziców pomagać w tym mogą chrzestni, biorący na siebie obowiązek ukierunkowywania dziecka na drogi duchowego rozwoju.

W ten sposób, wiek siedmiu lat, wskazywany jako pewien punkt odniesienia gotowości do pierwszej spowiedzi, z psychologicznego punktu widzenia wybrano słusznie. Na tym etapie rozwoju dziecko rozwija zdolność do oceny siebie, stosując wyuczone pojęcia (wyobrażenia) etyczne, pojawia się możliwość świadomej regulacji własnego zachowania. Z rzadkimi wyjątkami, dziecko w młodszym wieku nie ma dostatecznych zasobów psychologicznych niezbędnych do uczestnictwa w Sakramencie.

 

 

Aktualne problemy prawosławnego wychowania

Mówiąc o problemach współczesnego prawosławnego wychowania, należy przede wszystkim zauważyć, że takich problemów jest bardzo dużo. Po pierwsze, dlatego, że sam proces wychowawczy, ukierunkowany na osobowość dziecka, zawsze jest indywidualny, zawsze osobisty, i wychowanie każdego dziecka – to ogromny trud. A po drugie, oczywiście, dlatego, że żyjemy w niestabilnych przejściowych czasach. Całe współczesne życie przeniknięte jest antychrześcijańskim duchem, a doświadczenie prawosławnego wychowania mamy niewielkie, ponieważ całkiem niedawno, dopiero w końcu XX wieku, zaczęliśmy poważnie pojmować problemy prawosławnej pedagogiki.

Przy rozwiązywaniu tych problemów dobrze byłoby podkreślić to co najważniejsze i przede wszystkim przypomnieć sobie słowa Zbawiciela, skierowane do nas wszystkich. Prawda, On mówi to nie wychowawcom dzieci, a wychowawcom dorosłych, ale, oczywiście, wszystko to odnosi się i do tych, którzy wychowują dzieci. On wzywa nas nie nazywać się nauczycielami, nie nazywać się mentorami (przewodnikami) i ojcem siebie nie nazywać, i ojcem nie nazywać nikogo na ziemi, albowiem jeden u nas nauczyciel – Chrystus, zaś my wszyscy – bracia: „Jeden u was Ojciec, Który na niebie” (Mt. 23, 9), „Jeden u was Przewodnik – Chrystus” (Mt. 23, 10). My musimy pamiętać, że wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi: i nasze dzieci, i my sami, ich wychowawcy – ojcowie, matki, spowiednicy. Ta pamięć pomoże nam zachować konieczną pokorę, która powinna być właściwa każdemu chrześcijańskiemu działaniu. Ale oczywiście ni należy rozumieć pokory mylnie, jak rozumieją czasem nasi pedagodzy, nie mający duchowego doświadczenia. U nas był pewien wykładowca w szkole niedzielnej, on mówił: „Czegoż ja mogę nauczyć dzieci? Jestem przecież gorszy od nich, one są lepsze ode mnie”. On mówił to całkiem szczerze i odmawiał przy tym podejmować jakiekolwiek zależące od jego woli decyzje, stosować wobec dzieci karę. Oczywiście, mowa jest nie o takiej pokorze, a o świadomości tego, że jeśli nie pomoże nam Bóg, jeśli nie będziemy zwracać się do Niego, to rozwiązać problemów, które przed nami się pojawiają, nie będziemy w stanie. I każdy nauczyciel powinien być nauczycielem na obraz Chrystusa, każdy ojciec powinien być ojcem na obraz Ojca Niebiańskiego, i każdy mentor (przewodnik) powinien brać obraz Chrystusa dla siebie jako ideał, który powinien naśladować w swoim pedagogicznym działaniu. Właśnie taka jest różnica prawosławnego wychowania od wychowania świeckiego, gdzie centrum jest wychowawca, a Bóg tam nie jest brany pod uwagę. Chrześcijańskie wychowanie ma inny charakter. Byłem niedawno na kolegium jednej z dzielnic Moskwy, i tam pewna kobieta-pedagog powiedziała: „My, drodzy przyjaciele, mamy z czego być dumni”. I pamiętam, kiedy moja młodsza córka uczyła się w szkole, jej nauczycielka mówiła: „No, dzieci, a teraz pobądźmy trochę dumni, że jesteśmy tacy dobrzy, wznieśmy do góry główki, noski, powdzięczmy się przed kolegami i przed sobą, jacy jesteśmy wspaniali”. To, być może skrajność, i jest ona właściwa nie wszystkim świeckim systemom pedagogicznym – my zaś tym bardziej powinniśmy rozumieć, że nasze wspólne dzieło należy dokonywać w pokorze.

Drugie, o czym trzeba powiedzieć: my jesteśmy wezwani nauczyć dzieci nie tylko zestawu zewnętrznych reguł prawosławnego życia. Wcale nie wystarczy po prostu wytłumaczyć im, co można robić, a czego – nie można; najważniejsze – rozpalić w ich duszach ogień wiary i miłości. Możemy nauczyć dzieci, jak prawidłowo żegnać się i kiedy trzeba robić pokłony; one będą znać dogmaty; będą wiedzieć, jakiej długości spódnice można nosić, kiedy można stosować kosmetyki, a kiedy nie można; nauczą się wszystkich reguł postu. Ale jeśli w ich duszach nie będzie płonąć ogień miłości i wiary, to z tymi zewnętrznymi regułami łatwo połączy się każdy grzech. Jeśli one nie będą nastawione na świat duchowy, jeśli nie pojawią się u nich kontakty z Bogiem, jeśli będą kierować się tylko formalnie rozumianymi zakazami, wtedy nasze wychowanie nie przyniesie rezultatów, a po osiągnięciu wieku przejściowego dzieci opuszczą Cerkiew, odejdą od Boga, będą deptać wszystkie przykazania, odrzucą wszystkie cnoty i pogrążą się w morzu grzechu. Oczywiście, to pogrążenie może nie wyjść na powierzchnię, dzieci mogą zachować zewnętrznie wygląd chrześcijański, a jednocześnie być zdeprawowane i zepsute. Niestety, dzieci, tak wychowane, bardzo często tego nawet nie rozumieją. One mówią: „A dlaczego nie można robić oto tego i chodzić do cerkwi, dlaczego jest to sprzeczne? Dlaczego nie można, powiedzmy, słuchać ciężkiego rocka i modlić się do Boga, dlaczego nie można czytać żurnali „Cool”, „Liza” czy „Rówieśnicy” i czytać Ewangelii? Dlaczego nie można robić tego i drugiego?” Takie pytania świadczą o tym, że one nie czują istoty chrześcijańskiego życia. Nasze zadanie – przede wszystkim dać im nawyki takiego życia. Ale my nic nie możemy uczynić, jeśli sami tych nawyków nie mamy. I dlatego jeśli chcemy nauczyć duchowego życia swoje dzieci, to sami musimy uczyć się życia duchowego, dążyć do niego, żyć nim. Duchowe życie – to życie w Duchu Świętym albo poszukiwanie takiego życia, i wszystkie nasze wysiłki obowiązkowo powinny być na to ukierunkowane.

Jeszcze jeden problem stojący przed nami – to stworzenie jednej pedagogicznej przestrzeni ortodoksyjnej dla naszych dzieci. My nie umiemy ze sobą współdziałać. Na przykład, prawosławna szkoła bierze na siebie funkcję parafii: tam odbywają się nabożeństwa dla dzieci, dam duchowny szkoły wzywa wszystkie dzieci spowiadać się obowiązkowo u niego. Świeccy wychowawcy czasem mówią, że rodzice przeszkadzają im wychowywać dzieci – dobrze byłoby wszystkie dzieci pozbawić rodziców, wtedy wychowywać je byłoby łatwiej. Częściowo to może być i prawda, dlatego że nie zawsze rodzice stają na wysokości. Ale jednak, jeśli mówimy o wychowaniu prawosławnym, powinniśmy wychowywać dziecko w tym naturalnym środowisku, w jakim ono żyje, i, jeśli trzeba, wychowywać wraz z dzieckiem również rodziców. To dotyczy życia parafialnego. Nasze zadanie w prawosławnych szkołach – nie jest tworzenie nowych parafii, a utrzymywać (zachowywać) odpowiednie kontakty dziecka w jego parafii, nie zastępując tego co już istnieje. Bywa czasem, że niecerkiewne dzieci, przychodząc do prawosławnej szkoły, zaczynają tam spowiadać się, bywać na nabożeństwach, ale to słuszne jest tylko dla tych dzieci, które nie mają jeszcze ukształtowanych kontaktów w swojej parafii.

Trzeba pracować nad stworzeniem jednej pedagogicznej przestrzeni, i jeśli wspólnie zajmujemy się prawosławnym wychowaniem, to powinniśmy rozumieć, że kluczową postacią w tej przestrzeni będzie kapłan, spowiednik tego dziecka. Oczywiście nie oznacza to, że kapłan przejmie wszystkie funkcje wychowawcze. Bardzo często rodzice chcą przekazać swoje zadania wychowawcze kapłanowi: „Oto, batiuszka, wy mu powiedzcie, wy mu wytłumaczcie, żeby on mnie się słuchał, żeby on to i tamto robił, a tego to nie robił”. I pedagodzy też próbują wykorzystać sakrament pokajania jako pewien instrument wychowawczy. Tego robić, oczywiście, nie można. Kapłan ma swoje zadanie – przyprowadzić dziecko do Boga. On ma swoje sposoby, swoje metody i środki osiągnięcia tego celu, ale jednak on nie może zastępować ani rodziców, ani wychowawców. My wszyscy bardzo cierpimy z powodu braku profesjonalizmu prawosławnych pedagogów. Niestety, bardzo niewielu z nich ma dobre wykształcenie, bierze pod uwagę cechy osobiste dzieci, psychologię wieku i sami są świadomi siebie jako prawosławnych nauczycieli.

Kolejny problem, z którym się zderzamy – to niepełne i nieszczęśliwe rodziny. Te rodziny nie mają tradycji, nie mają doświadczenia w wychowywaniu dzieci: rodzice w dzieciństwie sami nie byli prawosławnymi, doszli do wiary w dorosłym wieku. Oni nie zawsze mogą zrozumieć, jak i co trzeba wyjaśnić dziecku, jak i co ono może przyswoić, jak długo ono może stać na nabożeństwie, jaką ono może mieć miarę postu. Wszystko to też wielki i poważny problem, o którym nie można zapominać. I ja myślę, że w tej przestrzeni swoje miejsce mogłaby zająć parafialna szkoła niedzielna. W pojęcie „szkoła niedzielna” należy włożyć nie po prostu organizację klasycznych zajęć z dziećmi, to znaczy prowadzenie wykładów czy rozmów. Ogólnie rzecz biorąc, szkoła niedzielna jest wezwana zajmować się wychowywaniem wszystkich dzieci w parafii. Pedagodzy mogą kontrolować porządek podczas nabożeństwa, rozmawiać z dziećmi poza zajęciami, to znaczy całe życie dzieci w parafii powinno być pod nadzorem ludzi, specjalnie do tego przygotowanych.

Główne problemy u naszych dzieci zaczynają się wtedy, kiedy przychodzi tak zwany „wiek przejściowy” i następuje takie zachwianie równowagi w życiu dziecka, że bywa z nim bardzo źle. W tym momencie ono nie zawsze wykonuje polecenia, odmawia pomocy rodzicom, na nowo ocenia wszystkie wartości, w których było wychowane i które u niego były, i kiedy ten okres nastał, bywa bardzo trudno cokolwiek uczynić. Zajmując się prawosławnym wychowaniem, powinniśmy mieć na uwadze, że taki kryzys w życiu dziecka nastąpi i trzeba zawczasu do tego się przygotowywać. Ten okres będzie następował w życiu naszych dzieci coraz wcześniej i wcześniej. Jeśli kiedyś on następował w szesnaście lat, a jeszcze wcześniej człowiek był posłuszny swoim rodzicom do tej pory, póki nie założył własnej rodziny, to teraz te granice przesunęły się, i dlatego czasu, kiedy możemy coś zrobić, mamy coraz mniej. Bywa, oczywiście, że przeszedłszy ten wiek, przeszedłszy przez jego pokusy, dziecko uspokaja się i wraca do Cerkwi. O tym też należy obowiązkowo pamiętać i nigdy w żadnych okolicznościach nie można panikować, wpadać w rozpacz, trzeba tylko modlić się do Boga. Tak radził rodzicom, których dzieci odwracały się od Cerkwi, również atoski starec Paisij, który niedawno zmarł. W tym krótkim czasie, gdy dziecko jest jeszcze całkowicie posłuszne, kiedy ma ono błogosławiony i wspaniały wiek, w tym okresie bywamy bardzo spokojni i radośni i nie zauważamy, że właśnie my postępujemy nieprawidłowo. Kiedy dzieciaczki maleńkie, z nimi może zajmować się każdy nauczyciel (pedagog), wszystko je interesuje, one z przyjemnością słuchają, wszystko im jest łatwe, i pojawia się takie uczucie samozadowolenia, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Niestety, z tak wspaniałych dzieci czasami wyrastają trudne nastolatki. Dzieci mocno się zmieniają, i, kiedy dziecko jeszcze małe, nie trzeba myśleć, że wszystko jest łatwe i proste, trzeba potraktować wychowanie bardzo poważnie, bardzo uważnie, bardzo przemyślanie. Przez ten czas trzeba rozwinąć w dziecku uczucie religijne, pomóc mu to uczucie uświadomić, wpoić (zaszczepić) mu zamiłowanie do cnót, żeby ono rozumiało radość czynienia dobra. W tym okresie u dziecka obowiązkowo powinna być wzmocniona (utrwalona) wola, koniecznie trzeba nauczyć je trudzić się, nauczyć je pracowitości i samodzielnego myślenia. Wzmocnienie woli dziecka jest bardzo ważne, dlatego że żyje ono praktycznie w antychrześcijańskim środowisku. Media, telewizja, gry komputerowe, edukacja seksualna, nowoczesna popkultura, dostępność alkoholu, papierosów, narkotyków, kult pieniądza i przyjemności tworzą obraz świata zupełnie odwrotny do tego, który chcemy stworzyć dla dziecka i całkowicie je zdezorientują. Niestety, my z wami, nauczając dziecko słuchać, podporządkowywać się, godzić się, zapominamy utrwalić jego wolę, żeby ono mogło nie tylko słuchać dobrego, ale i sprzeciwiać się złemu. Wzmocnienie woli, przygotowanie dziecka do życia w świecie jest konieczne, ponieważ wcześniej czy później wejdzie ono w ten świat. Bez względu na to, jak chcemy je chronić przed współczesnym światem, tworząc nasze prawosławne kolektywy, świat nadal będzie przenikać do duszy dziecka i będzie musiało ono przejść przez wiele pokus.

Te pokusy zaczynają się jeszcze zanim dziecko skończy szkołę. W prawosławnej szkole pojawiają się dzieci sponsorów, przyjmowane tam nie dlatego, że są prawosławne, a dlatego, że ich rodzice płacą pieniądze i chcą, aby ich dziecko, nie chodząc do cerkwi, chodziło jednak do szkoły, gdzie nie przeklinają, gdzie nie palą, gdzie przyzwoitsze warunki, i te dzieci często są źródłem pokusy. W kolektywach dziecięcych jedno takie dziecko może przynieść wiele szkód i dlatego konieczne jest wzmocnienie u naszych dzieci zdolności przeciwstawiania się złu, przeciwstawienia się temu, co może zrujnować (zgubić) duszę. Dzieci, wychowywane w zwykłych szkołach, w tym sensie są często bardziej stabilne, odporne. I wcześniej, kiedy Cerkiew była prześladowana, dzieci prawosławnych rodziców uczyły się w zwykłych szkołach i umiały (były w stanie) lepiej przeciwstawić się złu. Nasze dzieci są zbyt rozmiękczone i maja zbyt słabą osobowość, one nie umieją cenić tego dobra, które posiadają. A to zło, które ich otacza, niestety, ich uwodzi, one nie umieją z nim walczyć.

Do spotkania ze złem musimy przygotowywać dziecko od najmłodszych lat. Pamiętam, jak o. Artiemij Władimirow cudownie opowiadał o swoich spotkaniach z maleńkimi dziećmi. On im mówił: „No, dzieci, kto z was będzie palić, jak wyrośnie? Kto będzie palić „Biełomorkanał”, kto będzie palić „Marlboro”, kto chce, żeby jego zęby były żółte, i z ust ciekła ślina?” – to znaczy stwarzał negatywny obraz palacza, i to wywierało wrażenie na dzieciach. W taki też sposób dziecko należy ostrzegać przed otaczającym je złem. Trzeba przybrać porę, kiedy dziecko będzie w stanie to przyjąć, kiedy obraz zła nie wystraszy go, tak samo jak ludziom robią szczepionki, żeby, odchorowawszy przez to w niewielkim stopniu, oni później nie zachorowali poważnie i niebezpiecznie. To dotyczy też narkotyków, i palenia, i pijaństwa, wszystkich tych wad, które są w świecie, żeby dziecko było przygotowane do spotkania z nimi, żeby zrozumiało istotę tych zjawisk jeszcze wtedy, kiedy nie zderzyło się z nimi naprawdę, kiedy one nie stały się dla niego pokusą, czymś nęcącym.

Pozornej radości w tym życiu powinniśmy przeciwstawić pełnię życia w Cerkwi, należy nauczyć dziecko radości z wiary. Nasza wiara powinna być radosna. Jak mówił pewien batiuszka, podczas referatu o misjonarstwie: „Głosząc swoją wiarę, nie zapominajcie, że szerzymy nowinę o zmartwychwstaniu Chrystusa! Nasza wiara – to wiara paschalna”. Dziecko musi koniecznie odczuwać radość wiary. Jego edukacji i wychowania nie można budować wyłącznie na zakazach: nie można tego zrobić, tego nie można oglądać... A co w takim razie można zrobić? Musimy pokazać dziecku, że możemy żyć z Bogiem, możemy żyć w miłości ze sobą nawzajem, możemy żyć w sakramentach Cerkwi, musimy pomóc dziecku wejść w życie Cerkwi, a jeśli znajdzie ono pełnię tego życia, nawet jeśli spróbowało zakazanych owoców, niektórych pokus, to ono szybko zorientuje się i zrozumie, że jest to pozorna słodycz i pozorna radość.

Trzeba pracować nad tym, aby pojawiły się alternatywne systemy odpoczynku, wczasów dla dzieci, przecież należy myśleć nie tylko o tym, co z nimi robić i jak je uczyć, ale też jak one będą odpoczywać. Tu też dużo problemów. Często w prawosławnych obozach letnich, które organizujemy dla swoich dzieci, dzieci są pozostawione same sobie, i właśnie na tych obozach niektóre po raz pierwszy zaczynają palić albo pić piwo albo dowiadują się pewnych rzeczy, których nie pora im jeszcze wiedzieć. Organizując dziecięcy odpoczynek, powinniśmy to wszystko kontrolować. Surowość zasad chrześcijańskiego wychowania musi być niewzruszona.

Oprócz tego, jest też taki problem: w naszych zespołach wychowawczych bardzo dużo jest kobiet i brakuje mężczyzn. Ja myślę, że nasi chłopcy lubią ciężki rock i wszystko w tym rodzaju właśnie dlatego, że oni odnajdują w tym męskość, moc, „ostrość”. Jeśli oni nie znajdują w Cerkwi tego obrazu męskości, jeśli nie znajdują w cerkwi tych przykładów, to zaczynają szukać ich poza nią, dlatego że chłopcy są chłopcami, oni powinni być wychowywani jak wojownicy, i prawosławny chrześcijanin – to wojownik. Dobrze byłoby pamiętać o tym, że chłopców i dziewczynki trzeba wychowywać inaczej, pamiętać, że chłopcom potrzebne jest jedno, a dziewczynkom – drugie.

I ostatnie, co chcę powiedzieć. Jeśli my z wami jesteśmy prawosławnymi ludźmi, jeśli wierzymy w Chrystusa, jeśli wierzymy, że Chrystus przyniósł na ziemię całą pełnię prawdy, to nie powinniśmy patrzeć na wychowanie, którym się zajmujemy, jak na wychowanie konfesjonale (wyznaniowe). Nie należy myśleć, że jest wychowanie prawosławne, jest mahometańskie, jest świeckie. W rzeczywistości jest wychowanie dobre, prawdziwe, które prowadzi dziecko do dobrego, i, zajmując się wychowaniem dzieci, nie ograniczajmy się do wychowywania dzieci tylko cerkiewnych. Powinniśmy pomagać wszystkim, wychowywać dzieci w zwykłych szkołach, pracować z dziećmi, które nie znają Boga, nie znają Cerkwi, z dziećmi, których rodzice nie chodzą jeszcze do świątyni. Wydaje się mi, że akurat takie wychowanie jest właśnie prawdziwie chrześcijańskie, i tylko ono może pomóc dzieciom i ochronić dorastające pokolenie od tego zła, którego tak dużo w świecie.

Protojerej Arkadij Szatow.

 

Mowa tu jest o szkołach parafialnych które są tak powszechne w Rosji, u nas, w Polsce, takich szkół jest bardzo niewiele a ich rolę, w pewnym stopniu, pełnią lekcje religii.

 

 

Jak nie wychować dziecka na ateistę?

Zamiast tego żeby lubić modlić się – dziecko od modlitwy odchodzi. Zamiast tego żeby lubić post – dziecko postu nie lubi. Zamiast tego żeby lubić chodzić do cerkwi – dziecko sprzeciwia się temu. Nie daj Boże, jeśli będziemy rozmawiać z dziećmi o Bogu, a wychowamy bezbożników.

Kiedy mówimy „prawosławne wychowanie”, mamy na myśli, że powinien istnieć pewien system, stanowisko, metodyka, swoisty nawyk Prawosławia, które powinny być stosowane i mogą być pewnym ogólnym instrumentem do wychowania na wszystkich poziomach naszego życia.

Takie pojęcie, jak „system prawosławnego wychowania”, nie powinno istnieć. Dlaczego?

Bieda w tym, że my sami pod systemem wychowania często rozumiemy pewną orientację ideologiczną.

I właściwie nie wychowanie, a właśnie Prawosławie dla wielu przechodzi z obrazu duchowego życia w jakiś ideologiczny system poglądów. I kiedy to się staje, kiedy żywa idea – nasze Prawosławie – staje się jakimś systemem ideologicznym, pojawia się w nas masa protestów.

Chodzi o to, że kiedy człowiek stawia siebie w pewnym ideologicznym systemie, to psychologicznie jest to dość łatwe, dlatego że człowiek nie ponosi żadnej osobistej odpowiedzialności za swoje postępowanie, za swoje myśli, za swoje dążenia. Wszystko za niego jest zaplanowane. Wszystko dla niego jest. I on po prostu „włącza” pewne ideologie, które same za niego mają działać.

Niestety, nasze post-sowieckie społeczeństwo rozrosło się do stanu ideologizmów. Trzeba powiedzieć, że system radziecki był kompletnie idealnym systemem ideologicznym, oczywiście w zniekształconej formie, ale jednak idealnym.

Człowiek był zaślepiony ideałami, zaczynając od kobiecych poradni, dokąd przychodziły przyszłe mamy, i kończąc na najbardziej ostatecznych etapach swego życia. Weterani, inwalidzi, emeryci –za nich też zawsze rozwiązywano wszelkie problemy wychowawcze. Człowieka wychowywano na wszystkich poziomach społecznych, wszędzie były organizacje społeczne, ludowe i koleżeńskie sądy, które każde przejawy antyspołecznego – niewychowanego – zachowania człowieka rejestrowały: analizowały na zebraniach, nie dawały mężom-alkoholikom poborów…

System ideologiczny był wcielony w życie. Przy żadnej władzy na świecie nawet nie marzono, że pedagogika stanie się fundamentem władzy państwowej! I tylko w ZSRR tak się stało. W żaden sposób nie było to ogłaszane, ale realnie było właśnie tak i wątpliwe czy powtórzy się to jeszcze kiedykolwiek.

Naród był wychowywany od początku do końca. Cały czas był on w imadle pedagogiki. Społeczeństwo czyniło nowego człowieka… Zadanie, zasadniczo, duchowe, ale w tym systemie człowiek był absolutnie uwolniony od jakiejkolwiek odpowiedzialności, ponieważ całą odpowiedzialność brała na siebie partia z jej kierowniczą rolą. A człowiekowi pozostawało w tej maszynie być trybikiem, kółkiem. I wszystko sprawnie działało. Człowiek, nie zastanawiając się, postępował właśnie tak, jak żądała władza.

My wszyscy jesteśmy wychowankami tego systemu, chcemy tego czy nie, wszyscy niesiemy na sobie określony bagaż tego właśnie wychowania.

I teraz musimy jakoś przekształcać nawyki wychowania, które nabyliśmy przez lata władzy radzieckiej – przecież włożono w nas również coś dobrego. Sam system wychowania działał, były w nim elementy pozytywne – wychowanie charakteru, siły woli i wiele innych wartości. Ale było w tym systemie coś jednoznacznie negatywnego – u ludzi była możliwość nie ponosić odpowiedzialności za swoje osobiste życie, oni mogli przekładać tę odpowiedzialność na system wychowania. Właśnie na tę sławną bazę ideologiczną, która działałaby sama z siebie.

A w prawosławiu takiej bazy nie ma. Dlatego że wiara Chrystusowa – to nie ideologia. Człowiek w pełni odpowiada za wszystkie swoje słowa, za wszystkie swoje uczynki, nawet za wszystkie swoje myśli. Ale jak tylko Prawosławie próbuje się uczynić ideologią, ono od razu traci Bogoorientację, Bogocentryczność i staje się antropocentrycznym (stawiającym w centrum człowieka) systemem ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów społecznych, społecznych zadań, poglądów jakiejś określonej ludzkiej nacji.

Kiedy zaczynamy odnosić się do Prawosławia jak do jakiegoś systemu ideologicznego, to nawet słuszne sprawy, dotyczące wychowania, nagle zaczynają dawać odwrotny rezultat. Jest to dziwne, dlatego że w systemie ideologicznym wszystko powinno działać poprawnie, jak przy władzy radzieckiej.

Wychodzi, że człowiek z najlepszych pobudek próbuje zaszczepić dziecku coś wspaniałego – miłość do modlitwy, cerkwi, przyzwyczajenie do postu, a wszystkie te rzeczy dają czasem straszny efekt. Zamiast tego żeby lubić modlić się – dziecko od modlitwy ucieka. Zamiast tego żeby lubić post – dziecko postu nie lubi. Zamiast tego żeby lubić chodzić do cerkwi – dziecko sprzeciwia się temu. Albo jeszcze gorzej – zaczyna być obłudnym. W końcu, czego najbardziej się boimy, kiedy rozmawiamy z dziećmi o Bogu? Najbardziej boimy się faryzeuszostwa. Nie daj Boże, jeśli będziemy rozmawiać z dziećmi o Bogu, a wychowamy bezbożników. To jest najstraszniejsze. To Straszny sąd, jeśli my rozmawiamy o Bogu, a wypuszczamy w świat bezbożników, jak to już było pewnego razu w historii naszej Ojczyzny. I tu trzeba zrozumieć, dlaczego tak może się zdarzać.

A zdarzać się to może, jak mi się wydaje, z kilu przyczyn.

Imitacja chrześcijańskiego zachowania się

Na czym polega imitacja? Rzecz w tym, że dziecko powinniśmy wychowywać my sami – nie prawosławne szkoły, nie niedzielne szkoły, nie spowiednicy, nie kapłani, a rodzice.

Przy czym rodzice powinni wychowywać dziecko w sposób całkowicie ofiarny. Ojciec Ioann Kriestiankin w jednym ze swoich kazań mówi: „Matka zaczyna modlić się, ona prosi Boga o pomoc, ale nie otrzymuje jej. Dlaczegoż? A dlatego, moi drodzy, że nie można obarczać Boga tym, co mamy obowiązek zrobić sami. Potrzeby jest trud, potrzebne duchowe napięcie, trzeba zawsze pamiętać o dzieciach, o swojej odpowiedzialności za nie przed Bogiem. Ojcowie i matki! Sami, bez swoich dzieci, zbawić się nie możecie! I to musicie pamiętać”.

Matka powinna nie tylko modlić się, ale i poświęcać życie swoje w wychowanie własnego dziecka. O. Aleksij Mieczow mówił matkom, które skarżyły się mu na dzieci, przeszkadzające im chodzić do cerkwi: „Twoje dziecko – to twój Kijów i twój Jeruzalem. Oto twoje miejsce modlitwy i twoje miejsce Nabożeństwa – twoje dziecko”.

A u nas wychodzi tak, że w chrześcijańskich rodzinach pojawia się pragnienie uczynić coś dobrego i duchowego, ale cudzymi rękoma. To wynika z ogólnego obecnego stanu naszego życia parafialnego.

Pozwólcie, że zadamy sobie pytanie: dlaczego chodzimy do cerkwi?

- Żeby pojawiły się siły?

- Żeby wzmocnić się w wierze?

- Żeby Pan pomógł żyć według przykazań?

Niech każdy zada sobie to pytanie i postara się szczerze odpowiedzieć:

- nauczyć się kochać;

- wyspowiadać się;

- żeby wysławiać Boga i dziękować;

- osiągnąć pokój duszy;

- pokajać się, oczyścić się;

- żeby stało się lżej.

Ku największemu ubolewaniu, często przychodzimy do cerkwi, żeby coś otrzymać. Ideologia otrzymania teraz dominuje w naszej Cerkwi.

I ta ideologia nigdy nie czyni ludzi Ciałem Chrystusa. Dlatego że, kiedy ludzie przychodzą po to, żeby stać się Cerkwią, oni przychodzą po to, żeby oddać, żeby służyć Panu.

Wiele razy w ektenii mówi się „Podaj, Panie! Podaj, Panie!”. A w końcu co mówimy? „I całe życie nasze Chrystusowi Bogu powierzmy!”

Prosimy u Niego o szczegóły, a oddajemy Mu WSZYSTKO.

Niestety, kiedy taka konsumpcyjna nasza postawa pojawia się wobec Cerkwi, wobec Boga, to i w rodzinach zwykle tak samo się dzieje.

Wyobraźmy sobie: przyszła rodzina z dziećmi do cerkwi. Jak zwykle się zachowują? Tata z mamą starają się trzymać się jak najdalej od dzieci i zagłębić się w modlitwę. Dlatego że przyszli otrzymać. A dzieci w tym czasie zachowują się niewiadomo jak – chodzą po cerkwi czy nawet biegają, przewracają świece, albo zapalają je, przeszkadzają modlić się innym. Ale jak dzieci obwiniać za takie zachowanie? Znaczy, powinniśmy odnosić się do nich z należytą życzliwością, z pokorą. Ale rodzice w tym czasie cali „w niebiosach” i dzieci ich zupełnie nie interesują.

I w tych momentach następuje pierwsze naśmiewisko z pojęcia wychowania. Rodzice przecież uważają, że skoro oni przyszli z dziećmi do świątyni, to oni tych poczerwieniałych, spoconych, zmęczonych dzieci, które godzinę biegały i rechotały, z pewnością poniosą do Czaszy. Tylko oto dzieci całkiem nie są gotowe do Priczastija i przyjmują Sakrament już całkiem formalnie. A rodzice są pewni, że wykonują bardzo dobrą sprawę, dlatego że dzieci w świątyni z Bogiem.

Rzeczywiście, ideologia konsumpcji, która teraz dominuje, też wychowana jest przez radzieckie społeczeństwo, a i sami po sobie przyzwyczailiśmy się traktować świątynię jak „miejsce służenia potrzeb religijnych”. Wszystko to włożone jest w nas przez stalinowską Konstytucję. I z tego wszystkiego wynika imitacja prawosławnego zachowania się. Akurat z tego, że przyzwyczailiśmy się cały czas otrzymywać i nic nie dawać.

To samo dzieje się z nami również na Spowiedzi, podczas Priczastija. Jeśli nawet przyszliśmy wziąć coś dobrego, właściwego – łaskę. Ale myślimy przy tym, że wszystko, czego potrzebujemy, na pewno weźmiemy. A oto, co się stanie z resztą ludzi, nas zbytnio nie interesuje.

I to jest obecnie jeden z najważniejszych problemów naszej cerkiewnej świadomości.

Imitacja prawosławnego zachowania się

Przecież jak u nas czasem się dzieje? Rodzice chcą wychować dzieci prawosławnymi. Do tego wykorzystują pouczającą literaturę. Na przykład, Żywoty Świętych w opracowaniu Dimitrija Rostowskoho, na szczęcie wydane są one teraz w dużych nakładach. Bajki są zabierane, dziecięca literatura jest odrzucana pod pretekstem, że „to wszystko nie prawosławne i nie chrześcijańskie” (wyjątkowo zostawiane są czasem bajki Andersena). I oto rodzice zamiast bajek zaczynają czytać dzieciom Żywoty Świętych.

Wydawałoby się, dobra literatura! Potrzebne dla dzieci czytanie! Potrzebne, ale nie zamiast bajek. Dlatego że jeśli zamiast bajek czytać Żywoty Świętych, to dzieci zaczynają do tego odnosić się jak do bajek. A Żywoty Świętych – to nie bajki. Co więcej – w prawosławnych rodzinach pojawia się dość dziwny stosunek do bajek. Wiadomo, że w bajkach mnóstwo przeróżnych duchów i innych fantastycznych stworzeń. Na przykład, u Clive Staples Lewisa w książce „Lew, czarownica i szafa” i elfy są, i skaczące na kozich nogach rogate bożki – fauny, i wszelkiego rodzaju fikcyjne historie stale się dzieją. Oto tu nasz prawosławny człowiek od razu sądzi: skoro to duchy, to one mogą być dwóch rodzajów – albo aniołowie, albo biesy. I wyciąga wniosek: znaczy, wszystkie postacie, opisane w bajkach – biesy. W tym też i rogaty faun. I według tej logiki wszystko ukazuje się w strasznym demonicznym sensie. A skoro dzieciom o biesach czytać nie można, to i bajek im nie można czytać.

Pewnego razu w autorytatywnym czasopiśmie „Prawosławna rozmowa” przeczytałem artykuł. Tam pewna mama pisała o tym, że w szkole dali wypracowanie na temat „Co bym uczynił, jeśli byłbym magikiem”. I ona z dumą pisze, że jej córka – prawosławna i dlatego odmówiła (to w piątej klasie!) pisać to wypracowanie. Swoją odmowę wytłumaczyła tym, że magikiem być nie chce, dlatego że wszyscy magicy – to czarownice i spirytyści. Matka zaś groźnie napiętnowała, oskarżyła wszystkie bajki (w tym i wspomnianego wyżej Clive Staples Lewisa) o to, że ciągle wokół następuje duchowa podmiana, dzieciom wpajana jest wiara w jakieś abstrakcyjne duchowe siły, które –są biesami. I z satysfakcją ten artykuł zakończyła wnioskiem: wszyscy prawosławni powinni to wiedzieć i w żadnym wypadku nie zaszczepiać (nie wpajać) dzieciom.

Ale podejdźmy do tej sprawy z drugiej strony.

Kiedy w dzieciństwie marzyliśmy zostać magikami, czego chcieliśmy? Mamę wyleczyć albo wskrzesić babcię. U dzieci były dobre, czyste zamiary. One chciały, żeby nie było wojny, na przykład. Ważne jest, aby dzieci miały możliwość zrealizowania swoich dobrych życzeń, ponieważ „bajka – kłamstwo, ale w niej napomknienie – dobrym zuchom pouczenie”.

A Żywoty Świętych napisane są dla dorosłych, a nie dla dzieci.

I napisane z tym celem, żeby dorośli, czytając o świętych, naśladowali ich bohaterskie trudy.

A my, opowiadając dzieciom o bohaterstwie świętych, staramy się jeszcze i wymagać od nich według tego okresu Żywota. A przecież tam bardzo mało wspomina się o ich dzieciństwie, dlatego że ze Świętym Wybrańcem ludzie spotykali się dopiero w czasie jego duchowej dojrzałości. I opisywali go już w wyniosłym stanie. A o dzieciństwie prawie nic nie wiedzieli, ponieważ ludzie mało o sobie opowiadali.

O dzieciństwie prepodobnego Siergija Radoneżskiego wiemy więcej tylko dlatego, że miał on wielu braci, jego rodzina była bardzo znana i rodzice jego sami byli wybrańcami Bożymi. Jeszcze o Fieodosiju Pieczerskim trochę wiemy. A o innych świętych w Żywotach napisano bardzo szablonowo, prawie to samo. Tu, jak i w ikonie, jest pewien kanon: prepodobny opisywany jest w taki sposób, męczennik – w inny. A Żywoty – to jak słowna ikona.

I oto czytamy w Żywotach, że Fieodosij Pieczerski w dzieciństwie z dziećmi nie bawił się, cukierków nie jadł, a i w ogóle, wszyscy święci byli spokojnymi odosobnionymi dziećmi, w świątyni długo modlili się. I my bardzo chcemy, żeby z naszym dzieckiem było tak samo. A z nim nic podobne go nie dzieje się, dlatego, że ono żyje swoim własnym życiem. I to pogrąża rodziców w pewien stan zdumienia: jakże to tak? Przy tym zapominają oni o tym, że sami nigdy nic podobnego nie stosowali wobec siebie. Nigdy nie żyli w podobny sposób. Ale na dzieciach swoich zaczynają przeprowadzać jakieś duchowe eksperymenty. Właśnie dlatego, że za siebie i za życie swego dziecka człowiek nie chce ponosić żadnej odpowiedzialności, a chce, aby zadziałała jakaś ideologia.

Dalej. Z tychże Żywotów dowiemy się, że prepodobny Siergij z Radoneża słabo czytał. Prawiedny Ioann z Kronsztadu z trudem się uczył. I rodzice wnioskują: jeśli dziecko źle się uczy, to trzeba modlić się do prepodobnego Siergija i prawiednoho Ioanna. I im więcej będziemy się modlić, tym lepiej dziecko będzie się uczyć. I już!

Ale z dzieckiem, poza tym wszystkim, trzeba jeszcze pracować! A u nas częściej pojawia się nie pragnienie coś robić, a tylko myśli: do kogo by się modlić w danym przypadku? Do kogo by zamówić molebien? W jaki sposób zrobić wszystko, pomijając własny wysiłek?

W ten sposób pojawia się pewna gra: dziecko obciąża się regułą modlitewną, zmusza się od dzieciństwa surowo pościć, dlatego że o wszystkim przeczytano w książkach. Jest to całkowicie niewspółmierne z poziomem rozwoju dziecka!

Pamiętam, jak do naszej szkoły pewna kobieta przyprowadziła syna do trzeciej klasy: „Moje dziecko od 3 roku surowo pości”, „Moje dziecko (8 lat!) w całości czyta poranne i wieczorne modlitwy”.

I kiedy dowiedziała się, że w naszej szkole w Wielkim Poście dzieci otrzymują mleko, powiedziała: „Nie, u was nie prawosławna szkoła”. I wyszła.

Takie odczucie, że z dzieckiem przeprowadza się jakiś duchowy eksperyment. Przy tym całkiem nie są porównywane wewnętrzne możliwości dziecka z jego duchowym wzrostem. Rodzice stawiają przed dzieckiem pewną poprzeczkę i bardzo chcą, żeby ono do niej dorosło. Ale sami tego poziomu nigdy nie zdobywali – ani w dzieciństwie, ani w okresie dojrzewania.

Oni nie rozumieją, że jeśli sami mają wystarczająco sił czytać regułę modlitewną i surowo pościć, to u dzieci zachodzą całkiem inne procesy wewnętrzne. Dzieci nie mogą tak mocno pościć i tak długo się modlić. Dlatego że one bardzo szybko zaczynają grać w te gry, wymyślone dla nich przez dorosłych. I oto wtedy prawosławne postępowanie staje się imitacją. Kiedy to wszystko, co zewnętrzne czyni się prawidłowo, a wewnętrznie – wszystko nieodpowiednio. I takie wychowanie, które, niestety, często zdarz się widzieć, prowadzi do całkiem odwrotnego rezultatu.

A jeszcze ono często prowadzi do takiego skutku, który można nazwać nie imitacją postępowania, a imitacją samego życia duchowego. To dzieje się u dzieci starszych.

Imitacja życia duchowego

Dzieci mają inne wyobrażenie o grzechu, niż dorośli. I całkiem inny stosunek do grzechu. Wiedząc o tym, Cerkiew nie spowiada dzieci do 7 roku. Co więcej: niektórzy bardzo doświadczeni spowiednicy (na przykład, o. Władimir Worobiow, jego dzieci duchowe i inni duchowni) w ogóle uważają, że nawet jeśli dziecko skończy 7 lat, jego nie trzeba spowiadać przed każdą Liturgią, dlatego że dziecko bardzo szybko przyucza się do formalnej Spowiedzi.

A rodzice z jakiegoś powodu myślą, że, im wcześniej dziecko zacznie spowiadać się, tym lepiej będzie dla niego – ono stanie się lepsze, bardziej wychowane. To problem o tym samym korzeniu – rodzice nie chcą brać na siebie odpowiedzialności za postępowanie swego dziecka. Oni myślą, że w Spowiedzi znajdą możliwość nowego procesu wychowawczego, z którym sami nie będą mieli nic wspólnego albo będą w stanie przez tę Spowiedź w jakiś sposób wpływać na dziecko.

Dlaczego maleńkie dzieci nie są spowiadane? To wcale nie znaczy, że one nie grzeszą. Błogosławiony Augustyn, na przykład, pisze, że już u maleńkich dzieci zauważa się zło, kiedy ono gryzie pierś matki. Nie są spowiadane tylko dlatego, że dzieci mogą opowiedzieć swoje grzechy, ale oto przeżyć Spowiedź jak pokajanie, po którym powinna nastąpić poprawa – nie mogą. Dzieci nie są w stanie duchowo nad sobą pracować, one jeszcze nie dorosły. Zrozumieć swój grzech one mogą, a poprawy muszą nauczyć ich rodzice.

W początkowym etapie rodzice powinni prowadzić z dziećmi duchową pracę. Jeśli oni widzą, że dziecko grzeszy, powinni z nim rozmawiać, muszą je wychowywać, muszą rozbudzić w nim głos sumienia, poczucie wstydu, poczucie strachu – poprzez karę za grzech: „Jeśli będziesz grzeszyć, to będzie też za to kara”. To – praca rodziców i trwa ona dość długo, nawet kiedy dziecko zaczyna się spowiadać. Dlatego że przygotowywać dzieci do spowiedzi też powinni rodzice.

Wszyscy wzruszają się, kiedy małe dziecko podchodzi do batiuszki, ten je o coś pyta, a potem kładzie na głowę epitrachelion. A i dzieciom bardzo podoba się grać w tę grę. Ale przecież to nie gra!

Przy obecnym obciążeniu duchownego trudno oczekiwać, że na Spowiedzi on jest w stanie wystarczająco dużo uwagi poświęcić dziecku, aby „pogrzebać” w nim. A dzieci bardzo często nie potrafią opowiedzieć kapłanowi o swoim grzechu. I Spowiedź przekształca się w coś niezrozumiałego: „No, mamy nie słuchałem się, no, jeszcze coś tam”. 2-3 słowa – i jakby wszystko: „Dobrze, idź do Priczastija”.

Jeszcze gorzej, kiedy rodzice własnoręcznie zapisują dziecięce grzechy. To już całkiem bieda…

A bywa i tak: dziecko zaczyna spowiadać się, i rodzice z radością gotowi są oddać (powierzyć) je kapłanowi, uważając, że teraz spowiednik odpowiada za jego wychowanie, a ich to już nie dotyczy. Oni również często próbują wykorzystać spowiednika w procesie wychowania: „Batiuszka, powiedzcie mu na Spowiedzi, żeby on…” albo podchodzą po Spowiedzi: „A on wam o tym opowiedział? A wiecie, że on takie coś zrobił?”

I dziecko traci zaufanie do kapłana, odnosi się do Spowiedzi oschle. Ona staję się dla niego formalnością. Takie dziecko „stracone” dla Spowiedzi do tej pory, póki coś, nie daj Boże, nie zdarzy się z nim w dorosłym wieku.

Jest jeszcze jeden moment – bardzo ważny.

Często rodzice chodzą do Spowiedzi do jednego kapłana, a swoje dziecko „podsuwają” jakiemuś innemu batiuszce. „Niech to będzie jego ojciec duchowy”. I tu od razu należy powiedzieć, że dzieci, z reguły, nie mają ojców duchowych. To zjawisko bardzo rzadkie, ponieważ dzieci nie są jeszcze zdolne do duchowego kierownictwa przez spowiednika, ponieważ mają rodziców. I kiedy „duchowe kierownictwo” oddawane jest kapłanowi, który nie zna problemów rodzinnych i u którego rodzice sami nie spowiadają się, to może zdarzyć się następujące: dorośli mówią dziecku jedno, a spowiednik może powiedzieć całkiem co innego.

I dzieci nie wiedzą, kogo słuchać. Dlatego to spowiednik (ojciec duchowy) rodziny może być tylko jeden,

Żyjemy teraz w sytuacji, kiedy wielu w ogóle nie ma żadnych ojców duchowych. I to nie jest normalne, kiedy dziecko spowiada się u jakiegoś kapłana, nazywa go swoim spowiednikiem (ojcem duchowym), ale wcale nie wyobraża sobie, co to jest ojcostwo duchowe.

Dlatego, powtarzam, jego ojcowie duchowi – to rodzice. Dopóki ono jest im podporządkowane, ono wypełnia przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją”. To trwa do wieku pewnej duchowej samodzielności.

I nawet jeśli do cerkwi dzieci przyprowadza babcia, wszystko jedno odpowiadają za nich rodzice. Babcia nie może długo być autorytetem. Być może, potem, kiedyś, w dorosłości, te zasiane ziarna cnót i wyrosną, ale ile do tego może upłynąć czasu i ile zostanie popełnionych błędów – nie wiemy.

 

 

Jak wychować dzieci wierzącymi? Rozmowa z protojerejem Aleksandrem Iljaszenko

W rodzinie protojereja Aleksandra i matuszki Marii Iljaszenko 12 dzieci i już 14 wnuków. Starszy syn Filip – diakon, doktorat nauk historycznych, absolwent wydziału historycznego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, pracuje w Instytucie św. Tichona. Najstarsza córka Tatiana – doktorat z filologii, wykłada w szkole oraz w Swiato-Tichonskim Instytucie Teologicznym. Wszystkie dzieci żyją życiem cerkwi, wiele z nich otrzymuje edukację teologiczną. Poprosiliśmy Ojca Aleksandra, aby opowiedział nam, jak wychować dzieci wierzącymi.

- Jak przyprowadzić dzieci do wiary? Jak uczyć żyć według przykazań?

- Oczywiście, rodzice muszą stale chodzić do cerkwi. Poza życiem cerkiewnym nie można wychować wierzących dzieci. Jeśli mowa o Moskwie, to szczególnego problemu ze nalezieniem świątyni nie ma, ponieważ wszystko zależy wyłącznie od zaangażowania rodziców.

Dawno temu żyliśmy za miastem na wsi. Drogi rozbite, błoto, a do najbliższej cerkwi 3-4 kilometry. Dzieci maleńkie, iść ciężko, trzeba ich wieźć na wózku. Pewnego razu żona powiedziała batiuszce, że ciężko iść. Na co on odpowiedział: „Bóg każdy wasz krok zliczy”. Bóg wszystko widzi i wynagradza.

Dlatego świadome i aktywne cerkiewne życie rodziny – to niezbędny warunek.

Dzieci też muszą rozumieć, dlaczego one chodzą do cerkwi, co powinny tu znaleźć i co dać. Koniecznie trzeba wyjaśnić przebieg i znaczenie nabożeństwa, i o świętach opowiedzieć, i o żywotach świętych.

I, oczywiście, ważne jest grono kolegów: wierzący rówieśnicy, możliwość wyboru odpowiedniej szkoły.

Ale co dotyczy szkoły, to powiem, że jednego naszego syna zabraliśmy ze szkoły prawosławnej i przenieśliśmy do matematycznej. W prawosławnej była zbyt liberalna atmosfera, a i jego samego nie mogliśmy przyuczyć do porządku.

A w szkole matematycznej atmosfera pracowitości. Pracujesz – dobrze, źle pracujesz – wydalają. Przygotowanie bardzo dobre, zadania wyższego stopnia trudności, dziecko musi po prostu „orać”. I to jest bardzo ważne. Życie powinno być wytężone. Dziecko musi być obciążone jakąś pracą, nawet nie koniecznie bardzo ciekawą. Ale jednak stale musi przejawiać wytrwałość i upór dla osiągnięcia celów.

Dziecko musi również umieć przeciwstawić się otaczającej je niszczycielskiej agresji, pobudzającej najniższe (najpodlejsze) strony ludzkiej natury, będąc uzbrojonym w wiarę i wiedzę. A jeśli jesteś niedbaluch, to żaden z ciebie chrześcijanin.

- A jak mówić dzieciaczkom o Bogu?

- Ja zawsze starałem się zaszczepić dzieciom moralne wartości. Dużo pomaga literatura. Teraz dużo jest dziecięcych Biblii, przeróżnych rosyjskich bajek i legend. Na przykład, tak specyficzny kierunek jak legendy, niestety, prawie wyszły z kręgu czytania. Ale przy tym są one wyjątkowo głębokie, zawierają ciekawe i zapamiętywane obrazy. Przykładem może być „Jak przeszli bohaterowie na Rusi” Kalin-car przyszedł na Ruś wojną, Ilja-Muromiec sam omal nie zginął w bitwie. Z wielkim-wielkim trudem bohaterowie pobili niezliczona siłę tatarską, i Alosza Popowicz mówi: „Poślij nam moc nietutejszą i my przy jej pomocy poradzimy sobie.” Nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się dwóch zuchów. Zaatakował ich Alosza Popowicz, rozrąbał na wpół – a ich czterech. Dobrynia zaatakował – a ich ośmiu. I tak oni ciągle walczą, a siła ciągle rośnie i rośnie. Zrozumieli tu bohaterowie, że zbytnio się rozzuchwalili. I według jednej wersji pojechali w góry i skamienieli, a według drugiej – do Pieczerskiego monasteru, modlić się za swoje grzechy. I oto tak skończyli się bohaterowie na Ruskiej ziemi z powodu zuchwałości, pychy i niewdzięczności Bogu za zwycięstwo.

- A jak pomóc dziecku polubić cerkiew, gdzie tak dużo zakazów, nie można biegać, nie można dotykać, trzeba stać?

- Po pierwsze, trzeba lubić cerkiew samym, a po drugie, trzeba przychodzić z dzieckiem do cerkwi dokładnie na taki czas, ile ono może wytrzymać. Oto trzeba je przyprowadzić do priczastija – godzina priczaszczenija jest mniej więcej znana, przyszli około pół godziny przedtem – i wystali. Dziecko powinno stać obok mamusi, kategorycznie. Jeśli zaczyna ono biegać po cerkwi – to takież samo złe wychowanie, jeśli by mamusia pozwalała, aby ono ją biło. Tego kategorycznie być nie powinno!

Złościć się na dziecko nie można, dzieciak jest dzieciakiem, ono nie bardzo rozumie, gdzie się znajduje, ono potrzebuje ruchu – nic strasznego: „Ty mój skarbie, zmęczyłeś się, chodź teraz wyjdziemy, posiedzimy w kąciku, posiedzimy albo pospacerujemy troszkę”. Przyjęli priczastije – i wyjść, można dać coś smacznego, po główce pogłaskać – ot jaki z ciebie zuszek, ładnie stałeś. Trzeba bezwzględnie wymagać, żeby dziecko w świątyni stało ładnie, ale przy tym go nie przeciążać, nie prowokować. Mamusia chce całe nabożeństwo wystać – to mamusi krzyż, ona nie może wystać teraz całej służby. Oto kiedy dziecko podrośnie i samo będzie mogło stać całą służbę – wtedy i mamuśka będzie całą służbę stała. A póki ono maleńkie i nie jest w stanie, to wymagać od niego tego, czego ono z powodu swego wieku nie może – to znęcanie się. A skoro tak – to trzeba tyle, ile ono wytrzymuje.

Kiedy wracają rodzice z dziećmi do domu, trzeba jeszcze raz powiedzieć: ale byłeś zuchem, ty wiesz, że biegać nie można, my przystępujemy do priczastija, patrz jak wszyscy inni stoją, my z tobą się modlimy – patrz, jak wszyscy inni się modlą…

Przy tym, znów powtarzam, wychowywać trzeba nie w czasie, kiedy wszystko już się wydarzyło, a kiedy wszystko spokojnie i zawczasu można przewidzieć. I, oczywiście, trzeba dziecko rozwijać, i opowiadać, i starać się mu wytłumaczyć. Żywoty świętych – wspaniałe czytania, i dzieci na Rusi zawsze uczono na bazie literatury żywotów. Ale, oczywiście, nie można żeby literatura była tylko cerkiewna, dlatego żyjemy w naszych czasach, kiedy jest wiele innych osiągnięć w najróżniejszych sferach, i dziecko oczywiście też to powinno wiedzieć. Ale takie oto pierwsze wrażenia – one są bardzo ważne.

W jakim wieku można wytrwać całe nabożeństwo? Może, kiedy dziecko skończy 15, wtedy będzie ono wytrzymywać całe nabożeństwo, a jeśli ono jeszcze malutkie zmuszać je pokutować w cerkwi, męczyć się… Jeśli dziecka nie przeciążać, a przeciwnie, postarać się, żeby z cerkwią miało najbardziej pogodne, najradośniejsze skojarzenia – wtedy, stawszy się dorosłym ono je zachowa i samo pójdzie.

- Problem z dziećmi – spowiedź. Jak można przygotować dziecko do spowiedzi, żeby ono podeszło do tego świadomie?

- Im później dziecko zacznie spowiadać się i im rzadziej będzie to robić, tym lepiej. Dlatego że żadnych szczególnych grzechów ono nie posiada, dzięki Tobie, Panie! Ale kiedy stało się coś wyjątkowego – ukradło coś, czy było niegrzeczne wobec mamy – wtedy trzeba się spowiadać, a tak – zwykłe dziecięce psoty, ono nawet nie może zdawać sobie z nich sprawy. Tak więc wcale nie jest konieczna tak częsta spowiedź. Ale oto pojęcie grzechu powinno być, człowiek powinien rozumieć, że grzech – to jedyne, co Bogu nie jest miłe. I trzeba wytłumaczyć, że taki postępek, to, to i tamto – to grzech, przyjdziesz do spowiedzi, trzeba w nich się pokajać i powiedzieć duchownemu. Ale jeśli to pierwsza spowiedź dziecka, oczywiście, mamusia powinna je przyprowadzić i powiedzieć duchownemu, że to pierwsza spowiedź dziecka. Żeby on je pozdrowił, żeby wrażenie po spowiedzi było jak po jakimś głębokim kontakcie, ciepłym i dobroczynnym (zbawiennym).

- Co dotyczy modlitwy, jak jej uczyć?

- Póki dzieci maleńkie – „Otcze nasz” i „Bohorodice, Diewo, radujsia” odmówiło – i chwała Tobie, Panie, i więcej nie trzeba. Według sił. Trzeba poradzić się ojca duchowego. Ważna jest nie ilość, a regularność, żeby nie zaczynać i nie kończyć dnia bez modlitwy. Wstałeś – pomódl się przed jedzeniem, idziesz spać – pomódl się, zaczynasz pracę – Boże, pobłogosław! – tak samo pomódl się przed jedzeniem. Skończyłeś pracę – podziękuj. Żeby było to takim dobrym, stałym nawykiem. Wtedy już na ten fundament ono z czasem będzie dobudowywać… dziecko, rzeczywiście, może się zmęczyć. Przecież, jeden może regułę modlitewną przeczytać, drugi nie może. To zależy te od emocjonalnych i intelektualnych cech… Tak więc sprawa nie w ilości, a w jakości, żeby to było szczere, od serca i stale. Żeby rodzice pokazywali dzieciom przykład.

- Pytanie odnośnie prawosławnych przedszkoli i szkół. Czy nie jest to przekładanie odpowiedzialności za wychowanie na innych, na pedagogów?

- Jeśli to przekładanie – to jest źle. Ale dziecko mimo wszystko trafia do tego czy innego środowiska. Dlatego bardzo ważnym jest wybrać dla dziecka dobroczynne, przyjazne środowisko, gdzie ono mogłoby wykazać się jako człowiek prawosławny. Tak więc jest to ważne, ale przekładać obowiązków mimo wszystko nie uda się.

- A jeśli w pobliżu nie ma prawosławnej szkoły?

- My swoje dzieci wozimy, a raczej, one same już jeżdżą. A dla maleńkich dzieci jest to bardzo ważne – normalne środowisko, gdzie one żyją i mogą w pełni się rozwijać. Nikt tam nie przeklina, nie pali, paskudztwa żadnego nie ma… Ale organizacja prawosławnej szkoły – sprawa skomplikowana – one dopiero tylko powstają, rozwijają się, to nowa sprawa, prawosławnych pedagogów jeszcze nie tak wielu. A w szkołach tradycyjnych są bardzo dobrzy pedagodzy, którzy dają bardzo dobre profesjonalne przygotowanie (wykształcenie), niezbędne dzieciom. Prawosławny chrześcijanin powinien być dobrze profesjonalnie wykształconym człowiekiem. Jeśli zamierza zostać mnichem – również, u mnichów kontakty bardzo szerokie. Na przykład, w Daniłowskim monasterze jest mnichem były dyrektor instytutu, doktor nauk fizyczno-matematycznych. Tak więc zawsze byli uczeni mnisi, i najbardziej wykształceni mnisi włożyli ogromny wkład w kulturę. I o swiatitielu Wasiliju Wielkim mówi się, że on ludzkie obyczaje ozdobił, i rzeczywiście my i teraz zdajemy sobie sprawę, jak wielki jest jego wpływ. Tak więc, oczywiście, dzieci powinny być wykształconymi, kulturalnymi ludźmi – wtedy one mogą przeciwstawić się (oprzeć się) temu agresywnemu naciskowi, tej pustocie i bezduchowości.

- …starsza córka mówi, że większość prawosławnych dzieci tylko o Bogu rozmawia, o niczym więcej, one wszystkie są pochmurne…

- Strzał w dziesiątkę. To jest ciężka porażka naszego prawosławnego wychowania. Właśnie o to chodzi, że jeśli to jakaś biurokracja (mechaniczność), pustota, manekinada, kiedy ludzie nic nie wiedzą, a udają prawosławnych, to jest to straszne. To odpycha w najstraszniejszy sposób. I stawiać temu czoła trzeba jedynie osiągnąwszy pewne sukcesy w swojej sferze. Zrozumiałe, że każdy ma inne zdolności, ale jeśli żyjesz pełną miarą, ile tobie dane, i pracujesz, to jest dobrze, a jeśli nie kończysz zaczętego, to będzie źle i dla ciebie, i dla otaczających, i dla prawosławia.

- Pytanie odnośnie starszych dzieci. Jeśli są one absolutnym wzorem dla młodszych, czy wymagają jakiegoś szczególnego wychowania z duchowego punktu widzenia?

- Po pierwsze, nie można starszych idealizować, w naszej rodzinie, na przykład, musieliśmy walczyć z hazingiem* dość zdecydowanie. Starsze pozostaje dzieckiem, w niego, być może, więcej się wkład, ale za to też więcej rodzicielskich błędów mu się dostaje. Ale autorytet starszych dzieci, jeśli ukierunkowany jest on we właściwym kierunku, oczywiście, trzeba podtrzymywać. Oczywiście, starsze dzieci należy przyuczać, żeby opiekowały się młodszymi. Kiedy starsze dzieci podrastają, rodzicom jest dużo lżej – oni mogą gdzieś wyjść, starsze dzieci mogą zaopiekować się młodszymi. Ale to wszystko powinno być z praktyki. Radzi sobie człowiek – bardzo dobrze, nie radzi – jego samego dalej trzeba wychowywać. On też potrzebuje ciągłego wsparcia.

*Hazing (otrzęsiny) – rytualna inicjacja do grupy pełniąca niekiedy rolę obrzędu przejścia, czy osiągnięcia dojrzałości; często polega ona na nękaniu, znęcaniu oraz upokarzaniu niższych hierarchią osób, przy czym obejmuje zarówno fizyczną przemoc, jak i psychiczne poniżanie. W zamierzeniu otrzęsiny mają na celu integrację nowego członka z grupą; wtedy otrząsana osoba zwykle staje się pełnoprawnym członkiem danej społeczności, bądź służą one ustaleniu lub zaznaczeniu relacji między nowymi a starymi członkami grupy. Zjawisko to może przyjmować dużą skalę i stanowić niebezpieczeństwo dla otrząsanych, w szczególności, gdy odbywa się bez wiedzy przełożonych lub opiekunów – wtedy proces ten nazywa się pejoratywnym terminem „fala” (fala w wojsku); w szkołach częściej mówi się wtedy o „koceniu” (przemoc w szkole).

- Tak wyszło, że rodzice ucerkowili się, kiedy u dziecka już pojawił się ironiczny stosunek do wiary, w 14 lat. Proszą o radę, jak pomóc dziecku, jak pokazać mu, że to prawidłowa droga?

- Do tego, żeby pokazać, że droga jest prawidłowa, trzeba starać się jak można najszybciej stać się chrześcijaninem. Ale jak każdej skomplikowanej rzeczy trudno jest się nauczyć – program szkolny, na przykład, rozłożony jest na 10 lat – tak i chrześcijaninem zostać jest bardzo trudno. Znów jednak, może pomóc w tym życie cerkiewne, kiedy jest ktoś doświadczony z ludzi, dawno już będący w cerkwi, z duchownym można rozmawiać, Bóg, naturalnie, odkrywa ludziom, jak mają postępować. Tak że bardzo ważne są nie słowa, a uczynki. Jeśli mówić o Bogu z kwaśną miną, to nikomu to nie jest potrzebne. Apostoł Paweł, na przykład, mówił chrześcijanom: „Zawsze radujcie się”, a jeśli nie jesteś radosny, to, może, u ciebie już coś nie w porządku. Ale samej radości, oczywiście, nie wystarczy: „Zawsze radujcie się, nieustannie módlcie się i za wszystko dziękujcie Bogu”. Oto taki jest harmonijny nastrój duszy. Jeśli ty po prostu się radujesz – to jest to samozadowolenie, jeśli tylko modlisz się – to biurokracja (mechaniczność, dogmatyzm). Jeśli ty i dziękujesz, i radujesz się, i modlisz się – oto wtedy jest harmonia, to, co trzeba. I ty swoim przykładem tej radości będziesz zarażać otaczających i swoje dzieci, oczywiście, też. I przy tym powinna być też taka wewnętrzna treść, ty powinieneś odpowiadać na pytania, dlaczego wierzysz, jak wierzysz – to, oczywiście, też. I w oczach dziecka rodzice powinni mieć autorytet – tylko wtedy można wychowywać. Jeśli autorytetu nie ma, to wtedy, oczywiście, nic ci nie wyjdzie.

- Zadano pytanie: u pewnej kobiety następowało jednoczesne ucerkowienie małego dziecka i dorosłych rodziców. Doprowadziło to do złego zachowania dziecka: ono umyślnie nieprawidłowo się żegna albo zatyka uszy, kiedy czytany jest „Symbol Wiary”…

- To znaczy, że rodzice je przeciążyli. Dziecku czytają „Symbol Wiary”! I „Hospodi, pomiłuj!” – też wystarczy z niego. A jemu długi „Symbol Wiary” czytają, ono nic z niego nie rozumie. Przecież maleńkie dziecko. Dorośli przyszli i swoje dorosłe doświadczenie narzucają swemu małemu dziecku. Między innymi, niedawno zapisali historię starszej kobiety o tym, jak wychowano wcześniej.

- Tatuśku, a można, ja do cerkwi pójdę?

- Nie, córeńko, nie można – wszystko bardzo delikatnie.

- A dlaczego, tatuśku?

- A ty dziś ulicą szłaś?

- Szłam, tatuśku.

- Staruszkę widziałaś?

- Widziałam.

- A ty ukłoniłaś się jej?

- Nie.

- A dlaczego? Ona przed tobą już swoje życie przeżyła, ona tobie ścieżkę wydeptała, a ty jej się nie ukłoniłaś. Nie, nie godzi się tak, i do cerkwi ty dziś nie pójdziesz.

Oto tak surowo i z natchnieniem wychowywano dzieci w chrześcijańskich rodzinach. Tak więc czule trzeba wychowywać, i cerkiew i modlitwa – to powinno być pewną szczególną wspólną rodzinną sprawą, drogą dla każdego jej członka. I jeśli z jakiejś przyczyny komuś nie jest to drogie, znaczy, są jakieś błędy w wychowaniu – te błędy trzeba naprawić. Jeśli ty celowo nieprawidłowo się żegnasz – idź do swego pokoju, a my tu się pomodlimy. Ale jeśli czegoś od nas chcesz – to, przepraszam, ale postępuj dobrze. Ale mimo wszystko, to powinien być taki przemyślany, delikatny, twórczy proces. Powinno być, jak ten oto tatuśko – czy u nas tak rodzice rozmawiają z dziećmi? Taki zadziwiająco wielki szacunek i troskliwy stosunek do dziecka.

- Czy nie okaże się prawosławne dziecko zbyt przyzwoitym (szczerym) i w efekcie nieżyciowym w świecie wolnej konkurencji?

Jak wiadomo, nie w sile Bóg, a w prawdzie. Tak więc, jeśli człowiek stara się żyć według przykazań i pokłada nadzieje na Boga, to Pan sam będzie prowadził go przez życie. Jeśli odczuwamy swoją jedność, ponieważ jesteśmy prawosławnymi chrześcijanami, odpowiedzialność za swoją Ojczyznę, za to, co dał nam Bóg, a nasze stosunki są tak przyjazne – wtedy jesteśmy taką mocą, z którą nikt zrównać się nie może. Właśnie o to chodzi, że każdy się boi, każdy dba o siebie – tka jest niepełnowartościowa wiara, niepełnowartościowe wzajemne stosunki, niedowierzanie. I to świadczy o tym, że w rzeczywistości nie jesteśmy zbyt dobrymi chrześcijanami, dlatego że jeślibyśmy żyli według prawdy, to bylibyśmy też silni według prawdy Bożej.

- Jeszcze większy problem, gdy rozłam nie jest poza rodziną, a w niej samej. Czy może dziecko być wierzącym, jeśli mama prawosławna, tacie nic do tego – trzeba się trudzić, dziadek zaś wojowniczo się sprzeciwia?

- Tu jest mowa o duchowym trudzie bohaterskim tej mamuśki. Jeśli ona dobrze rozumie, co znaczy być prawosławną matką, czym jest pokora, jak kochać, jak cierpieć, jak znosić grubiaństwa, wyrzuty, głupoty – wszystko, co tylko można – jak łagodnie pokonywać wszelkie konflikty i ostre sytuacje – to wtedy jest to kwestia czasu. Wtedy i tatuś, pomimo tego wyścigu (w zarabiani pieniędzy) i tego, że trzeba wykarmić rodzinę, i dziadek, być może, przestanie być wojowniczym przeciwnikiem. Przykładów jest mnóstwo – ludzie i na łożu śmierci przyjmują chrzest, przekonani komuniści, i ateiści. Jak świat wpływa na nas, tak, wybaczcie, i prawosławni wpływają na świat. Jeśli Pan z nami – to któż przeciwko nam? Jeśli ta mamuśka pokocha Boga, to i członkowie jej rodziny nie pozostaną w tyle – gdzież się podzieją? Ale jest to trudne, tu każdy krok trzeba kontrolować, i modlić się, i stale pracować nad sobą, i błogosławieństwo otrzymywać na jakieś ważniejsze działania i decyzje – wtedy wszystko stopniowo się ułoży. No, i w cierpliwość się zaopatrzyć – dlatego że my wszyscy bardzo niecierpliwi jesteśmy, chcemy, żeby wszystko od razu: oto ja uwierzyłem, i dawajcie… tak nie wychodzi, trzeba, żeby jakiś czas upłynął.

- Jak udowodnić dziecku, że być „jak wszyscy” – to nie najlepszy sposób postępowania w życiu? Że postępowanie chrześcijanina – cierpieć. Pogodzić się, nie walczyć, zrezygnować, zrezygnować z pewnych rozrywek?

- Nie, nie walczyć – to całkiem niesłusznie. W Moskwie żył, w swoim czasie protojerej Wsiewołod Szpiller, arystokrata „błękitnej krwi”, niezwykle mądry człowiek. Pochodził z Kijowa, jego matka była absolutnie wyjątkową osobą, najznakomitszą operową śpiewaczką. Nie miała konkurencji. Ona porzuciła scenę, wychowywała dzieci. Częstym gościem w rodzinie był, na przykład, Dmitrij Szostakowicz – taka oto najbardziej wykształcona, najbardziej kulturalna rodzina. I po rewolucji przyszły ojciec Wsiewołod – on był kadetem, uczestniczył w ruchu białych – musiał wyemigrować do Bułgarii. A po wojnie w 1950 roku wrócił do Rosji. Miał syna Wanię. Naturalnie, on był wychowany całkiem inaczej, i nic o Rosji nie wie, miał wtedy 14 lat. I chłopcy cały czas mu dokuczali, on przychodzi do ojca – raz, drugi, trzeci. A ten mu mówi: cierp. A kolejny raz on przychodzi – no, tato, no jak że tak? A ten mu mówi: „No, cóż, uderz. Ale z miłością.” To znaczy bez jakiejkolwiek złości i zawziętości.

Prawosławny – to nie jakaś szmatka, o którą można nogi wycierać. I święci kniaziowie ścinali się w uczciwym pojedynku – walczyli na śmierć, i ginęli, jeśli trzeba. To utrata takiego arystokratycznego stosunku do życia, do siebie, i do otaczających, i do przeciwnika, taki chłopski stosunek – mnie biją, a ja… Nie, to całkiem nie to. To utrata zdrowego prawosławnego chrześcijańskiego wychowania. Nie to żeby chrześcijanin powinien zawsze się bić, być zadziorą jakimś, ale chłopiec nie powinien pozwalać na jakieś znieważenia. Niech szuka jakichś wyjść, siła – to ostateczność, kiedy wszystkie inne możliwości już wyczerpane, ale bronić się on powinien, inaczej będzie jakąś szmatką, wycieraczką.

Opowiadała mi moja współpracownica, jechali oni z mężem metrem – mąż taki potężny był. Siedzi, rozległszy się, kawaler. Wchodzi kobieta w ciąży. Jej mąż prosi tego kawalera – wstań, proszę, ustąp, a ten patrzy na niego bezczelnym wzrokiem. Ten prosi – no, wstań, proszę, a kawaler siedzi. Wtedy on wziął go tak – r-r-raz! – i poderwał z miejsca. No, kawaler mu omal nie wyrżnął, ale tu jak według scenariusza – dwóch innych pasażerów kawalerowi ręce za plecy, akurat pociąg podjechał do stacji, drzwi otworzyły się – oni go wypchnęli z wagonu i pociąg odjechał.

- Powiedzcie, a jakie modlitwy najlepiej odmawiać (czytać) za dzieci?

- Wydaje się mi, że najlepiej odmawiać swoje modlitwy od serca. Zawsze są konkretne problemy, i trzeba prosić, żeby Bóg je rozwiązał. Można modlić się do Matki Bożej czy świętego, którego imię nosi dziecko. Każdy człowiek jest inny i okoliczności u wszystkich inne. Są w modlitewnikach modlitwy matki za dzieci. Można je czytać. Ale modlitwa zawsze powinna być od serca.

- Batiuszka, jeśli od wczesnego dzieciństwa dziecko przyzwyczaiło się odmawiać znane modlitwy „Otcze nasz”, „Bohorodicę”, już zasypiając w łóżeczku. Ale potem wyrosło, i już trzeba stanąć pomodlić się przed ikonami. Czy trzeba na to nalegać? Dlatego że dziecko mówi: „Jaka różnica, gdzie i jak się modlić? Najważniejsze, modlić się duchowo”.

- Modlitwa uświęca dom, a ikony pomagają nam w skupieniu zwrócić się do Boga, Bożej Matki. Nie powinniśmy czynić tego byle jak. Niech to będzie krótko, ale byle jak nie można. Postawa (dyscyplina, etyczne zachowanie) musi być obowiązkowo.

Tłumaczenie Eliasz Marczuk

eliasz.marczuk@wp.pl

.